CHIC CHIQ ! Bingo!

października 19, 2018

CHIC CHIQ ! Bingo!

Plotka głosi, że "zanim coś stanie się modne, pojawia się w Vogue". Nie wiem, czy dotyczy to tylko mody, czy całości produktów ukazujących się w magazynie, ale jeśli chodzi o maseczki CHIC CHIQ to blogerki beauty tym razem były pierwsze :) I choć nie pamiętam kto jako pierwszy głosił tę nowinę, to doskonale zapamiętałam te pięknie wyglądające bambusowe słoiczki pełne dobroci, do których ciągnęło mnie jak do magnesu. W moim przypadku bardzo rzadko zdarza się aby kosmetyk tak bardzo mnie intrygował zanim go poznam. Intuicja podpowiadała mi, że to będzie strzał w 10! - i nie zawiodła mnie. Maseczki CHIC CHIQ zachwycają!  

maseczka do twarzy

CHIC CHIQ zostały stworzone z miłości do Ajurwedyjskiej pielęgnacji urody, według której każdy samodzielnie może stworzyć maseczkę odpowiadającą na potrzeby własnej skóry z bezpiecznych i naturalnych składników znajdujących się w kuchni. Maseczki tworzone są w oparciu o trzy podstawowe zasady Ajurwedy: oczyszczenie, odżywienie i nawilżenie. Składniki w nich zawarte są bezpieczne, naturalne i uważnie wyselekcjonowane - począwszy od białej kurkumy, która zbierana jest wyłącznie raz do roku w Himalajach, poprzez płatki róż z bułgarskich pól aż po odżywcze algi z głębin mórz i oceanów całego świata. To maseczki algowe, które wymagają nieskomplikowanego samodzielnego przygotowania - w opakowaniu znajdujemy suchy proszek, który łączymy z ciepłą wodą lub ulubionym hydrolatem. Kompozycje maseczek są naturalne, a składniki aktywne znajdujące się w proszku CHIC CHIQ są aktywowane tylko wtedy, gdy zostaną zmieszane z wodą. Dzięki temu, mają również dłuższą żywotność, ponieważ to my decydujemy, kiedy je aktywować. To gwarancja świeżości dla skóry!  

CHIC CHIQ

W ofercie marki znajduje się w tej chwili 5 maseczek, z których nie znam tylko najnowszej, dostępnej od niedawna Soirée  z płatkami bławatka. Oprócz niej do wyboru mamy Chocolat z prawdziwą czekoladą, la Noce z białą kurkumą, de la Mer ze spiruliną oraz à la Rose z płatkami róży Damasceńskiej. Ciężko wybrać faworyta wśród nich, ponieważ każda wykazuje świetne działanie, ale ja jestem zdecydowanie "różana" dziewczyna a kosmetyki z różą w nazwie zawsze mnie przyciągały. Mamy zatem maseczkę à la Rose, określaną jako odmładzająca i upiększająca, dodająca skórze zdrowego blasku. Maseczka w swoim składzie zawiera płatki róży Damasceńskiej, która od dawnych czasów wykorzystywana jest w pielęgnacji przeciwstarzeniowej. Składnikiem wiodącym tutaj jest również olej jojoba, bogaty w witaminę A i E, który koi i nawadnia podrażnioną skórę. Trehaloza z kolei – naturalny cukier - zatrzymuje nawilżenie głęboko w skórze i pomaga w redukcji pierwszych oznak starzenia się skóry.
à la Rose przeznaczona jest dla wszystkich typów cery ze specjalnym przeznaczeniem do skóry suchej. W opakowaniu znajdujemy 100ml produktu, na jedną maseczkę zużywam 2-3 łyżeczki proszku, który rozprowadzam z ciepłą wodą do uzyskania gęstej konsystencji. Natychmiast aplikuję równomiernie na skórę i pozostawiam na ok. 15 minut. Maska ta różni się od znanych mi uprzednio masek algowych tym, że nie można jej usunąć jednym płatem po zastygnięciu na skórze. Swoją drogą, to ja się zastanawiam, czy w ogóle komuś udaje się zdjąć typową maskę algową z twarzy w jednym płacie? Nie udało mi się to jeszcze :) Wracając do CHIC CHIQ, po tym jak maska lekko zaschnie na skórze (nie jest to totalny mat, który mocno ściąga skórę) delikatnie rolujemy ją ze skóry, a pozostałość zmywamy wodą.

pielęgnacja twarzy

Maseczka à la Rose pozostawia skórę bardzo delikatną i odświeżoną. To co mnie pozytywnie zaskoczyło już po pierwszym użyciu, to fakt, że po jej usunięciu, skóra nie domaga się aplikacji kolejnych kosmetyków. Skóra jest tak dobrze zbalansowana (nie do końca jestem przekonana czy takie określenie występuje w kosmetyce, ale żadne inne mi tutaj nie pasuje), że właściwie to ja mogę od razu iść spać. Nie jest ściągnięta, przesuszona, ani obciążona, a jest tak przyjemna w dotyku jak po zabiegu w gabinecie kosmetycznym za kilka stówek. Serio! I za to ją uwielbiam!
   
Jest jedno małe "ale" - mianowicie, maska nie jest dla każdego. Róża oraz olejek różany, który maseczka zawiera, mogą u niektórych wywołać chwilową reakcję alergiczną. Producent o tym informuje i w razie podrażnienia zaleca zaprzestać stosowania. Jeśli masz pewność, że te składniki nie wywołują u Ciebie podrażnień, spraw sobie tę maskę. A jeśli nie możesz się zdecydować, którą wybrać - bo umówmy się, wszystkie kuszą - rozważ zakup zestawu, w skład którego wchodzi jedna maska w bambusowym słoiczku o pełnowymiarowej pojemności oraz trzy różne wersje maseczek w wygodnych podróżnych pojemnościach. Ja tak właśnie zrobiłam :)

Maseczki CHIC CHIQ pozbawione są parabenów, PEG-ów, oleju mineralnego, nie są testowane na zwierzętach, nie zawierają substancji toksycznych i są przebadane dermatologicznie zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej. Bądź jednak pewna, że każda z nich zawiera prawdziwe płatki kwiatów, nawilżające i odżywiające skórę algi, pobudzającą naturalną produkcję kolagenu ziemię okrzemkową, nawadniający antyoksydant na bazie cukru roślinnego trehalozę oraz witaminę C – silny antyoksydant. Namówiłam Cię?
 
Pozdrawiam serdecznie,
Maseczka regenerująca Botanic SPA Rituals Kurkuma + Chia | Bielenda

października 01, 2018

Maseczka regenerująca Botanic SPA Rituals Kurkuma + Chia | Bielenda

Z dużym zainteresowaniem przyglądam się rozwojowi marki Bielenda, która od jakiegoś czasu regularnie zaskakuje nowościami kosmetycznymi. Moją szczególną uwagę zajmuje Botanic SPA Rituals, linia botanicznych kosmetyków do pielęgnacji twarzy, której źródłem inspiracji pozostaje natura oraz jej potencjał pochodzący z roślin. Składniki aktywne zawarte w kosmetykach tej linii, tj. wyciągi, wody roślinne, ekstrakty, oleje i hydrolaty są w 100% pochodzenia naturalnego, a co istotne, zatopione zostały w formułach bez silikonów, parabenów, PEG-ów, oleju parafinowego oraz sztucznych barwników. Niejednokrotnie zatrzymywałam się przy półce w Rossmannie spoglądając na te kosmetyki, kwestią czasu było dla mnie przetestowanie ich, a na pierwszy plan obrałam regenerującą maseczkę do twarzy z kurkumą i chia.

Bielenda

Producent kieruje maseczkę do każdego rodzaju skóry, zwłaszcza suchej, szarej, zmęczonej, pozbawionej blasku, z rozszerzonymi porami oraz skłonnej do podrażnień. Jak nazwa wskazuje głównymi składnikami aktywnymi są kurkuma oraz wyciąg z nasion chia.
Kurkuma jest bogata w antyoksydanty, dzięki czemu przyspiesza odnowę komórek skóry, delikatnie złuszcza naskórek, rozjaśnia przebarwienia oraz wyrównuje koloryt skóry, zmniejsza wydzielanie sebum oraz łagodzi podrażnienia. Wykazuje działanie odżywcze. 
Wyciąg z nasion chia to również składnik o właściwościach antyoksydacyjnych i odżywczych. Zawiera kwasy Omega 3, dzięki czemu optymalnie odżywia i nawilża skórę, poprawia jej elastyczność oraz redukuje rozszerzone pory.
maseczka do twarzy

Niestety, nie zacytuję pełnego składu, ponieważ nie mam już kartonika wierzchniego, ale wierzcie mi, że to produkt z dobrym składem, bez zbędnych udziwnień i polepszaczy. Jestem pewna, że w początkowym składzie znajduje się biała glinka, co tłumaczy fakt, że maseczka zastyga na skórze. Mimo to, zmywa się ją ze skóry tak samo dobrze jak aplikuje. To konsystencja gładkiej pasty, która wręcz sunie po skórze. Obecność kurkumy w składzie wyraźnie widać zdjęciu poniżej. Maseczka posiada żółty, powiedziałabym nawet, że musztardowy kolor i tuż po jej zmyciu widać, że lekko zabarwia skórę. Ale spokojnie, po kilku minutach efekt ten całkowicie znika, zresztą producent informuje nas o tym fakcie tłumacząc, że to naturalny efekt zawartości kurkumy w składzie. Skądinąd, zaleca również stosowanie wieczorem.

pielęgnacja twarzy

Gdybym była uczestnikiem eksperymentu, w którym miałabym użyć tej maseczki nie znając producenta i ocenić ją, to w odbiorze stwierdziłabym, że to maska z wysokiej półki cenowej. Konsystencja maski jest bardzo delikatna w dotyku, aby oddać jej walory, pokuszę się o nazewnictwo satynowa - aplikacja jej to czysta przyjemność. W porównaniu z innymi maskami, które zastygają na skórze, ta zmywa się dość łatwo a efekty pozytywnie mnie zaskakują ilekroć jej użyję. Przede wszystkim maseczka napina skórę i oczyszcza ją, choć nie jest to oczyszczenie tego rodzaju, które zyskujemy w maseczkach typowo oczyszczających, więc uznaję to jako miły dodatek. Skóra po użyciu maski jest przyjemnie wygładzona  i miła w dotyku. Określenie "zregenerowana" jest z mojego punktu widzenia trafne.  

Botanic SPA Rituals

Poznałam wiele maseczek do twarzy z różnych półek cenowych i w przypadku tej nie mogę stwierdzić, że jest najlepsza, bez której nie mogę się obejść. Po jej skończeniu nie pobiegnę z impetem do Rossmanna po kolejną, ale śmiało mogę napisać, że nie jest łatwo znaleźć dla niej konkurencję w tej grupie cenowej. Maseczka w cenie regularnej kosztuje nieco ponad 20 zł a to jest jej kolejny atut. Jest jeszcze jeden - opakowanie. Ciężki, szklany słoiczek w przepięknym kolorze zieleni butelkowej. Z mojego punktu widzenia gustowny.

Na półce drogeryjnej Bielenda stawia poprzeczkę wysoko! Czy inne marki pójdą jej śladem i przedstawią nam produkty oparte na fajnych składach, dobrym działaniu i w przystępnej cenie? Tego nie wiem, ale byłoby miło. A tymczasem ja z przyjemnością przyjrzę się innym produktom tej linii, do czego zachęcam. Pierwsze spotkanie z Botanic SPA Rituals uważam za bardzo udane.

Znasz tę linię kosmetyczną Bielendy?

Pozdrawiam,  
Stylizacja włosów z BALMAIN Hair

września 26, 2018

Stylizacja włosów z BALMAIN Hair

Włosy z natury cienkie to nie lada wyzwanie w stylizacji. Ileż to razy modelowałam je przez kilkanaście minut wyciągając na szczotce do samego niemal sufitu, a po 2-3 godzinach i tak opadły. Lakier do włosów zużywałam z prędkością atomową, przetestowałam ich dużo za dużo, a te, które dawały radę zamieniały moje włosy w regularną "skorupkę". Odpuściłam, pozwoliłam włosom robić to, co chcą a jedynym sprzymierzeńcem był dla mnie suchy szampon dodający włosom objętości. Chyba trochę przesadziłam, bo moja fryzjerka pewnego dnia stwierdziła, że mam przesuszone włosy. Jeśli znasz jakieś skuteczne patenty na zwiększenie objętości włosów i nie jest to "top secret", to daj znać w komentarzu, a tymczasem... ja opowiem Ci o moich doświadczeniach z kosmetykami do stylizacji włosów marki, która przyprawia o mocniejsze bicie serca. Balmain Hair - brzmi luksusowo, czy tak jest?

Balmain

Balmain Hair, jako część marki modowej Balmain Paris, ma ponad 40-letnie doświadczenie w tworzeniu luksusowych produktów do pielęgnacji i stylizacji włosów w poszanowaniu bogatego dziedzictwa Balmain. Proste, minimalistyczne opakowania wzbudzają moje zaufanie i jednoznacznie sugerują, że mam do czynienia z produktami luksusowymi. Podoba mi się ta prosta szata graficzna - biel w połączeniu z czernią moim zdaniem zawsze wygląda dobrze. Produkty nie należą do tanich, więc doceniam możliwość zakupu wersji travel i tym samym poznania kosmetyku przed zakupem wersji pełnowymiarowej.   

Balmain Hair

Zacznę od rodzaju produktu, którego nigdy wcześniej nie stosowałam - puder do stylizacji włosów. Śmiało mogę napisać, że to mój taki pierwszy raz. Fryzurę utrwalałam po prostu lakierem do włosów i zupełnie nie brałam pod uwagę innych sposobów. Muszę przyznać, że nie była to miłość od pierwszego użycia, ponieważ musiałam się najpierw mentalnie przestawić i nauczyć aplikacji tego produktu. Więcej wcale nie znaczy lepiej i wystarczy naprawdę odrobina aby unieść włosy u nasady i nadać im objętości.
Producent zaleca aplikację pudru palcami u nasady włosów lub po całej ich długości szczotką uprzednio pokrytą pudrem. Puder zaaplikowany u nasady natychmiast podnosi włosy ku górze, co więcej, jeśli po jakimś czasie włosy zaczynają przylegać do skóry głowy, wystarczy przeczesać je kilka razy palcami a fryzura ponownie nabiera objętości. Podoba mi się również jego lekkość - zaaplikowany w niewielkiej, ale wystarczającej do nadania kształtu włosom ilości, nie obciąża ich, nie jest wyczuwalny i widoczny na włosach.
Czy zrezygnowałam zupełnie z lakieru do włosów? Nie, ale śmiało mogę napisać, że wydajność pudru w stosunku do lakieru jest nieporównywalnie większa. Moje włosy są proste i cienkie, i jeśli nie użyję pudru do stylizacji, to lakieru zużywam zdecydowanie więcej. I choć nasze początki nie należały do najłatwiejszych, to finalnie okazało się, że dobrze nam ze sobą razem. To doskonały dowód na to, że nie warto skreślać kosmetyków po pierwszych nieudanych próbach.  
  
perfumy do włosów

Miłością od pierwszego użycia był za to produkt Silk Parfum - perfumy do włosów. Perfumy z reguły jawią nam się jako kosmetyk, który ładnie pachnie - myślę, że w tym stwierdzeniu mogę zamknąć potoczną definicję perfum. Po co zatem tworzyć produkt, który może być zastąpiony każdym naszym flakonem perfum? No chyba, że jest w tym jakaś ukryta magia, niewidoczna w nazewnictwie. W przypadku tego kosmetyku Balmain magia jest! To kosmetyk, który nie tylko nadaje włosom pięknego zapachu, ale również pełni funkcje pielęgnacyjne. Dzięki zawartości olejku arganowego i protein jedwabiu nawilża przesuszone włosy nadając im jednocześnie przyjemnej w dotyku gładkości.
Uwielbiam ten zapach na swoich włosach! Wystarczy, że naniosę odrobinę na końcówki włosów i od razu mam lepszy humor! Atomizer ułatwia aplikację, ale ja wolę aplikować go dłońmi. Mgiełka uwalniająca się z atomizera jest bardzo lekka, dopiero w kontakcie ze skórą wyraźnie wyczuwalny jest olejek - aplikując dłońmi, mam większą kontrolę nad ilością produktu. Podobnie jak w przypadku pudru do włosów, na moich cienkich włosach mniej, znaczy lepiej. Podoba mi się w nim wszystko: zapach, działanie, opakowanie i ponownie bardzo duża wydajność. Jestem jego ogromną fanką od pierwszego użycia!
   
puder do włosów

Nigdy jednak nie byłam fanką soli morskiej w sprayu. Już kiedyś próbowałam tego typu kosmetyków i niestety na moich włosach efekt nie jest taki, jaki sobie wyobrażam. A może za dużo sobie wyobrażam...? W każdym razie, w katalogu Balmain Hair również znajduje się Texturizing Salt Spray - produkt, który z założenia nadaje włosom tekstury oraz objętości. Sprawia, że są również lekko pofalowane, a ja osobiście niezbyt dobrze czuję się w tego typu fryzurze. Użyłam tego produktu dosłownie kilka razy podczas tegorocznych nadmorskich wakacji więc trudno mi jednoznacznie polecić ten produkt lub nie. Nie używam tego typu produktów na co dzień, nie mam również porównania z tego typu produktami innych marek, zakładam jednak zadowolenie z niego wśród posiadaczek naturalnie pofalowanych włosów, ponieważ produkt ten z pewnością utrwali i doda lekkiej objętości naturalnym skrętom włosów.

Podsumowując, wszystkie trzy produkty spełniają swoje zadanie ale jak wynika z tekstu najczęściej i najchętniej sięgam po perfumy do włosów. W tym przypadku warto poczuć tę odrobinę luksusu na swoich włosach!

Znasz kosmetyki do włosów Balmain Hair? Co o nich sądzisz? 

Pozdrawiam,
Top 8 ostatnich tygodni | sierpień 2018

sierpnia 24, 2018

Top 8 ostatnich tygodni | sierpień 2018

Wakacyjny sezon urlopowy powoli dobiega końca. Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy już z początkiem wakacji wyjechaliśmy na pierwszy zaplanowany urlop a tymczasem już koniec sierpnia - czas płynie zdecydowanie za szybko. Nie będę ukrywała, że czas letni nie jest dla mnie produktywny pod kątem poznawania nowości kosmetycznych. To dla mnie czas typowo wyjazdowy a kosmetyczka niezbyt pojemna :) dlatego często sięgam po miniatury produktów, które na ten okres zbieram nawet przez kilka miesięcy. To świetny sposób na zapoznanie się z kosmetykami, które są na mojej liście "do kupienia" i faktycznie poznałam takie, które chcę mieć! Ale póki co, przychodzę do Was z publikacją o kilku ulubieńcach ostatnich tygodni.

ulubieńcy
Becca

Latem rzadko można mnie spotkać w pełnym makijażu. Najczęściej stawiam na krem BB lub tonujący krem do twarzy, odrobina brązera, lekko podkreślam brwi, tuszuję rzęsy a usta pociągam transparentnym błyszczykiem. Całość zabiera mi max. 5 minut. Na placach rąk mogę policzyć ile razy użyłam cieni do powiek, ale jeśli użyłam to tylko z palety Becca z limitowanej serii Ocean Jewels. Paleta jest już niedostępna (przynajmniej on-line w Sephora) więc nie będę się długo o niej rozwodzić, ale bardzo się cieszę, że udało mi się ją dorwać. Jak nazwa wskazuje inspiracją jej stworzenia były kolory głębin oceanu i magia światła odbijającego się z jego wnętrza. Wszystko tutaj do siebie pasuje, cienie zarówno matowe, metaliczne, jak i brokatowe, pigmentację określam na umiarkowaną i nie wymagającą szczególnej precyzji. Cienie zaaplikowane palcem na bazę wyglądają subtelnie ale i wyjątkowo, łatwo się łączą tworząc fajny klimat na powiece. A opakowanie z dużym lusterkiem ułatwiającym aplikację - prawdziwy majstersztyk. Kolejny raz Becca mnie nie zawiodła, wychodzi niemal na prowadzenie w moim rankingu marek makijażowych.

Burberry Kisses

Błyszczyki i balsamy koloryzujące stawiam ponad pomadki ale mam kilka, które cieszą moje nie tylko oko. Z pewnością należy do nich pomadka Burberry Kisses w odcieniu English Rose Nº17. Nie jest to typowy różowy nudziak, ale na ustach wygląda zdecydowanie inaczej niż w rzeczywistości (na powyższym zdjęciu światło lekko ją rozjaśnia). Patrząc na nią bez sprawdzenia jej kolorystyki chociażby na dłoni, z pewnością nigdy bym jej nie kupiła. Ma lekką formułę i gładko sunie po ustach. To nie jest kolejna matowa pomadka, od których aż się roi (szczerze mówiąc to jakoś mnie nie przekonały, moje usta nie lubią matowych wykończeń), nie jest również mocno połyskująca. To satyna, która nie wyróżnia się szczególną trwałością, a mimo wszystko zdecydowanie trafiła w mój gust. Jedno pociągnięcie daje efekt lekkiego nawilżenia ust z delikatnym kryciem, co mi bardzo pasuje na co dzień. Można nią stopniować budowanie koloru, jest komfortowa w noszeniu, w ogóle nie wysusza ust! Mam ochotę na inny kolor z tej serii :)

dermokosmetyki

Latem wspomagam się samoopalaczami, w tej kwestii nic się nie zmienia od kilku lat i najczęściej faworytów szukam na półkach dermokosmetyków. Tym razem w moje ręce wpadł samoopalacz w sprayu Bioderma Autobronzant i szybko okazało się, że pozostaje ze mną na dłużej. Jego zaletą jest łatwość aplikacji, dozuje mgiełkę, która delikatnie osiada na skórze tworząc przy pierwszej aplikacji subtelną opaleniznę w naturalnym kolorze. Do uzyskania mocnej opalenizny producent zaleca trzykrotną aplikację i to faktycznie się sprawdza. Produkt na skórze szybko się wchłania i nie tworzy smug, zmywa się również równomiernie. Z przyjemnością sięgnę po niego ponownie.

Serozinc La Roche Posay

Serozinc, mgiełka łagodząca z pochodną cynku La Roche Posay to mój ogromny sprzymierzeniec latem. Kierowana jest do cery mieszanej i tłustej z tendencją do niedoskonałości i trądziku.  Moja skóra latem mocno się przetłuszcza, szczególnie w strefie T, a mgiełka ta działa lepiej od niektórych znanych mi kremów matujących. Jej formuła zawiera cynk, który aktywnie redukuje proces wydzielania łoju, reguluje produkcję sebum oraz działa matująco i antybakteryjnie. Jak każdy produkt marki zawiera także wodę termalną z La Roche-Posay o właściwościach kojących i antyoksydacyjnych, by wspierać barierę ochronną skóry oraz redukować jej nadreaktywność. Hipoalergiczna formuła nie zawiera parabenów, alkoholu, konserwantów i barwników.
Jest bardzo wygodna w użyciu, wystarczy spryskać nią skórę, nie wymaga osuszania, a cenię ją najbardziej za to, że faktycznie pozostawia skórę matową. Można ją stosować za każdym razem kiedy skóra zaczyna się błyszczeć, także w ciągu dnia aby usunąć nadmiar sebum oraz na makijaż aby zadbać o matowy efekt. Jeśli przeszkadza Ci nadmiar sebum w ciągu dnia, to może być produkt stworzony również i dla Ciebie.

serum z witaminą C Liq CC

Dwa lata temu ukazał się na moim blogu wpis na temat serum z witaminą C Liq CC marki Liqpharm, który zatytułowałam "Bardzo dobre serum z witaminą C", a wstęp rozpoczęłam "chciałam napisać w tytule, że "najlepsze", ale całe życie jeszcze przede mną i kto wie co jeszcze znajdę wśród tego rodzaju kosmetyków". Według statystyk to jeden z najczęściej czytanych wpisów na blogu, znajdziesz go tutaj ---> TUTAJ. Przez moje ręce przewinęło się wiele kosmetyków z witaminą C ale Liqpharm postawił tak wysoko poprzeczkę, że trudno ją przebić. Z przyjemnością sięgam po wersję bogatą jak i lekką, z podziałem na sezony zimowy i letni. Wersja lekka szybko się wchłania i nie pozostawia filmu na skórze, obydwie zawierają 15% aktywnej witaminy C, nie podrażniają skóry a sprawiają, że moja skóra jest pełna blasku i wigoru. Prosty skład z przewagą składników aktywnych - oprócz witaminy C: tokoferol, magnez i kwas hialuronowy - w towarzystwie dla mnie ceny i działaniu jakie wykazuje to właściwie wszystko co pozwala mi stwierdzić, że to najlepsze serum z witaminą C jakie dotychczas poznałam. To już czwarta buteleczka i nic nie wskazuje na to, że ostatnia. Bardzo polecam!

Origins

Origins = świetne maski do twarzy. Na sezon wyjazdowy postawiłam głównie na maski w płachcie i kilka wersji podróżnych masek kremowych, które umieszczone są w małych poręcznych opakowaniach. Spodziewałam się, że Origins mnie zaskoczy, ale nie sądziłam, że tak bardzo :) Drink Up Intensive doskonale nawilża i koi skórę. Według zaleceń producenta należy ją delikatnie wmasować wieczorem w skórę, a nadmiar usunąć. Ja stosuję ją cienką warstwą i pozostawiam na całą noc, rano budzę się z twarzą miękką i gładką bez przetłuszczenia skóry. Świetna po dniu spędzonym na plaży! Olejki z awokado i pestek moreli głęboko i błyskawicznie nawilżają a wodorosty z morza japońskiego pomagają naprawić barierę ochronną skóry zapobiegając odwodnieniu i oznakom przedwczesnego starzenia.
Z kolei czarna maska z węglem drzewnym i białą glinką dobrze oczyszcza skórę bez ściągnięcia. W odróżnieniu od wielu tego typu masek nie zastyga mocno na skórze, łatwo się zmywa pozostawiając skórę fajnie odświeżoną i matową. Podróżne pojemności masek to tylko, albo aż!, 30ml - są bardzo wydajne, więc pełnowymiarowe 100ml z pewnością służą bardzo długo. Maska z węglem charakteryzuje się mniejszą wydajnością ale i tak uważam, że warto w nią zainwestować.

La Panthere

Na koniec zostawiłam zapach, ale nietypowy, ponieważ zamiast klasycznego flakonika perfum perfumowany krem do ciała. W ubiegłym roku pisałam na blogu o perfumach Cartier La Panthere, jeśli znasz ten zapach, to z pewnością wiesz, że nie jest to lekki, ulotny dzienny zapach. Uwielbiam go, ale zdaję sobie sprawę, że stosowany latem podczas wysokich temperatur może przyprawiać o zawrót głowy otoczenie. Dlatego z przyjemnością sięgam po perfumowany krem do ciała, którego zapach nie jest tak intensywny, a bardziej bliskoskórny. Zaaplikowany na nadgarstki krem subtelnie daje o sobie znać i uwodzi dyskretnie. To krem dość mocno perfumowany, dlatego wystarczy tylko odrobina. Nie jest tak trwały jak perfumy ale wystarczająco aby był wyczuwalny. Must have dla miłośniczek kultowej Pantery.

Tak prezentuje moja ósemka ostatnich tygodni, jestem ciekawa czy znasz te kosmetyki. Daj znać w komentarzu co o nich myślisz i zdradź swoich faworytów.

Pozdrawiam :)
Mydła w kostce przeżywają renesans | Fiorentino, Kappus, Barwa Cosmetics, tołpa

lipca 31, 2018

Mydła w kostce przeżywają renesans | Fiorentino, Kappus, Barwa Cosmetics, tołpa

Mydła w kostce! Używasz? Lubisz? Ja nawet bardzo! Przeżywają swój renesans i w moim domu mają ugruntowaną pozycję. Tradycyjne mydła w płynie z reguły wysuszają skórę dłoni, natomiast te w kostce, które my używamy nie, więc wybór dla nas jest oczywisty. Dla nas, ponieważ po mydełko w kostce chętnie sięga również i córka, i mąż. Ogromnie cieszy mnie fakt, że "dzisiejsze" mydła w kostce nie tylko oczyszczają skórę ale posiadają również właściwości pielęgnujące skórę. Dlatego w dzisiejszej publikacji przedstawiam Ci czwórkę, na którą warto zwrócić uwagę rozważając zakup mydła w kostce. 

mydło w kostce

Jestem bardzo ciekawa, czy wśród obecnych czytelników mojego bloga są Ci, którzy byli ze mną od początku. Nie obrażę się jeśli nie, ale przyznaję, że byłoby mi bardzo miło. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że na początku mojego blogowania pisałam o mydle w kostce! Minęło prawie 4 lata a ja nadal kupuję mydełka w kostce włoskiej marki Saponificio Artigianale Fiorentino, której serce znajduje się w Toskanii. Marka słynie z produkcji wysokiej jakości mydełek naturalnego pochodzenia zgodnie z rzemieślniczą tradycją, nadającą im niepowtarzalne właściwości i wyjątkowy, artystyczny wygląd. Bogactwo kwiatowych i owocowych zapachów o dużej trwałości sprawia, że mydełka przybliżają użytkownikom klimat i aromaty Włoch podczas codziennej pielęgnacji. W ofercie znajduje się kilkanaście wariantów zapachowych, moim faworytem jest kokos, o którym pisałam >tutaj< , dzisiaj jednak zachęcam do wersji cytrynowej.

Saponificio Artigianale Fiorentino
mydło

Naturalne mydło Fiorentino zdradza swój zapach wizerunkiem owoców na opakowaniu. W tym przypadku to nienachalna cytryna, której zapach orzeźwia i dość długo utrzymuje się na skórze. Formuła mydełka pozbawiona jest SLS, PEG i parabenów oraz składników odzwierzęcych. Wszystkie mydła marki oparte są na naturalnych olejach roślinnych, z których podstawowy to znany i ceniony ze względu na pielęgnacyjne właściwości olej kokosowy. Ponadto, mydełko zawiera 2% naturalnego środka zapachowego, który nadaje mydłu i skórze zapach cytryny. 
Mydełko posiada bardzo dobre działanie oczyszczające, myje delikatnie, daje przyjemne uczucie nawilżenia i gładkości. Produkt jest testowany dermatologicznie, nie jest testowany na zwierzętach i może być stosowany również przez dzieci. Dostępne w różnych rozmiarach, z doświadczenia wiem, że mniejsze są wygodniejsze dla dla małych rączek :)

Kappus
mydło w kostce

Słyszałaś kiedyś o niemieckiej marce Kappus? Powstała i rozpoczęła produkcję mydeł w 1848r. więc zdziwiłam się, kiedy pierwszy raz je ujrzałam ok. 2 lata temu w drogerii Blue.
Marka KAPPUS  jest kojarzona z wysoką jakością, różnorodnością rodzajów, form, kształtów oraz zapachów. Mydła KAPPUS wyprodukowane są na bazie naturalnych, roślinnych składników między innymi oleju palmowego i kokosowego oraz najwyższej jakości komponentów używanych w przemyśle spożywczym. 
Moją szczególną uwagę zwracają mydełka z linii romantycznej, w której znajdziemy kilka wersji. W pierwszej kolejności uwiodła mnie róża, a teraz zdecydowałam się na białą magnolię. I choć jestem zwolenniczką róży w kosmetykach, to jednak tym razem przyznaję, że magnolia przebiła różę! Mydełka te kategoryzowane są jako luksusowe i faktycznie mają w sobie coś, co bardzo przyciąga. Wygląda jakby było wykonane z mieniącej się masy perłowej z pięknym tłoczeniem w kształcie kwiatu. Zachwyca mnie nie tylko eleganckim wyglądem ale również i pięknym, trwałym zapachem. Tworzy fantastyczną pianę, bardzo dobrze oczyszcza nie przesuszając skóry, z przyjemnością sięgam po niego również pod prysznicem.
  
Barwa Cosmetics
Black Orchid

Włochy, Niemcy... czas na Polskę!  Barwa Cosmetics to marka z bogatymi tradycjami, której receptury sięgają 1949r. W swojej ofercie posiada cały wachlarz kosmetyków pielęgnacyjnych, wśród których linia Barwy Harmonii zachwyca dodatkowo relaksującymi zapachami. Domowe SPA na wyciągnięcie ręki - kosmetyki te są łatwo dostępne i w przystępne cenowo. Jakiś czas temu marka zaskoczyła (z pewnością mnie) nowym produktem w swojej ofercie, jakim jest mydło w kostce z przeznaczeniem również i do demakijażu. Ile razy słyszałaś: "Nie myj twarzy mydłem?". Ja niejednokrotnie. A okazuje się, że z powodzeniem można - myję twarz (z pominięciem oczu) mydłem Black Orchid pod prysznicem i nic złego mojej skórze się nie dzieje.
W 100% naturalna roślinna baza mydła Black Orchid została wzbogacona w znane ze swych właściwości pielęgnacyjnych o odżywcze masło shea, które zapewnia niezwykłą delikatność w pielęgnacji skóry ciała i twarzy. Główny składnik mydła to kompleks 5 naturalnych olejów: kokosowego, Buriti, oleju z oliwek, awokado oraz winogron, który nawilża i chroni skórę przed wysuszeniem oraz starzeniem. Wystarczy niewielka ilość spienionego w dłoniach mydła aby dokładnie oczyścić skórę twarzy. Nie podrażnia, nie wysusza, a dzięki niemu mam dodatkowe wolne miejsce pod prysznicem - odrębny produkt do mycia twarzy zbędny. Oczywiście, mydłem możemy myć nie tylko twarz ale również całe ciało, najlepiej sprawdza się przy użyciu gąbki. Dodatkowym atutem produktu jest zmysłowa nuta czarnej orchidei, której zapach relaksuje i odpręża.
Mydło nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i zostało przebadane dermatologicznie.

mydło w kostce
tołpa

Ostatnim mydłem, do zakupu którego dzisiaj zachęcam jest mydło borowinowe marki tołpa. Pochodzi z linii SPA Bio Harmony, która dzięki zawartości naturalnych olejków eterycznych z drzewa różanego, ylang-ylang, szałwii i bergamotki korzystnie działa na stany napięcia i zmęczenia oraz obniżony nastrój. SPA Bio to: detoksykacja, redukcja dyskomfortu, napięcia i całkowite odprężenie. Wieczorna kąpiel z użyciem produktów tej linii eliminuje stres i przywraca harmonię tak potrzebną do regeneracji podczas snu.
Mydło zawiera również borowinę tołpa - to odmiana torfu uważana za daleką krewną słonego mułu z Morza Martwego, forma naturalnej odnowy biologicznej. Redukuje dyskomfort powstały w wyniku przeciążenia, przemęczenia i stresu, wspomaga proces regeneracji naskórka, zwalcza wolne rodniki i pielęgnuje skórę. Usuwa toksyny oczyszczając skórę i zwiększa wchłanianie pozostałych składników aktywnych. Borowina tołpa to także potwierdzone badaniami działanie antycellulitowe, wyszczuplające, ujędrniające, uelastyczniające, regenerujące, ochronne i nawilżające.
Mydełko tołpa zdecydowanie różni się od poprzedników zapachem, nie jest ani kwiatowy, ani soczyście owocowy, najtrafniej określić mi jego zapach jako ziołowy, bardzo przyjemny ziołowy, który po pewnym czasie stosowania uzależnia!

Każde z czterech powyższych mydeł doceniam i z przyjemnością z nich korzystam. A teraz Twoja kolej, jeśli korzystasz z mydeł w kostce to zdradź swoich faworytów. Na pewno sprawdzę :)

Pozdrawiam,
Nawilżający krem pod oczy? | Belif Moisturizing Eye Bomb

lipca 30, 2018

Nawilżający krem pod oczy? | Belif Moisturizing Eye Bomb

Kosmetyki do pielęgnacji okolic oczu zajmują ważne miejsce na mojej półce i jednoznacznie przyznaję się, że krem pod oczy to kosmetyk, który zmieniam najczęściej. Niejednokrotnie kupuję znane mi i sprawdzone kremy do twarzy ale w przypadku kremów pod oczy nie potrafię sobie odmówić nowości. Jedynym przykładem kosmetyków do pielęgnacji oczu, które bywały u mnie częściej niż raz są krem pod oczy i na powieki na noc Yonelle oraz płatki pielęgnacyjne pod oczy tej samej marki. Żaden inny krem pod oczy nie zagościł u mnie póki co ponownie ale wszystkie znaki na ziemi i niebie póki co wskazują, że Moisturizing Eye Bomb koreańskiej marki Belif pojawi się u mnie ponownie. 

krem pod oczy

Nie odkryję Ameryki jeśli stwierdzę, że krem pod oczy nie powinien podrażniać, nie preferuję również mocno perfumowanych, a najlepiej jeśli w ogóle jest bezzapachowy. To delikatna strefa i związki zapachowe moim zdaniem są tutaj zbędne, ale jeśli zapach jest delikatny a sam krem nie podrażnia, to go akceptuję. Nie jestem zapewne również odosobniona w stwierdzeniu, że kosmetyk do pielęgnacji okolic oczu powinien dobrze nawilżać, przydałoby się aby napinał skórę (nawet lekko) a jeśli niwelowałby cienie pod oczami, to już w ogóle byłoby super! Tak, jeszcze nie tak dawno pisałam, że ja nie mam cieni pod oczami. Otóż już mam! Moje 36 lat chyba w tej kwestii zrobiło już swoje... Nie narzekam jednak, moja skóra to historia mojego życia! Nie wierzę w cuda, krem nie wyprasuje zmarszczek, ale jeśli odpowiednio i długotrwale nawilży, to zmarszczki są wtedy mniej widoczne. I taki właśnie jest krem pod oczy Belif - zapewnia długotrwałe głębokie nawilżenie, poprawia sprężystość skóry konturu oka dla zauważalnie odmienionego spojrzenia.

Belif

Nazwa marki Belif, pochodząca od angielskiego słowa „believe”, symbolizuje cel, którym jest odkrycie najważniejszej prawdy dla pielęgnacji skóry. Wymawiana w ten sam sposób nazwa „belif” oznacza zaufanie i zaangażowanie marki w zastosowaniu na rzecz klientów najwyższej jakości składników, formuł, bezpieczeństwa i korzyści. Formuła Moisturizing Eye Bomb zawierająca kompozycję roślin nawilżających - żywokost i wąkrotkę azjatycką, które poprawiają elastyczność skóry - głęboko nawilża i sprawia, że spojrzenie staje się promienne i zauważalnie odmłodzone. 
Podoba mi się orzeźwiająca formuła kremu, tuż po jego aplikacji odnoszę wrażenie jakbym pokryła okolice oczu wodą. To trochę dziwne spoglądając na formułę kremu w opakowaniu, ponieważ wydaje się być kremowa, z pewnością nie wodna, ukazująca każdorazowo miejsce wydobycia produktu. W kontakcie jednak ze skórą zamienia się w formułę lekko sunącą po skórze, szybko się wchłania nie pozostawiając właściwie śladu. Koreańskie formuły kosmetyków już niejednokrotnie pozytywnie mnie zaskoczyły i tak też jest w tym przypadku.

Moisturizing Eye Bomb

Kosmetyki Belif dostępne są w perfumerii Sephora, zarówno stacjonarnie jak i za pośrednictwem sprzedaży wysyłkowej, więc dostęp do nich nie jest utrudniony. Są jednak trochę droższe od powszechnie znanych koreańskich kosmetyków, argumentem jednak przemawiającym za nimi jest pojemność. W przypadku kremu pod oczy, którego aktualna cena to 165zł (nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że wrosła, bo o ile dobrze pamiętam to ok. 3 m-ce temu kosztował 149zł - a może to cena stacjonarna, bo tam kupowałam) otrzymujemy aż 25ml produktu, co w przypadku kremów pod oczy jest ilością niemal podwójną, ponieważ z reguły kosmetyki do pielęgnacji oczu mają pojemność 15ml.  Jedyną kwestią, która mi nie do końca odpowiada, to właśnie opakowanie. I nawet nie mam tutaj na myśli zmiany opakowania na typu air-less, ale obecne jest tak skonstruowane, że wydobycie kremu palcami jest zwyczajnie utrudnione. Otwór jest dużo mniejszy od całości opakowania i właściwie sensownym jest użycie szpatułki. Z punktu widzenia higieniczności jest to nawet wskazane, zresztą większość koreańskich kosmetyków jest wyposażonych w dedykowaną szpatułkę, tutaj jednak jej nie dołączono. Chyba, że na przestrzeni czasu coś się zmieniło.

Podsumowując jednak z działania kremu jestem bardzo zadowolona, po aplikacji kremu na noc skóra konturu oka jest dogłębnie nawilżona i sprężysta przez cały dzień, niejednokrotnie zauważyłam, że aplikacja kremu pod oczy rano jest zbędna, a to już świadczy nie tylko o jego skuteczności ale i wydajności. Jeśli tak samo dobrze będzie się spisywał w sezonie grzewczym, to z pewnością będzie moim faworytem.

Także, c.d.n. w sezonie zimowym :)

Znasz kosmetyki Belif? Jeśli tak, to koniecznie daj znać jak się u Ciebie sprawdzają :)

Pozdrawiam,


Jeanne | LANVIN

lipca 22, 2018

Jeanne | LANVIN

Odkryłam w sobie nową pasję! Do niedawna perfumy rozpatrywałam w kategoriach ładne, fajne, podobają mi się lub... niekoniecznie dla mnie. Nie zastanawiałam się nad ich pochodzeniem, a przecież każdy flakon ma swojego twórcę, którego historia jest niejednokrotnie imponująca. Poznając historię twórcy nie zawsze jednak wpadamy na trop, który jednoznacznie udziela nam odpowiedzi na pytanie: "Dlaczego i jak dany zapach powstał?" ale z pewnością wskazuje pewną spójność i przywiązanie do danego logotypu. Jednego jestem pewna, odkąd poznaje zapach od strony historii, zupełnie inaczej go odbieram. Doskonałym dowodem na to jest dzisiejszy bohater, a właściwie bohaterka, Jeanne LANVIN - znam ten zapach od kilku lat, a dopiero teraz go doceniam.
 
Lanvin

Jeanne Lanvin - francuska projektantka mody, która stworzyła prawdziwe imperium, dom mody sygnowany swoim nazwiskiem. Mówi się, że była największą konkurencją dla Gabriel (Coco) Chanel. Pochodząca z biednej rodziny, jako najstarsza z jedenaściorga rodzeństwa chcąc zapomnieć o ubóstwie bardzo wcześnie zaczęła pracę zarobkową. Jako nastolatka wykonywała kapelusze, pracownię modniarską otworzyła mając 22 lata, a 2 lata później dom mody. Paryżanki szalały za jej kreacjami a dla Jeanne szeroko otworzyły się drzwi do zamożnego paryskiego towarzystwa. Tam poznała a potem poślubiła księcia Emilio di Pietro. 2 lata później urodziła swoją jedyną ukochaną córkę Marguerite. Córka była dla matki muzą, od najmłodszych lat szyła dla niej przepiękne kreacje, co z czasem zaowocowało pierwszą na świecie linią mody dla dzieci i dorastających dziewcząt. Małżeństwo Jeanne nie przetrwało, ale dość szybko wyszła ponownie za mąż - tym razem za dziennikarza.  

Jeanne

To z jej rąk wychodziły najpiękniejsze suknie dwudziestolecia międzywojennego, niestety, nie każdego było na nie stać. Lanvin Parfums było swego rodzaju odpowiedzią domu mody dla odbiorców, którzy nie mogli pozwolić sobie na kreację, ale mogli nabyć flakon perfum ulubionej projektantki. Arcydziełem zapachowym Lanvin jest Arpége - zapach, który powstał w 1927r. i jest dostępny również i dzisiaj. Bardzo lubię i często wracam do Éclat d'Arpège, ale w dzisiejszym wpisie spróbuję odgadnąć co twórca zapachu chce nam powiedzieć nazywając go po prostu Jeanne. Zanim jednak przejdę do samego zapachu, zwracam uwagę na logo Lanvin, które przedstawia samą Jeanne z Marguerite, obraz miłości matki i córki. Historia mówi, że zdjęcie, na postawie którego powstało logo, zostało zrobione podczas jednego z balów, przedstawia Jeanne i Marguerite w strojach balowych.   

perfumy

Podoba mi się minimalistyczny i regularny kształt flakonu Jeanne, który doskonale ukazuje różowy płyn. Różowe barwy perfum kojarzą się z zapachem świeżym, kwiatowym i typowo wiosenno-letnim. Jeanne również taka jest, zaliczana jest do zapachów owocowo-kwiatowych. Odniesieniem do projektantki (tak mniemam) jest okalający, trochę figlarnie zawiązany tiul w jasno różowym kolorze, pod przykryciem którego umieszczono na flakonie nazwę zapachu wyszytą na kawałku materiału, który łudząco przypomina tzw. "metkę", którą znajdujemy wszytą do odzieży. Flakon o regularnym kwadratowym kształcie wieńczy ciężki metalowy korek.

Jeanne Lanvin

Jeśli lubisz piwonie, z uwzględnieniem również ich zapachu, z pewnością polubisz również i ten zapach. Zdecydowanie one wychodzą na prowadzenie w towarzystwie dzikich jeżyn i malin. Jest trochę słodko, ale słodycz ta jest świetnie wyważona, nie przytłacza i nie przyprawia o zawrót głowy w towarzystwie. I choć nuty serca: jeżyna, cytryna i gruszka nadal dają przewagę słodyczy ponieważ cytryna nie jest właściwie wyczuwalna w zapachu, to jednak jej obecność w składzie daję pewną dozę świeżości. Dopełnieniem całości są bazowe piżmo i drzewo sandałowe, które tworzą po jakimś czasie całość lekko pudrową.  
To lekki, świeży i stonowany zapach - nie poczujemy go zanim pojawi się na naszym horyzoncie wzroku kobieta ubrana w niego, ani nie pozostawia po sobie charakterystycznego ogona. Wydaje się być stosowny na wiele okazji. Moim zdaniem świetnie sprawdzi się nie tylko wiosną i na letnie spacery, ale również do pracy w biurze czy jako zapach na specjalne okazje typu ślub czy przyjęcie weselne. Myślę, że również niejedna panna młoda z powodzeniem ubierze ten zapach również i na swój ślub. Zdecydowanie widzę w nim młode kobiety, a jeśli dojrzałe, to te, które kochają zapach letnich kwiatów i wiecznie młode. 

Lanvin

Czy taka właśnie była Jeanne Lanvin? Wiecznie młoda? Biorąc pod uwagę, że zapach Jeanne miał swoją premierę w 2008r. (pół wieku po jej śmierci) to możemy uznać, że został stworzony jako hołd dla założycielki. W wizerunku kobiety Lanvin, ten zapach łączy w sobie ultranowoczesne poczucie szyku z delikatną kobiecością. Nuty dzikich jeżyn i malin nadają miksturom całej swobody, podczas gdy piwonia i drzewo sandałowe zapewniają pewną ponadczasową elegancję. Pomimo, że to zapach kwiatowo-owocowy to jednak delikatności i elegancji nie można mu odmówić!

To zapach, po który sięgam aktualnie najczęściej, zamiennie z L'Imperatrice 3 Dolce&Gabbana.

Znasz zapachy Lanvin?

Pozdrawiam, 
Copyright © 2017 Kosmetyki z Mojej Półki