Ulubione kosmetyki ostatnich miesięcy | pielęgnacja

stycznia 31, 2019

Ulubione kosmetyki ostatnich miesięcy | pielęgnacja

To najdłuższa przerwa na blogu jaką miałam. Kilka miesięcy temu połączenie mało przyjemnych prywatnych wydarzeń znacznie ograniczyło mi czas, czego następstwem było wyznaczenie priorytetów. Tym z Was, którzy wiedzieli co się dzieje bardzo dziękuję za wsparcie!!! To dla mnie bardzo wiele znaczy. Wszystko już u mnie w porządku :)
Nie było dnia abym nie myślała o blogowaniu. Nie wycofałam się całkowicie, przeglądałam codziennie Instagram, zaglądałam na znajome blogi i kwestią czasu było aż w końcu złapię za aparat i stworzę pierwszy wpis po przerwie. No i złapałam! I okazało się, że mój aparat nie działa... Tak po prostu, nie używałam go przez ponad cztery miesiące i zwyczajnie przestał działać. Nie mogę go nawet włączyć, choć bateria naładowana na full. A może obraził się na mnie? Tak czy siak rozważam zakup nowego aparatu a tymczasem załączam do wpisu zdjęcia wykonane telefonem.    

Foreo Luna play plus

To długi wpis - zawarłam w nim ulubione produkty ostatnich miesięcy. Niektóre z nich poznałam niemal rok temu, jak jest w przypadku szczoteczki Foreo Luna play plus. Zanim kupiłam Lunę miałam już dwie szczoteczki soniczne do oczyszczania twarzy. Yasumi nuno (wcale nie taką tanią, bo kosztowała mnie ok. 350zł) wyposażoną dodatkowo w funkcję terapii światłem led oraz tańszy odpowiednik Dermofuture (ok. 130zł) więc niejednokrotnie zastanawiałam się co takiego ma w sobie Luna, czego jej tańsze odpowiedniki nie mają? I czym może mnie zaskoczyć skoro wszystkie wymienione wykorzystują soniczne pulsacje dla efektywniejszego oczyszczania skóry. Szczoteczki Luna nie są tanie, Luna play nie wchodziła w rachubę, ponieważ po 100-krotnym użyciu nie ma możliwości jej naładowania i trafia do kosza a klasyczna wersja to koszt większy niż obydwie które miałam razem wzięte. I kiedy odpuściłam, moim oczom ukazała się unowocześniona wersja Luny play - Luna play plus, której koszt to ok. 200zł. Wyglądem jest niemal identyczna do swojej poprzedniczki (tylko o centymetr większa, choć nadal bardzo mała) ale ma tę wspaniałą właściwość, że zasilana jest baterią AAA, po zużyciu której wymieniamy ją i szczoteczka działa dalej. Sprawdziłam! Wymieniałam już baterię i szczoteczka nadal działa bez zarzutu.
Poznałam wiele opinii na temat Luny i przyznaję, że zanim zaczęłam jej używać to chyba nie do końca wierzyłam w to jak jest skuteczna. Jej używanie to mega przyjemność, jest bardzo miękka, niezwykle delikatnie masuje skórę, poprawia jej ukrwienie a przy tym efektywnie oczyszcza. Po kilku miesiącach stosowania (od marca ubiegłego roku) widać różnicę! Uwielbiam ją! Zabieram ją ze sobą w każdą podróż. Plan na ten rok? Choć ta sprawdza się rewelacyjnie, to zakup większej wersji.
I tym optymistycznym akcentem przechodzimy do kosmetyków :)
   
Sephora

Dwuetapowe oczyszczanie skóry

Coraz częściej w pierwszym kroku oczyszczania skóry sięgam po olejek do demakijażu zamiast płynu micelarnego. Olejki do demakijażu bez emulgatora u mnie odpadają. Nie potrafię chyba do końca się z nimi obchodzić i zdecydowanie przeszkadza mi tłusty film, który pozostawiają na skórze. Olejek do demakijażu Sephora Collection to lekki produkt jak przystało na olejek, który w kontakcie z wodą zamienia się w łatwo zmywalną emulsję nie pozostawiającą na skórze niemal śladu. Świetnie radzi sobie z demakijażem oczu, nie szczypie (testowany dermatologicznie), rozpuszcza i usuwa makijaż bez wspomagania się płynem micelarnym. Skóra po jego użyciu nie jest ściągnięta, olejek nie podrażnia i nie uczula. Jest bardzo wydajny a przyjemnie świeży i nieprzytłaczający zapach zamyka jego walory. Wad nie widzę - przystępna cena 46zł, pompka również dokładnie i bez zarzutu dozuje produkt. Warto mu zaufać.

Z pozoru podobnym, ale w praktyce zupełnie innym produktem do demakijażu okazał się oczyszczający mus z miodem akacjowym Lancome. Nie zgadzam się z opisem, że "posiada lekką formułę" ponieważ jest bardzo gęsty i kiedy aplikuję go na suchą skórę twarzy jak zaleca producent, to muszę naciągać skórę aby go dokładnie rozprowadzić. Aplikowany na sucho jest dość tępy przy rozprowadzaniu ale przy całej tej swojej "gęstości" jest również przyjemny. Czuję się trochę tak jakbym pokrywała skórę miodem, który w kontakcie z wodą przyjmuje postać delikatnej i lekkiej pianki. I tutaj zaczyna się przyjemność, odprężający zapach, łatwość całkowitego zmycia ze skóry, która jest dokładnie oczyszczona, miękka, gładka i bez uczucia ściągnięcia. Kiedy nie noszę w ciągu dnia makijażu, to ten mus jako jedyny wystarcza mi do oczyszczenia skóry, drugi etap staje się zbędny. Wydajność w połączeniu ze skutecznością rekompensuje cenę (139zł).
  
  
Alkemie

Pozostając przy drugim kroku oczyszczania, w tym zestawieniu nie może zabraknąć pianki do mycia i demakijażu twarzy Foa-m my god! Alkemie. Super delikatna dla skóry. W składzie zawiera roślinne substancje myjące oraz naturalne składniki nawilżające, dzięki połączeniu których powstał produkt z mojego punktu widzenia doskonały. Pianka jest leciutka niczym puch, bardzo łatwo się rozprowadza, idealnie spłukuje, dla mnie osobiście to najlepsza pianka do mycia twarzy jakiej dotychczas używałam. Nie znam wielu produktów Alkemie, ale to z pewnością nie ostatni mój kontakt z marką. W ubiegłym roku opublikowałam wpis na blogu, którego głównymi bohaterami są eliksir Skin Superfood oraz maska peeling 2w1 Alkemie, które również  miło wspominam, dlatego w tym roku zamierzam poznać kolejne produkty marki.
W kwestii toników nadal polegam na hydrolacie różanym lub wodzie termalnej, dodatkowo włączyłam do pielęgnacji lotion złuszczający PHA Bandi. Stosuję go 2-3 razy w tygodniu i bardzo polecam, szczególnie tym, którzy posiadają skórę skłonną do zanieczyszczeń. W składzie glukonolakton, kwas mlekowy oraz kompleks glow-peel, czyli mieszanina kwasów owocowych, które złuszczają, rozświetlają, wygładzają i wyrównują koloryt skóry. Uwaga! Nie jest wskazany dla kobiet w ciąży i w czasie karmienia piersią. Delikatnie złuszcza, oczyszcza i wygładza cerę, potęguje działanie kosmetyków aplikowanych na skórę w dalszych krokach pielęgnacyjnych. U mnie sprawdza się bardzo dobrze, dostępny m.in stacjonarnie w Hebe.
     
Lierac

LIERAC Paris

Kosmetyki marki Lierac poznaję etapami, ale przyznaję, że chętnie zaglądam na ich półkę. Zaczęło się wiosną ubiegłego roku, kiedy to światło dzienne ujrzała ultranawilżająca mgiełka na dzień dobry z linii Hydragenist, która nie tylko nawilża, ale również i dotlenia skórę. Efekt widać niemal natychmiast, dzięki lekko żelowej formule daje uczucie niesamowitej świeżości. Na blogu miała już swoją premierę w ulubieńcach maja ubiegłego roku, od tamtej pory nic się nie zmieniło. Nadal bardzo ją lubię i z pewnością kupię kolejne opakowanie.
ZOBACZ: TOP 5 | Maj 2018 
Latem moją kosmetyczkę na urlop nad morze wyposażyłam w regenerujące mleczko po opalaniu Lierac Sunissime, które bardzo szybko zyskało moją sympatię. Jego zadaniem jest kojenie i łagodzenie podrażnień po opalaniu oraz redukowanie uczucia przegrzania. Nad Bałtykiem różnie bywa, jednego dnia upalnie a drugiego deszczowo, więc produkt nie miał wówczas codziennego zastosowania ale tak przyjemnie się go używa, że włączyłam go do codziennej pielęgnacji jako kosmetyk nawilżający. Rewelacyjnie nawilża, mleczko jest niemal płynne ale wystarczająco tłuste aby intensywnie nawilżyć i zregenerować skórę. Łatwo się rozprowadza, dość szybko wchłania, choć wyczuwam pozostawiony przez pewien czas na skórze ochronny film. Posiada delikatny kobiecy zapach i jest bardzo wydajne. To bardzo komfortowy i przyjemny w użyciu produkt, po który z przyjemnością sięgnę ponownie.

W ostatnim kwartale roku ma mojej półce pojawia się bogaty krem nawilżający do twarzy - myślę, że nie jestem w tym odosobniona. Tak już mam, po prostu czuję się lepiej kiedy mam pod ręką SOS na przesuszoną skórę. No i padło na Lierac, i kolejny kosmetyk z linii Hydragenist, ale tym razem nie krem, a odżywczy balsam dotleniający, kuracja SOS do skóry bardzo suchej i okresowo przesuszonej. Kiedy go otworzyłam i sprawdziłam, że to faktycznie treściwy balsam, przyznaję, że odrobinę się cofnęłam w obawie, że to za ciężki produkt do pielęgnacji twarzy. Moje obawy szybko się rozwiały, jest niemal idealnym produktem na noc, który zamyka całą pielęgnację, doskonale regeneruje i nawilża przesuszoną zimą skórę. Balsam może być również stosowany jako maska 2-3 razy w tygodniu aplikując większą ilość na 5 minut a nadmiar usunąć ze skóry, wolę jednak stosować go jako krem na noc. Rano nie ma po nim śladu na skórze, jest nawilżona, gładka i pozbawiona wszelkich suchych skórek. Mam wewnętrzną potrzebę poznania kolejnych produktów tej linii. 
  
tołpa

tołpa ! You made my... year!

I chyba nie tylko mój, ponieważ o peelingu enzymatycznym do twarzy 3 enzymy pisze niemal cała blogosfera beauty. Z tego co zdążyłam się zorientować, to zdecydowana większość poleca ten produkt i ja również do tego grona należę. Jeśli jeszcze go nie znasz, to już tłumaczę co to jest za kosmetyk. Działa jak peeling, ale nie zawiera drobinek ani kwasów AHA. Usuwa zrogowaciały naskórek dzięki trzem aktywnym enzymom, bez pocierania i dodatkowych podrażnień. Nakładam na skórę, czekam kilka minut i zmywam. Wygładza skórę, głęboko oczyszcza pory, zapobiega ich blokowaniu i zmniejsza ilość zaskórników. I choć już chwilę po aplikacji lekko szczypie skórę, to jednak jest dla niej łaskawy, nie podrażnia i nie uczula. Z jego dostępnością w Rossmannie bywa różnie, szybko znika z półek, widzę, że w sklepie internetowym producenta w tej chwili również nie jest dostępny, jeśli się pojawi warto zrobić zapas.

Drugim kosmetykiem będącym również bestsellerem marki tołpa z tej samej linii, pod którym również się podpisuję jest maska czarny detoks. Borowina, aktywny węgiel i biała glinka pochłaniają nadmiar sebum i usuwają zanieczyszczenia, które skóra gromadzi przez cały dzień. Maska normalizuje pracę gruczołów łojowych oraz koryguje niedoskonałości takie jak grudki, krostki i zaskórniki. Wyraźnie zwęża rozszerzone pory. Maskę aplikuję po peelingu 3 enzymy, więc wydawać by się mogło, że dwa kolejno aplikowane po sobie kosmetyki oczyszczające mogą w efekcie podrażnić skórę, to jednak nic takiego się nie dzieje. Nie odczuwam po ich zastosowaniu uczucia dyskomfortu ani ściągnięcia. Skóra jest dobrze oczyszczona i matowa. Maska zastyga na skórze, po zwilżeniu łatwo się spłukuje. To kolejny bardzo dobry drogeryjny kosmetyk.

D'Alchemy  ♥

Nieodłącznym elementem mojej kosmetycznej półki ostatnich miesięcy są kosmetyki D'Alchemy. Uważam, że to najlepszy debiut na naszym rynku a wszystkie tytuły i nagrody przypisywane kolejnym produktom są w pełni zasłużone. Rok temu opublikowałam na blogu wpis, w którym wypowiadam się i polecam trzy kosmetyki marki a dzisiaj kuszę kolejnym, który zyskał tytuł Doskonałości Roku Twój Styl 2018 - krem, a właściwie koncentrat pod oczy niwelujący oznaki starzenia. To jeden z trzech kosmetyków do pielęgnacji okolic oczu, jakie polecam w tym wpisie, ale z góry zaznaczam, że ten jest najlepszy! Charakteryzuje go bogaty skład i bogata konsystencja, przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji skóry dojrzałej, wiotkiej i wrażliwej. Preparat działa przeciwstarzeniowo i wyraźnie redukuje widoczność zmarszczek. Moje nie są głębokie, ale już są, a ten koncentrat sprawia, że są mniej widoczne. Doceniam go za to, że skóra wokół oczu jest zrelaksowana, pozytywnie wpływa na objawy zmęczenia i stresu, koi skórę i sprawia, że jest wypoczęta. Niczego więcej nie potrzebuję od kosmetyku do pielęgnacji wrażliwej skóry wokół oczu.

d'Alchemy

Drugim kosmetykiem do pielęgnacji okolic oczu, który już na blogu polecałam to nawilżający krem pod oczy Belif. Poznałam go w sezonie letnim i miałam dać znać jak się sprawdza zimą. Uprzejmie więc donoszę, że również wystarczająco dobrze aby z czystym sumieniem go polecić. Jak nazwa wskazuje, to nawilżający krem, więc nie wymagam od niego zlikwidowania zmarszczek ani usunięcia obrzęków pod oczami, choć przyznaje, że jeśli skóra jest dobrze nawilżona to i tak wygląda dobrze. Kolejną jego zaletą jest pojemność, która wynosi aż 25ml, czyli niemal drugie tyle co standardowa pojemność kremu pod oczy (zazwyczaj mamy 15ml - np. w/w d'Alchemy taką pojemność posiada). Produkty Belif dostępne są w Sephora i nie wykluczam poznania kolejnych :)
TEAOLOGY - gasi pragnienie skóry
Kolejnym kremem do twarzy, który poznałam i polecam jest Ginger Tea Energizing Aqua-Cream marki, na temat kosmetyków której jeszcze się nie wypowiadałam - Teaology. To wodny krem o świeżym, lekkim dotyku, który natychmiast wtapia się w skórę, tworząc prawie niewidoczną warstwę długotrwałego nawilżenia. Jego formuła została opracowana w celu rewitalizacji skóry za pomocą stymulujących i przeciwutleniających katechin zawartych w naparze herbaty oraz koncentratu witamin C i E o działaniu tonizującym i rewitalizującym. Kwas hialuronowy zapewnia nawilżanie i poprawia jędrność skóry. Nie polecam na dzień w mroźny dzień, bo to wodny krem (chyba, że masz czas i poczekasz na wyjście z domu aż woda całkowicie odparuje) ale latem jest idealny. Jeśli stosujesz bogatą pielęgnację nocną i potrzebujesz kropki nad i, która zamknie całość pielęgnacji również się sprawdzi. Bardzo go lubię! Planuję szerszy wpis na temat kosmetyków marki Teaology.

maseczka do twarzy

Maseczki, ach maseczki !!!

Kategoria maseczki w mojej pielęgnacji jest dość rozbudowana, chętnie po nie sięgam i lubię mieć wybór. Do podsumowania wybrałam te, które robią efekt WOW i nie żałuję, że je kupiłam. Kolejność prezentacji przypadkowa - każdą stawiam bardzo wysoko w rankingu. CHIC-CHIQ polecałam już na blogu, na zdjęciu widać à la Rose ale wszystkie rodzaje są super! To maseczki algowe, które wymagają nieskomplikowanego samodzielnego przygotowania - w opakowaniu znajdujemy suchy proszek, który łączymy z ciepłą wodą lub ulubionym hydrolatem. Kompozycje maseczek są naturalne, a składniki aktywne znajdujące się w proszku CHIC CHIQ są aktywowane tylko wtedy, gdy zostaną zmieszane z wodą a to gwarancja świeżości. Po użyciu maseczki CHIC-CHIQ skóra zawsze zachwyca!
Glam-Glow występuje już na moim blogu, ale póki co żadnego kosmetyku nie umieściłam w zestawieniu ulubionych kosmetyków. Będę jednak nie w porządku wobec samej siebie jeśli nie umieszczę w tym wpisie oczyszczającej maski PowerMud Dualcleanse Treatment (zielona). To maseczka, która w swojej formule zawiera oczyszczające błoto oraz dla równowagi nawilżający olejek. Zarówno biała jak i czarna wersja maski Glam-Glow dogłębnie oczyszcza skórę, ale po ich użyciu skóra jednak domaga się porządnej dawki nawilżenia. W przypadku zielonej, po upływie 10 minut i zwilżeniu dłońmi formuła zastygającej maski zamienia się w łatwy do usunięcia olejek, który jednocześnie nawilża skórę. Maska oczyszcza skórę nie ściągając jej jednocześnie i to właśnie sprawia, że darzę ją dużym zaufaniem i z przyjemnością po nią sięgam. To moja ulubiona maska Glam-Glow!
Maseczki do twarzy w tym zestawieniu zamyka Clear Improvement Charcoal Honey Mask Origins. Odżywcza maska węglowa, która usuwa toksyny i zanieczyszczenia. Aktywny węgiel bambusowy oraz biała glinka oczyszczają skórę, absorbują i usuwają nadmiar sebum a dodatek miodu zapewnia równowagę pomiędzy działaniem oczyszczającym i kojącym. Blask złotego miodu (dosłownie, złota barwa przebija się przez czerń maski) i bazowe połączenie rozmarynu, goździków i mięty dopełniają miłego doświadczenia aplikacji maseczki delikatnym zapachem i uczuciem świeżości. Finalnie efekt działania maseczki Origins jest zbliżony do efektu jaki uzyskuje po zielonej Glam-Glow, przy czym to dwie różne wizualnie maski. Z mojego punktu widzenia Origins jest jednak bardziej finezyjna - i prawie połowę tańsza.
 
Laneige

Zestawienie ulubionych kosmetyków ostatnich miesięcy zamykają dwa produkty, które nie są - jak ja to nazywam - kosmetykami pierwszej potrzeby, nie mniej jednak przydają się, więc lepiej je mieć, aniżeli nie. 

Regenerujące żelowe płatki pod oczy na noc Patchology polubiłam od pierwszego użycia. Kupiłam z czystej kosmetycznej ciekawości a tymczasem okazało się, że są genialne! Bardzo dobrze nasączone dzięki czemu świetnie przylegają do skóry. Nie przemieszczają się, są odpowiednio wyprofilowane i trzymają się skóry nawet podczas chodzenia. Ale to efekt jest najważniejszy: wypoczęta, odświeżona, nawilżona i napięta skóra pod oczami. Efekt nie utrzymuje się kilka dni, ale jeśli dbamy o skórę wokół oczu codziennie, to wyraźnie odczuwamy, że takie płatki dodatkowo wspomagają pielęgnację. Przyjemne, skuteczne, szybkie i łatwe w użyciu.

Ostatnim kosmetykiem, który polecam w dzisiejszym wpisie jest maseczka do ust koreańskiej marki Laneige, która od niedawno jest dostępna w perfumerii Sephora. Znasz balsam do ust Nuxe? Przez lata uważałam, że jest najlepszy. Nadal bardzo go lubię, ale uważam, że maska na noc Laneige jest bardziej komfortowa i lepiej wygładza usta. To gęsty, lekko żelowy balsam, który mocno nawilża i regeneruje usta. Dzięki niej nie doświadczam rano suchych skórek i wysuszenia ust. Widoczna na zdjęciu grejpfrutowa wersja bardzo mi odpowiada zapachem - bardzo polecam! Takiego kosmetyku na naszym rynku dotychczas nie było, a ja osobiście nie znam produktu, który by mu dorównywał skutecznością.

Aaaaaale się rozpisałam - lubię to! Chylę czoła jeśli dobrnęłaś do końca, bo to chyba najdłuższy wpis na blogu jaki dotychczas opublikowałam. Dziękuję jeśli zostałaś do końca, daj znać czy znasz kosmetyki, które przedstawiłam i co o nich sądzisz. Pozdrawiam ciepło :)
Tlenowa rewolucja w pielęgnacji przeciwstarzeniowej | O2SKIN

października 23, 2018

Tlenowa rewolucja w pielęgnacji przeciwstarzeniowej | O2SKIN

Bez tlenu nie ma życia - to on warunkuje byt na ziemi. Pełni bardzo ważne funkcje w organizmie człowieka i jest składnikiem niemalże wszystkich minerałów, roślin oraz organizmów zwierzęcych. Wykorzystywany jest w wielu gałęziach przemysłu - z powodzeniem również w kosmetyce. Tlen jest niezbędnym składnikiem do zachowania młodego i zdrowego wyglądu skóry, nie dziwi zatem fakt, że producenci kosmetyków umieścili tlen jako kluczowy składnik. Starzenie się skóry możemy zaobserwować już po 20-tym roku życia. Skóra zaczyna tracić elastyczność, zaczynają pojawiać się na niej pierwsze zmarszczki i proces ten nieuchronnie postępuje. Wskutek procesu starzenia w skórze powstają zmiany w drobnych kapilarach, które odpowiedzialne są za dostarczanie do niej tlenu. Kilka miesięcy temu na moją półkę trafiły kosmetyki marki O2SKIN, w składzie których producent umieścił aż 30% tlenu. Poniżej znajdziesz prezentację, opis oraz moją opinię na temat dwóch kremów do twarzy, jeśli zatem jesteś na etapie poszukiwania dobrego kremu, to niewykluczone, że właśnie znalazłaś.    

O2SKIN

O2SKIN oferuje produkty oparte na formule stworzonej na bazie tlenu, który przyczynia się do wzmocnienia efektu skuteczności składników aktywnych zawartych w kosmetykach. Opracowali opatentowaną metodę wprowadzania tlenu do kosmetyków, który przyspiesza działanie i zwiększa ich skuteczność. Jak działa tlen w kosmetykach? Pobudza komórki zmuszając je do efektywniejszej pracy, można powiedzieć, że pobudza je do oddychania. Wprowadza tym samym składniki odżywcze do głębszych warstw skóry, dzięki czemu skuteczność kosmetyku pielęgnacyjnego jest intensywniejsza. To jeszcze nie koniec jego zalet. Tlen posiada właściwości przeciwzapalne i antybakteryjne, tonizuje, wzmacnia pory skóry oraz poprawia jej ukrwienie, dzięki czemu w krótkim czasie skóra nabiera ładnego naturalnego kolorytu, staje się jędrniejsza i gładsza. Warto dodać, że kosmetyki z zawartością tlenu tworzą na skórze warstwę ochronną przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. A jak teoria wygląda w praktyce? Z mojego punktu widzenia to ma sens, ponieważ działa.

pielęgnacja twarzy

Tlenowy krem-żel O2SKIN na dzień producent kieruje do każdego rodzaju skóry, szczególnie suchej, zmęczonej oraz pozbawionej naturalnego blasku. Jego zadanie to nawilżenie i uelastycznienie skóry, łagodzenie podrażnień i przywracanie komfortu. Kluczowe składniki aktywne kremu to:
  • kwas hialuronowy - tworzy na powierzchni skóry warstwę silnie przyciągającą i wiążącą wodę, dzięki temu mocno nawilża naskórek, w efekcie czego wygładza zmarszczki i sprawia, że skóra staje się bardziej elastyczna,
  • wyciąg z liści aloesu - nawilża, chroni i koi skórę, stymuluje produkcję kolagenu, działa łagodząco i wygładzająco,
  • ekstrakt z chrząstnicy kędzierzawej -  ekstrakt z zielonego glonu, rosnącego w północnej części Oceanu Atlantyckiego pielęgnuje, nawilża oraz ujędrnia, działa na skórę łagodząco oraz przeciwzmarszczkowo.
Tlenowy krem-żel z mojego punktu widzenia najprościej nazwać emulsją, ponieważ jego konsystencja nie jest typowym okluzyjnym kremem, ale nie jest też żelem. To lekki produkt bardzo dobrze nawilżający skórę na dzień. Lubię go używać, ponieważ szybko się wchłania, daje takiego pozytywnego kopniaka skórze po przebudzeniu i świetnie utrzymuje nawilżenie skóry w ciągu dnia. Bardzo dobrze przygotowuje skórę pod makijaż i fajnie współpracuje z podkładami - tymi mocno kryjącymi też. Szczególnie właśnie widać to w połączeniu z takimi podkładami, które po kilku godzinach noszenia mogą dawać uczucie ściągnięcia skóry, tutaj efekt ten jest zniwelowany.  Jest bardzo wydajny, wystarczy niewielka ilość aby pokryć twarz. W opakowaniu znajdujemy standardowo 50ml produktu, na zużycie którego mamy 6 m-cy od momentu otwarcia słoiczka.
Podoba mi się ten produkt, skóra po jego użyciu jest bardzo miła i przyjemna w dotyku, ale myślę, że to w pewnej mierze zasługa również tlenowej pielęgnacji nocnej. Jeśli jednak poszukujesz dobrze nawilżającego kosmetyku na dzień pod makijaż, takiego, który nie jest tłusty, dobrze i szybko się wchłania, ale nie do totalnego matu, to myślę, że możesz się z nim zaprzyjaźnić.

tlen w kosmetykach

Tlenowy nawilżająco-odżywczy krem O2SKIN na noc ma za zadanie zapewnić intensywne nawilżenie i poprawę natlenienia komórek skóry podczas snu. Składniki aktywne kremu na noc to: 
  • alantoina - działa łagodząco, nawilżająco, zmiękczająco i wygładzająco,
  • ekstrakt z rumianku - przynosi ulgę suchej, podrażnionej skórze, delikatnie wyrównuje koloryt i odświeża szarą, zmęczoną cerę,
  • ekstrakt z owsa - nawilża i odżywia skórę, działa łagodząco i przeciwzapalnie, chroni wrażliwą skórę za pomocą delikatnego filmu ochronnego.
Producent kieruje produkt przede wszystkim do skóry suchej, odwodnionej, podrażnionej, przesuszonej i zmęczonej. Oprócz wyżej wymienionych składników w składzie znajdują się jeszcze m.in. masło shea, olej z nasion słonecznika, olej z nasion bawełny, kolagen, elastyna, kwas hialuronowy. Konsystencja tego kremu to taka przytulna, otulająca kołderka dla skóry - idealna na noc. Aplikując krem na noc właściwie nie potrzebuję żadnego "wspomagacza" w postaci serum, ten krem jest dla mnie kompleksowy. Nie tylko nawilża i odżywia skórę ale również i regeneruje, a to przede wszystkim dla mnie jest kluczowe w pielęgnacji nocnej. W odróżnieniu od poprzednika, nie wchłania się od razu, pozostawia przyjemny, delikatny, gładki film na skórze, ale zupełnie mi on nie przeszkadza. Jego pojemność to również 50ml, zużywam go jednak więcej niż kremu na dzień, ponieważ to właśnie wieczorem przykładam większą uwagę do pielęgnacji. Rano z reguły nie dysponuję czasem, w którym mogłabym wklepywać w skórę kolejne porcje kosmetyków, rano potrzebuję kosmetyku jak wyżej, szybkiego, lekkiego i dobrze nawilżającego. Wieczorem moja twarz kończy się właściwie na linii, gdzie zaczynają się piersi, więc i zużycie jest dużo większe. 
  
krem do twarzy

Obydwa kremy lubię, ale to jednak temu na noc stawiam wyżej poprzeczkę, dlatego w moim przypadku to właśnie ten na noc "robi robotę". Po prawie czterech miesiącach regularnego stosowania stwierdzam, że to działa. Po nadejściu chłodniejszych dni moja skóra nie zmieniła się nagle w przesuszoną, taką, która domaga się natychmiastowej porcji dogłębnego nawilżenia. Jest gładka, elastyczna i bardzo przyjemna w dotyku. Podobny efekt uzyskiwałam dużo droższymi kosmetykami, więc ich cenę regularną na poziomie niespełna 50zł uważam za kolejny atut. Gustowne, ciekawie prezentujące się szklane opakowania i delikatny kremowy zapach są dopełnieniem całości - jakże przyjemnej. Bardzo się polubiliśmy. Już teraz O2SKIN uważam za odkrycie tego roku. Tlenowa rewolucjo - trwaj!

Kto miał przyjemność poznać te kosmetyki? Jestem ciekawa Waszej opinii.

Pozdrawiam,
CHIC CHIQ ! Bingo!

października 19, 2018

CHIC CHIQ ! Bingo!

Plotka głosi, że "zanim coś stanie się modne, pojawia się w Vogue". Nie wiem, czy dotyczy to tylko mody, czy całości produktów ukazujących się w magazynie, ale jeśli chodzi o maseczki CHIC CHIQ to blogerki beauty tym razem były pierwsze :) I choć nie pamiętam kto jako pierwszy głosił tę nowinę, to doskonale zapamiętałam te pięknie wyglądające bambusowe słoiczki pełne dobroci, do których ciągnęło mnie jak do magnesu. W moim przypadku bardzo rzadko zdarza się aby kosmetyk tak bardzo mnie intrygował zanim go poznam. Intuicja podpowiadała mi, że to będzie strzał w 10! - i nie zawiodła mnie. Maseczki CHIC CHIQ zachwycają!  

maseczka do twarzy

CHIC CHIQ zostały stworzone z miłości do Ajurwedyjskiej pielęgnacji urody, według której każdy samodzielnie może stworzyć maseczkę odpowiadającą na potrzeby własnej skóry z bezpiecznych i naturalnych składników znajdujących się w kuchni. Maseczki tworzone są w oparciu o trzy podstawowe zasady Ajurwedy: oczyszczenie, odżywienie i nawilżenie. Składniki w nich zawarte są bezpieczne, naturalne i uważnie wyselekcjonowane - począwszy od białej kurkumy, która zbierana jest wyłącznie raz do roku w Himalajach, poprzez płatki róż z bułgarskich pól aż po odżywcze algi z głębin mórz i oceanów całego świata. To maseczki algowe, które wymagają nieskomplikowanego samodzielnego przygotowania - w opakowaniu znajdujemy suchy proszek, który łączymy z ciepłą wodą lub ulubionym hydrolatem. Kompozycje maseczek są naturalne, a składniki aktywne znajdujące się w proszku CHIC CHIQ są aktywowane tylko wtedy, gdy zostaną zmieszane z wodą. Dzięki temu, mają również dłuższą żywotność, ponieważ to my decydujemy, kiedy je aktywować. To gwarancja świeżości dla skóry!  

CHIC CHIQ

W ofercie marki znajduje się w tej chwili 5 maseczek, z których nie znam tylko najnowszej, dostępnej od niedawna Soirée  z płatkami bławatka. Oprócz niej do wyboru mamy Chocolat z prawdziwą czekoladą, la Noce z białą kurkumą, de la Mer ze spiruliną oraz à la Rose z płatkami róży Damasceńskiej. Ciężko wybrać faworyta wśród nich, ponieważ każda wykazuje świetne działanie, ale ja jestem zdecydowanie "różana" dziewczyna a kosmetyki z różą w nazwie zawsze mnie przyciągały. Mamy zatem maseczkę à la Rose, określaną jako odmładzająca i upiększająca, dodająca skórze zdrowego blasku. Maseczka w swoim składzie zawiera płatki róży Damasceńskiej, która od dawnych czasów wykorzystywana jest w pielęgnacji przeciwstarzeniowej. Składnikiem wiodącym tutaj jest również olej jojoba, bogaty w witaminę A i E, który koi i nawadnia podrażnioną skórę. Trehaloza z kolei – naturalny cukier - zatrzymuje nawilżenie głęboko w skórze i pomaga w redukcji pierwszych oznak starzenia się skóry.
à la Rose przeznaczona jest dla wszystkich typów cery ze specjalnym przeznaczeniem do skóry suchej. W opakowaniu znajdujemy 100ml produktu, na jedną maseczkę zużywam 2-3 łyżeczki proszku, który rozprowadzam z ciepłą wodą do uzyskania gęstej konsystencji. Natychmiast aplikuję równomiernie na skórę i pozostawiam na ok. 15 minut. Maska ta różni się od znanych mi uprzednio masek algowych tym, że nie można jej usunąć jednym płatem po zastygnięciu na skórze. Swoją drogą, to ja się zastanawiam, czy w ogóle komuś udaje się zdjąć typową maskę algową z twarzy w jednym płacie? Nie udało mi się to jeszcze :) Wracając do CHIC CHIQ, po tym jak maska lekko zaschnie na skórze (nie jest to totalny mat, który mocno ściąga skórę) delikatnie rolujemy ją ze skóry, a pozostałość zmywamy wodą.

pielęgnacja twarzy

Maseczka à la Rose pozostawia skórę bardzo delikatną i odświeżoną. To co mnie pozytywnie zaskoczyło już po pierwszym użyciu, to fakt, że po jej usunięciu, skóra nie domaga się aplikacji kolejnych kosmetyków. Skóra jest tak dobrze zbalansowana (nie do końca jestem przekonana czy takie określenie występuje w kosmetyce, ale żadne inne mi tutaj nie pasuje), że właściwie to ja mogę od razu iść spać. Nie jest ściągnięta, przesuszona, ani obciążona, a jest tak przyjemna w dotyku jak po zabiegu w gabinecie kosmetycznym za kilka stówek. Serio! I za to ją uwielbiam!
   
Jest jedno małe "ale" - mianowicie, maska nie jest dla każdego. Róża oraz olejek różany, który maseczka zawiera, mogą u niektórych wywołać chwilową reakcję alergiczną. Producent o tym informuje i w razie podrażnienia zaleca zaprzestać stosowania. Jeśli masz pewność, że te składniki nie wywołują u Ciebie podrażnień, spraw sobie tę maskę. A jeśli nie możesz się zdecydować, którą wybrać - bo umówmy się, wszystkie kuszą - rozważ zakup zestawu, w skład którego wchodzi jedna maska w bambusowym słoiczku o pełnowymiarowej pojemności oraz trzy różne wersje maseczek w wygodnych podróżnych pojemnościach. Ja tak właśnie zrobiłam :)

Maseczki CHIC CHIQ pozbawione są parabenów, PEG-ów, oleju mineralnego, nie są testowane na zwierzętach, nie zawierają substancji toksycznych i są przebadane dermatologicznie zgodnie z regulacjami Unii Europejskiej. Bądź jednak pewna, że każda z nich zawiera prawdziwe płatki kwiatów, nawilżające i odżywiające skórę algi, pobudzającą naturalną produkcję kolagenu ziemię okrzemkową, nawadniający antyoksydant na bazie cukru roślinnego trehalozę oraz witaminę C – silny antyoksydant. Namówiłam Cię?
 
Pozdrawiam serdecznie,
Maseczka regenerująca Botanic SPA Rituals Kurkuma + Chia | Bielenda

października 01, 2018

Maseczka regenerująca Botanic SPA Rituals Kurkuma + Chia | Bielenda

Z dużym zainteresowaniem przyglądam się rozwojowi marki Bielenda, która od jakiegoś czasu regularnie zaskakuje nowościami kosmetycznymi. Moją szczególną uwagę zajmuje Botanic SPA Rituals, linia botanicznych kosmetyków do pielęgnacji twarzy, której źródłem inspiracji pozostaje natura oraz jej potencjał pochodzący z roślin. Składniki aktywne zawarte w kosmetykach tej linii, tj. wyciągi, wody roślinne, ekstrakty, oleje i hydrolaty są w 100% pochodzenia naturalnego, a co istotne, zatopione zostały w formułach bez silikonów, parabenów, PEG-ów, oleju parafinowego oraz sztucznych barwników. Niejednokrotnie zatrzymywałam się przy półce w Rossmannie spoglądając na te kosmetyki, kwestią czasu było dla mnie przetestowanie ich, a na pierwszy plan obrałam regenerującą maseczkę do twarzy z kurkumą i chia.

Bielenda

Producent kieruje maseczkę do każdego rodzaju skóry, zwłaszcza suchej, szarej, zmęczonej, pozbawionej blasku, z rozszerzonymi porami oraz skłonnej do podrażnień. Jak nazwa wskazuje głównymi składnikami aktywnymi są kurkuma oraz wyciąg z nasion chia.
Kurkuma jest bogata w antyoksydanty, dzięki czemu przyspiesza odnowę komórek skóry, delikatnie złuszcza naskórek, rozjaśnia przebarwienia oraz wyrównuje koloryt skóry, zmniejsza wydzielanie sebum oraz łagodzi podrażnienia. Wykazuje działanie odżywcze. 
Wyciąg z nasion chia to również składnik o właściwościach antyoksydacyjnych i odżywczych. Zawiera kwasy Omega 3, dzięki czemu optymalnie odżywia i nawilża skórę, poprawia jej elastyczność oraz redukuje rozszerzone pory.
maseczka do twarzy

Niestety, nie zacytuję pełnego składu, ponieważ nie mam już kartonika wierzchniego, ale wierzcie mi, że to produkt z dobrym składem, bez zbędnych udziwnień i polepszaczy. Jestem pewna, że w początkowym składzie znajduje się biała glinka, co tłumaczy fakt, że maseczka zastyga na skórze. Mimo to, zmywa się ją ze skóry tak samo dobrze jak aplikuje. To konsystencja gładkiej pasty, która wręcz sunie po skórze. Obecność kurkumy w składzie wyraźnie widać zdjęciu poniżej. Maseczka posiada żółty, powiedziałabym nawet, że musztardowy kolor i tuż po jej zmyciu widać, że lekko zabarwia skórę. Ale spokojnie, po kilku minutach efekt ten całkowicie znika, zresztą producent informuje nas o tym fakcie tłumacząc, że to naturalny efekt zawartości kurkumy w składzie. Skądinąd, zaleca również stosowanie wieczorem.

pielęgnacja twarzy

Gdybym była uczestnikiem eksperymentu, w którym miałabym użyć tej maseczki nie znając producenta i ocenić ją, to w odbiorze stwierdziłabym, że to maska z wysokiej półki cenowej. Konsystencja maski jest bardzo delikatna w dotyku, aby oddać jej walory, pokuszę się o nazewnictwo satynowa - aplikacja jej to czysta przyjemność. W porównaniu z innymi maskami, które zastygają na skórze, ta zmywa się dość łatwo a efekty pozytywnie mnie zaskakują ilekroć jej użyję. Przede wszystkim maseczka napina skórę i oczyszcza ją, choć nie jest to oczyszczenie tego rodzaju, które zyskujemy w maseczkach typowo oczyszczających, więc uznaję to jako miły dodatek. Skóra po użyciu maski jest przyjemnie wygładzona  i miła w dotyku. Określenie "zregenerowana" jest z mojego punktu widzenia trafne.  

Botanic SPA Rituals

Poznałam wiele maseczek do twarzy z różnych półek cenowych i w przypadku tej nie mogę stwierdzić, że jest najlepsza, bez której nie mogę się obejść. Po jej skończeniu nie pobiegnę z impetem do Rossmanna po kolejną, ale śmiało mogę napisać, że nie jest łatwo znaleźć dla niej konkurencję w tej grupie cenowej. Maseczka w cenie regularnej kosztuje nieco ponad 20 zł a to jest jej kolejny atut. Jest jeszcze jeden - opakowanie. Ciężki, szklany słoiczek w przepięknym kolorze zieleni butelkowej. Z mojego punktu widzenia gustowny.

Na półce drogeryjnej Bielenda stawia poprzeczkę wysoko! Czy inne marki pójdą jej śladem i przedstawią nam produkty oparte na fajnych składach, dobrym działaniu i w przystępnej cenie? Tego nie wiem, ale byłoby miło. A tymczasem ja z przyjemnością przyjrzę się innym produktom tej linii, do czego zachęcam. Pierwsze spotkanie z Botanic SPA Rituals uważam za bardzo udane.

Znasz tę linię kosmetyczną Bielendy?

Pozdrawiam,  
Stylizacja włosów z BALMAIN Hair

września 26, 2018

Stylizacja włosów z BALMAIN Hair

Włosy z natury cienkie to nie lada wyzwanie w stylizacji. Ileż to razy modelowałam je przez kilkanaście minut wyciągając na szczotce do samego niemal sufitu, a po 2-3 godzinach i tak opadły. Lakier do włosów zużywałam z prędkością atomową, przetestowałam ich dużo za dużo, a te, które dawały radę zamieniały moje włosy w regularną "skorupkę". Odpuściłam, pozwoliłam włosom robić to, co chcą a jedynym sprzymierzeńcem był dla mnie suchy szampon dodający włosom objętości. Chyba trochę przesadziłam, bo moja fryzjerka pewnego dnia stwierdziła, że mam przesuszone włosy. Jeśli znasz jakieś skuteczne patenty na zwiększenie objętości włosów i nie jest to "top secret", to daj znać w komentarzu, a tymczasem... ja opowiem Ci o moich doświadczeniach z kosmetykami do stylizacji włosów marki, która przyprawia o mocniejsze bicie serca. Balmain Hair - brzmi luksusowo, czy tak jest?

Balmain

Balmain Hair, jako część marki modowej Balmain Paris, ma ponad 40-letnie doświadczenie w tworzeniu luksusowych produktów do pielęgnacji i stylizacji włosów w poszanowaniu bogatego dziedzictwa Balmain. Proste, minimalistyczne opakowania wzbudzają moje zaufanie i jednoznacznie sugerują, że mam do czynienia z produktami luksusowymi. Podoba mi się ta prosta szata graficzna - biel w połączeniu z czernią moim zdaniem zawsze wygląda dobrze. Produkty nie należą do tanich, więc doceniam możliwość zakupu wersji travel i tym samym poznania kosmetyku przed zakupem wersji pełnowymiarowej.   

Balmain Hair

Zacznę od rodzaju produktu, którego nigdy wcześniej nie stosowałam - puder do stylizacji włosów. Śmiało mogę napisać, że to mój taki pierwszy raz. Fryzurę utrwalałam po prostu lakierem do włosów i zupełnie nie brałam pod uwagę innych sposobów. Muszę przyznać, że nie była to miłość od pierwszego użycia, ponieważ musiałam się najpierw mentalnie przestawić i nauczyć aplikacji tego produktu. Więcej wcale nie znaczy lepiej i wystarczy naprawdę odrobina aby unieść włosy u nasady i nadać im objętości.
Producent zaleca aplikację pudru palcami u nasady włosów lub po całej ich długości szczotką uprzednio pokrytą pudrem. Puder zaaplikowany u nasady natychmiast podnosi włosy ku górze, co więcej, jeśli po jakimś czasie włosy zaczynają przylegać do skóry głowy, wystarczy przeczesać je kilka razy palcami a fryzura ponownie nabiera objętości. Podoba mi się również jego lekkość - zaaplikowany w niewielkiej, ale wystarczającej do nadania kształtu włosom ilości, nie obciąża ich, nie jest wyczuwalny i widoczny na włosach.
Czy zrezygnowałam zupełnie z lakieru do włosów? Nie, ale śmiało mogę napisać, że wydajność pudru w stosunku do lakieru jest nieporównywalnie większa. Moje włosy są proste i cienkie, i jeśli nie użyję pudru do stylizacji, to lakieru zużywam zdecydowanie więcej. I choć nasze początki nie należały do najłatwiejszych, to finalnie okazało się, że dobrze nam ze sobą razem. To doskonały dowód na to, że nie warto skreślać kosmetyków po pierwszych nieudanych próbach.  
  
perfumy do włosów

Miłością od pierwszego użycia był za to produkt Silk Parfum - perfumy do włosów. Perfumy z reguły jawią nam się jako kosmetyk, który ładnie pachnie - myślę, że w tym stwierdzeniu mogę zamknąć potoczną definicję perfum. Po co zatem tworzyć produkt, który może być zastąpiony każdym naszym flakonem perfum? No chyba, że jest w tym jakaś ukryta magia, niewidoczna w nazewnictwie. W przypadku tego kosmetyku Balmain magia jest! To kosmetyk, który nie tylko nadaje włosom pięknego zapachu, ale również pełni funkcje pielęgnacyjne. Dzięki zawartości olejku arganowego i protein jedwabiu nawilża przesuszone włosy nadając im jednocześnie przyjemnej w dotyku gładkości.
Uwielbiam ten zapach na swoich włosach! Wystarczy, że naniosę odrobinę na końcówki włosów i od razu mam lepszy humor! Atomizer ułatwia aplikację, ale ja wolę aplikować go dłońmi. Mgiełka uwalniająca się z atomizera jest bardzo lekka, dopiero w kontakcie ze skórą wyraźnie wyczuwalny jest olejek - aplikując dłońmi, mam większą kontrolę nad ilością produktu. Podobnie jak w przypadku pudru do włosów, na moich cienkich włosach mniej, znaczy lepiej. Podoba mi się w nim wszystko: zapach, działanie, opakowanie i ponownie bardzo duża wydajność. Jestem jego ogromną fanką od pierwszego użycia!
   
puder do włosów

Nigdy jednak nie byłam fanką soli morskiej w sprayu. Już kiedyś próbowałam tego typu kosmetyków i niestety na moich włosach efekt nie jest taki, jaki sobie wyobrażam. A może za dużo sobie wyobrażam...? W każdym razie, w katalogu Balmain Hair również znajduje się Texturizing Salt Spray - produkt, który z założenia nadaje włosom tekstury oraz objętości. Sprawia, że są również lekko pofalowane, a ja osobiście niezbyt dobrze czuję się w tego typu fryzurze. Użyłam tego produktu dosłownie kilka razy podczas tegorocznych nadmorskich wakacji więc trudno mi jednoznacznie polecić ten produkt lub nie. Nie używam tego typu produktów na co dzień, nie mam również porównania z tego typu produktami innych marek, zakładam jednak zadowolenie z niego wśród posiadaczek naturalnie pofalowanych włosów, ponieważ produkt ten z pewnością utrwali i doda lekkiej objętości naturalnym skrętom włosów.

Podsumowując, wszystkie trzy produkty spełniają swoje zadanie ale jak wynika z tekstu najczęściej i najchętniej sięgam po perfumy do włosów. W tym przypadku warto poczuć tę odrobinę luksusu na swoich włosach!

Znasz kosmetyki do włosów Balmain Hair? Co o nich sądzisz? 

Pozdrawiam,
Top 8 ostatnich tygodni | sierpień 2018

sierpnia 24, 2018

Top 8 ostatnich tygodni | sierpień 2018

Wakacyjny sezon urlopowy powoli dobiega końca. Pamiętam jakby to było wczoraj, kiedy już z początkiem wakacji wyjechaliśmy na pierwszy zaplanowany urlop a tymczasem już koniec sierpnia - czas płynie zdecydowanie za szybko. Nie będę ukrywała, że czas letni nie jest dla mnie produktywny pod kątem poznawania nowości kosmetycznych. To dla mnie czas typowo wyjazdowy a kosmetyczka niezbyt pojemna :) dlatego często sięgam po miniatury produktów, które na ten okres zbieram nawet przez kilka miesięcy. To świetny sposób na zapoznanie się z kosmetykami, które są na mojej liście "do kupienia" i faktycznie poznałam takie, które chcę mieć! Ale póki co, przychodzę do Was z publikacją o kilku ulubieńcach ostatnich tygodni.

ulubieńcy
Becca

Latem rzadko można mnie spotkać w pełnym makijażu. Najczęściej stawiam na krem BB lub tonujący krem do twarzy, odrobina brązera, lekko podkreślam brwi, tuszuję rzęsy a usta pociągam transparentnym błyszczykiem. Całość zabiera mi max. 5 minut. Na placach rąk mogę policzyć ile razy użyłam cieni do powiek, ale jeśli użyłam to tylko z palety Becca z limitowanej serii Ocean Jewels. Paleta jest już niedostępna (przynajmniej on-line w Sephora) więc nie będę się długo o niej rozwodzić, ale bardzo się cieszę, że udało mi się ją dorwać. Jak nazwa wskazuje inspiracją jej stworzenia były kolory głębin oceanu i magia światła odbijającego się z jego wnętrza. Wszystko tutaj do siebie pasuje, cienie zarówno matowe, metaliczne, jak i brokatowe, pigmentację określam na umiarkowaną i nie wymagającą szczególnej precyzji. Cienie zaaplikowane palcem na bazę wyglądają subtelnie ale i wyjątkowo, łatwo się łączą tworząc fajny klimat na powiece. A opakowanie z dużym lusterkiem ułatwiającym aplikację - prawdziwy majstersztyk. Kolejny raz Becca mnie nie zawiodła, wychodzi niemal na prowadzenie w moim rankingu marek makijażowych.

Burberry Kisses

Błyszczyki i balsamy koloryzujące stawiam ponad pomadki ale mam kilka, które cieszą moje nie tylko oko. Z pewnością należy do nich pomadka Burberry Kisses w odcieniu English Rose Nº17. Nie jest to typowy różowy nudziak, ale na ustach wygląda zdecydowanie inaczej niż w rzeczywistości (na powyższym zdjęciu światło lekko ją rozjaśnia). Patrząc na nią bez sprawdzenia jej kolorystyki chociażby na dłoni, z pewnością nigdy bym jej nie kupiła. Ma lekką formułę i gładko sunie po ustach. To nie jest kolejna matowa pomadka, od których aż się roi (szczerze mówiąc to jakoś mnie nie przekonały, moje usta nie lubią matowych wykończeń), nie jest również mocno połyskująca. To satyna, która nie wyróżnia się szczególną trwałością, a mimo wszystko zdecydowanie trafiła w mój gust. Jedno pociągnięcie daje efekt lekkiego nawilżenia ust z delikatnym kryciem, co mi bardzo pasuje na co dzień. Można nią stopniować budowanie koloru, jest komfortowa w noszeniu, w ogóle nie wysusza ust! Mam ochotę na inny kolor z tej serii :)

dermokosmetyki

Latem wspomagam się samoopalaczami, w tej kwestii nic się nie zmienia od kilku lat i najczęściej faworytów szukam na półkach dermokosmetyków. Tym razem w moje ręce wpadł samoopalacz w sprayu Bioderma Autobronzant i szybko okazało się, że pozostaje ze mną na dłużej. Jego zaletą jest łatwość aplikacji, dozuje mgiełkę, która delikatnie osiada na skórze tworząc przy pierwszej aplikacji subtelną opaleniznę w naturalnym kolorze. Do uzyskania mocnej opalenizny producent zaleca trzykrotną aplikację i to faktycznie się sprawdza. Produkt na skórze szybko się wchłania i nie tworzy smug, zmywa się również równomiernie. Z przyjemnością sięgnę po niego ponownie.

Serozinc La Roche Posay

Serozinc, mgiełka łagodząca z pochodną cynku La Roche Posay to mój ogromny sprzymierzeniec latem. Kierowana jest do cery mieszanej i tłustej z tendencją do niedoskonałości i trądziku.  Moja skóra latem mocno się przetłuszcza, szczególnie w strefie T, a mgiełka ta działa lepiej od niektórych znanych mi kremów matujących. Jej formuła zawiera cynk, który aktywnie redukuje proces wydzielania łoju, reguluje produkcję sebum oraz działa matująco i antybakteryjnie. Jak każdy produkt marki zawiera także wodę termalną z La Roche-Posay o właściwościach kojących i antyoksydacyjnych, by wspierać barierę ochronną skóry oraz redukować jej nadreaktywność. Hipoalergiczna formuła nie zawiera parabenów, alkoholu, konserwantów i barwników.
Jest bardzo wygodna w użyciu, wystarczy spryskać nią skórę, nie wymaga osuszania, a cenię ją najbardziej za to, że faktycznie pozostawia skórę matową. Można ją stosować za każdym razem kiedy skóra zaczyna się błyszczeć, także w ciągu dnia aby usunąć nadmiar sebum oraz na makijaż aby zadbać o matowy efekt. Jeśli przeszkadza Ci nadmiar sebum w ciągu dnia, to może być produkt stworzony również i dla Ciebie.

serum z witaminą C Liq CC

Dwa lata temu ukazał się na moim blogu wpis na temat serum z witaminą C Liq CC marki Liqpharm, który zatytułowałam "Bardzo dobre serum z witaminą C", a wstęp rozpoczęłam "chciałam napisać w tytule, że "najlepsze", ale całe życie jeszcze przede mną i kto wie co jeszcze znajdę wśród tego rodzaju kosmetyków". Według statystyk to jeden z najczęściej czytanych wpisów na blogu, znajdziesz go tutaj ---> TUTAJ. Przez moje ręce przewinęło się wiele kosmetyków z witaminą C ale Liqpharm postawił tak wysoko poprzeczkę, że trudno ją przebić. Z przyjemnością sięgam po wersję bogatą jak i lekką, z podziałem na sezony zimowy i letni. Wersja lekka szybko się wchłania i nie pozostawia filmu na skórze, obydwie zawierają 15% aktywnej witaminy C, nie podrażniają skóry a sprawiają, że moja skóra jest pełna blasku i wigoru. Prosty skład z przewagą składników aktywnych - oprócz witaminy C: tokoferol, magnez i kwas hialuronowy - w towarzystwie dla mnie ceny i działaniu jakie wykazuje to właściwie wszystko co pozwala mi stwierdzić, że to najlepsze serum z witaminą C jakie dotychczas poznałam. To już czwarta buteleczka i nic nie wskazuje na to, że ostatnia. Bardzo polecam!

Origins

Origins = świetne maski do twarzy. Na sezon wyjazdowy postawiłam głównie na maski w płachcie i kilka wersji podróżnych masek kremowych, które umieszczone są w małych poręcznych opakowaniach. Spodziewałam się, że Origins mnie zaskoczy, ale nie sądziłam, że tak bardzo :) Drink Up Intensive doskonale nawilża i koi skórę. Według zaleceń producenta należy ją delikatnie wmasować wieczorem w skórę, a nadmiar usunąć. Ja stosuję ją cienką warstwą i pozostawiam na całą noc, rano budzę się z twarzą miękką i gładką bez przetłuszczenia skóry. Świetna po dniu spędzonym na plaży! Olejki z awokado i pestek moreli głęboko i błyskawicznie nawilżają a wodorosty z morza japońskiego pomagają naprawić barierę ochronną skóry zapobiegając odwodnieniu i oznakom przedwczesnego starzenia.
Z kolei czarna maska z węglem drzewnym i białą glinką dobrze oczyszcza skórę bez ściągnięcia. W odróżnieniu od wielu tego typu masek nie zastyga mocno na skórze, łatwo się zmywa pozostawiając skórę fajnie odświeżoną i matową. Podróżne pojemności masek to tylko, albo aż!, 30ml - są bardzo wydajne, więc pełnowymiarowe 100ml z pewnością służą bardzo długo. Maska z węglem charakteryzuje się mniejszą wydajnością ale i tak uważam, że warto w nią zainwestować.

La Panthere

Na koniec zostawiłam zapach, ale nietypowy, ponieważ zamiast klasycznego flakonika perfum perfumowany krem do ciała. W ubiegłym roku pisałam na blogu o perfumach Cartier La Panthere, jeśli znasz ten zapach, to z pewnością wiesz, że nie jest to lekki, ulotny dzienny zapach. Uwielbiam go, ale zdaję sobie sprawę, że stosowany latem podczas wysokich temperatur może przyprawiać o zawrót głowy otoczenie. Dlatego z przyjemnością sięgam po perfumowany krem do ciała, którego zapach nie jest tak intensywny, a bardziej bliskoskórny. Zaaplikowany na nadgarstki krem subtelnie daje o sobie znać i uwodzi dyskretnie. To krem dość mocno perfumowany, dlatego wystarczy tylko odrobina. Nie jest tak trwały jak perfumy ale wystarczająco aby był wyczuwalny. Must have dla miłośniczek kultowej Pantery.

Tak prezentuje moja ósemka ostatnich tygodni, jestem ciekawa czy znasz te kosmetyki. Daj znać w komentarzu co o nich myślisz i zdradź swoich faworytów.

Pozdrawiam :)
Mydła w kostce przeżywają renesans | Fiorentino, Kappus, Barwa Cosmetics, tołpa

lipca 31, 2018

Mydła w kostce przeżywają renesans | Fiorentino, Kappus, Barwa Cosmetics, tołpa

Mydła w kostce! Używasz? Lubisz? Ja nawet bardzo! Przeżywają swój renesans i w moim domu mają ugruntowaną pozycję. Tradycyjne mydła w płynie z reguły wysuszają skórę dłoni, natomiast te w kostce, które my używamy nie, więc wybór dla nas jest oczywisty. Dla nas, ponieważ po mydełko w kostce chętnie sięga również i córka, i mąż. Ogromnie cieszy mnie fakt, że "dzisiejsze" mydła w kostce nie tylko oczyszczają skórę ale posiadają również właściwości pielęgnujące skórę. Dlatego w dzisiejszej publikacji przedstawiam Ci czwórkę, na którą warto zwrócić uwagę rozważając zakup mydła w kostce. 

mydło w kostce

Jestem bardzo ciekawa, czy wśród obecnych czytelników mojego bloga są Ci, którzy byli ze mną od początku. Nie obrażę się jeśli nie, ale przyznaję, że byłoby mi bardzo miło. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że na początku mojego blogowania pisałam o mydle w kostce! Minęło prawie 4 lata a ja nadal kupuję mydełka w kostce włoskiej marki Saponificio Artigianale Fiorentino, której serce znajduje się w Toskanii. Marka słynie z produkcji wysokiej jakości mydełek naturalnego pochodzenia zgodnie z rzemieślniczą tradycją, nadającą im niepowtarzalne właściwości i wyjątkowy, artystyczny wygląd. Bogactwo kwiatowych i owocowych zapachów o dużej trwałości sprawia, że mydełka przybliżają użytkownikom klimat i aromaty Włoch podczas codziennej pielęgnacji. W ofercie znajduje się kilkanaście wariantów zapachowych, moim faworytem jest kokos, o którym pisałam >tutaj< , dzisiaj jednak zachęcam do wersji cytrynowej.

Saponificio Artigianale Fiorentino
mydło

Naturalne mydło Fiorentino zdradza swój zapach wizerunkiem owoców na opakowaniu. W tym przypadku to nienachalna cytryna, której zapach orzeźwia i dość długo utrzymuje się na skórze. Formuła mydełka pozbawiona jest SLS, PEG i parabenów oraz składników odzwierzęcych. Wszystkie mydła marki oparte są na naturalnych olejach roślinnych, z których podstawowy to znany i ceniony ze względu na pielęgnacyjne właściwości olej kokosowy. Ponadto, mydełko zawiera 2% naturalnego środka zapachowego, który nadaje mydłu i skórze zapach cytryny. 
Mydełko posiada bardzo dobre działanie oczyszczające, myje delikatnie, daje przyjemne uczucie nawilżenia i gładkości. Produkt jest testowany dermatologicznie, nie jest testowany na zwierzętach i może być stosowany również przez dzieci. Dostępne w różnych rozmiarach, z doświadczenia wiem, że mniejsze są wygodniejsze dla dla małych rączek :)

Kappus
mydło w kostce

Słyszałaś kiedyś o niemieckiej marce Kappus? Powstała i rozpoczęła produkcję mydeł w 1848r. więc zdziwiłam się, kiedy pierwszy raz je ujrzałam ok. 2 lata temu w drogerii Blue.
Marka KAPPUS  jest kojarzona z wysoką jakością, różnorodnością rodzajów, form, kształtów oraz zapachów. Mydła KAPPUS wyprodukowane są na bazie naturalnych, roślinnych składników między innymi oleju palmowego i kokosowego oraz najwyższej jakości komponentów używanych w przemyśle spożywczym. 
Moją szczególną uwagę zwracają mydełka z linii romantycznej, w której znajdziemy kilka wersji. W pierwszej kolejności uwiodła mnie róża, a teraz zdecydowałam się na białą magnolię. I choć jestem zwolenniczką róży w kosmetykach, to jednak tym razem przyznaję, że magnolia przebiła różę! Mydełka te kategoryzowane są jako luksusowe i faktycznie mają w sobie coś, co bardzo przyciąga. Wygląda jakby było wykonane z mieniącej się masy perłowej z pięknym tłoczeniem w kształcie kwiatu. Zachwyca mnie nie tylko eleganckim wyglądem ale również i pięknym, trwałym zapachem. Tworzy fantastyczną pianę, bardzo dobrze oczyszcza nie przesuszając skóry, z przyjemnością sięgam po niego również pod prysznicem.
  
Barwa Cosmetics
Black Orchid

Włochy, Niemcy... czas na Polskę!  Barwa Cosmetics to marka z bogatymi tradycjami, której receptury sięgają 1949r. W swojej ofercie posiada cały wachlarz kosmetyków pielęgnacyjnych, wśród których linia Barwy Harmonii zachwyca dodatkowo relaksującymi zapachami. Domowe SPA na wyciągnięcie ręki - kosmetyki te są łatwo dostępne i w przystępne cenowo. Jakiś czas temu marka zaskoczyła (z pewnością mnie) nowym produktem w swojej ofercie, jakim jest mydło w kostce z przeznaczeniem również i do demakijażu. Ile razy słyszałaś: "Nie myj twarzy mydłem?". Ja niejednokrotnie. A okazuje się, że z powodzeniem można - myję twarz (z pominięciem oczu) mydłem Black Orchid pod prysznicem i nic złego mojej skórze się nie dzieje.
W 100% naturalna roślinna baza mydła Black Orchid została wzbogacona w znane ze swych właściwości pielęgnacyjnych o odżywcze masło shea, które zapewnia niezwykłą delikatność w pielęgnacji skóry ciała i twarzy. Główny składnik mydła to kompleks 5 naturalnych olejów: kokosowego, Buriti, oleju z oliwek, awokado oraz winogron, który nawilża i chroni skórę przed wysuszeniem oraz starzeniem. Wystarczy niewielka ilość spienionego w dłoniach mydła aby dokładnie oczyścić skórę twarzy. Nie podrażnia, nie wysusza, a dzięki niemu mam dodatkowe wolne miejsce pod prysznicem - odrębny produkt do mycia twarzy zbędny. Oczywiście, mydłem możemy myć nie tylko twarz ale również całe ciało, najlepiej sprawdza się przy użyciu gąbki. Dodatkowym atutem produktu jest zmysłowa nuta czarnej orchidei, której zapach relaksuje i odpręża.
Mydło nie zawiera składników pochodzenia zwierzęcego i zostało przebadane dermatologicznie.

mydło w kostce
tołpa

Ostatnim mydłem, do zakupu którego dzisiaj zachęcam jest mydło borowinowe marki tołpa. Pochodzi z linii SPA Bio Harmony, która dzięki zawartości naturalnych olejków eterycznych z drzewa różanego, ylang-ylang, szałwii i bergamotki korzystnie działa na stany napięcia i zmęczenia oraz obniżony nastrój. SPA Bio to: detoksykacja, redukcja dyskomfortu, napięcia i całkowite odprężenie. Wieczorna kąpiel z użyciem produktów tej linii eliminuje stres i przywraca harmonię tak potrzebną do regeneracji podczas snu.
Mydło zawiera również borowinę tołpa - to odmiana torfu uważana za daleką krewną słonego mułu z Morza Martwego, forma naturalnej odnowy biologicznej. Redukuje dyskomfort powstały w wyniku przeciążenia, przemęczenia i stresu, wspomaga proces regeneracji naskórka, zwalcza wolne rodniki i pielęgnuje skórę. Usuwa toksyny oczyszczając skórę i zwiększa wchłanianie pozostałych składników aktywnych. Borowina tołpa to także potwierdzone badaniami działanie antycellulitowe, wyszczuplające, ujędrniające, uelastyczniające, regenerujące, ochronne i nawilżające.
Mydełko tołpa zdecydowanie różni się od poprzedników zapachem, nie jest ani kwiatowy, ani soczyście owocowy, najtrafniej określić mi jego zapach jako ziołowy, bardzo przyjemny ziołowy, który po pewnym czasie stosowania uzależnia!

Każde z czterech powyższych mydeł doceniam i z przyjemnością z nich korzystam. A teraz Twoja kolej, jeśli korzystasz z mydeł w kostce to zdradź swoich faworytów. Na pewno sprawdzę :)

Pozdrawiam,
Copyright © 2017 Kosmetyki z Mojej Półki