15 lutego 2017

Zapach soczystego jabłka czy słodkiej gruszki??? | Balade en Provence

Zanim odpowiem na pytanie zawarte w tytule, które jest nieodłącznym elementem prezentowanych przeze mnie w tym wpisie kosmetyków, pozwolę sobie na trochę oderwany od tematyki urodowej wstęp.
Byłaś kiedyś na Lazurowym Wybrzeżu? Ja byłam dwukrotnie, i nie mam tutaj na myśli zorganizowanej wycieczki typowo wypoczynkowej przez biuro podróży, choć przyznaję, że wypoczynek na plażach Nice, Cannes czy Monako jest niezwykle urokliwy. Niezmiernie miło wspominam podróże po Europie własnym środkiem transportu - samochodem, najdalej dotarliśmy na południe Hiszpanii. Takie podróże dają wolność i całkowicie własną interpretację przebywanej trasy. Możesz zatrzymać się gdzie tylko chcesz, możesz zwiedzić po drodze to co tylko zechcesz, nie spóźnisz się na autobus, pociąg, samolot. Zabierasz przewodnik i ...  jedziesz. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że na opakowaniach prezentowanych przeze mnie kosmetyków znalazłam informację, że ich zapachy powstały w słynnym laboratorium perfumeryjnym w Grasse. 

Balade en Provence

Grasse to miejscowość we Francji w rejonie Lazurowego Wybrzeża i stolica perfum nie tylko tego rejonu, niejednokrotnie uznawane jest za światową stolicę perfum. Poza klasyfikacją terytorialną to centrum produkcji naturalnych aromatów słynące na całym świecie ze swojego przemysłu perfumeryjnego - to właśnie tam znajdują się najsłynniejsze wytwórnie perfum kreujące kompozycje zapachowe najbardziej znanych kosmetyków. I choć tradycje tych wytwórni sięgają XVIII wieku to działają po dziś dzień i w każdej z nich znajduje się muzeum oraz salon sprzedaży, gdzie można kupić produkowane tradycyjnymi metodami wyroby perfumeryjne. A ja choć byłam tak blisko, to nie wiedziałam wówczas o tym i nie odwiedziłam tego miejsca (a to tylko 60 km od Nice - dla kogoś, kto nie jest zależny od komunikacji lokalnej to trasa do łatwego przebycia). Podobno zapach perfum unosi się w Grasse wszędzie...

krem do rąk
pielęgnacja dłoni

Nie, to nie jest wpis o perfumach :) To tylko kremy do rąk, albo aż do rąk - zima nie odpuszcza i dobry krem na wagę złota. Jeśli miałabym określić jakich kosmetyków pielęgnacyjnych mam najwięcej, to byłyby to właśnie kremy do rąk: stoją w kuchni, salonie, sypialni, na biurku przy komputerze i oczywiście w torebce. Rzadko wracam do tych samych, a kremy do rąk Balade en Provence znalazłam w internetowym asortymencie perfumerii Douglas. Na pierwszy rzut oka zwróciłam oczywiście uwagę na opakowania wzorowane na owocach jabłka i gruszki. Swoją drogą, to myślałam, że są "zarezerwowane" dla rynku azjatyckiego, bo tylko tamtejsze kosmetyki widywałam w uroczych opakowaniach niczym najsłodsze owoce, ale wydaje mi się, że będziemy je spotykać coraz częściej.

Balade en Provence
krem do rąk

Dobry krem do rąk - dla mnie - to krem posiadający bogatą formułę, dającą długotrwałe nie tylko nawilżenie skóry dłoni, ale również i regenerację. Zimą nie interesują mnie kremy do rąk, które natychmiast się wchłaniają i choć dają nawilżenie skórze, to szybko okazuje się, że to za mało. W tym miejscu przyznam się również, że nie do końca lubię wkładać rękawiczki... Jeśli występują mocno minusowe temperatury to oczywiście z nich korzystam, ale nie spotkasz mnie w nich w granicach temperatur zerowych. Podobnie z czapką - nie lubię :/ 
Zapewne zauważyłaś już powyżej, że kremy do rąk Balade en Provence posiadają bogatą formułę, z łatwością się jednak aplikują. W ich składzie znajdziesz 92% składników pochodzenia naturalnego i aż 20% masła shea, a dodatkowo olej ze słodkich migdałów, glicerynę i witaminę E - to produkty wegańskie pozbawione parabenów i barwników. Składy obydwu tych kremów są identyczne, różnią się jednak zapachem zawartym w związkach zapachowych (parfum). I jak zapewne się domyślasz, te zapachy są niepowtarzalne, z niebywałą dokładnością odwzorowane. Zapach soczystych, dojrzałych w słońcu jabłek oraz słodkich gruszek jest taki, jakie są moje wyobrażenia o tego typu naturalnych zapachach. Oczywiście weź poprawkę na to, że to są zapachy perfumowane, z mojego jednak punktu widzenia są doskonałe. 
Pomimo, że na opakowaniu zamieszczona jest informacja, że krem natychmiast się wchłania, to jednak z mojej strony tak nie jest. Nie znaczy to oczywiście, że po aplikacji kremu nie możesz wziąć do ręki np. szklanki w obawie, że jej nie zdołasz utrzymać. Spokojnie - warstwa, która pozostaje nie powinna przeszkadzać Ci w codziennych obowiązkach, ponieważ to nie jest tłusty film, a raczej aksamitna warstwa zabezpieczająca skórę. Nawilżenie skóry w tym przypadku jest długotrwałe, podobnie zresztą jak i zapach, który w miarę upływu czasu traci na intensywności, ale jednak pozostaje na dłoniach aż do kolejnego ich mycia.     

pielęgnacja dłoni

Kremy te zaspokajają moje oczekiwania względem tego typu produktów i potrzeby mojej skóry w całości. Wyróżniają się na tle innych i zapadają w pamięci. Z racji tego, że zdecydowanie więcej spożywam jabłek, to wersja o zapachu soczystego jabłka bardziej do mnie przemawia pod kątem zapachowych, nie zmienia to jednak faktu, że gruszkę też w całości wysmaruję :)

Jeśli zatem od kremu do rąk oczekujesz długotrwałego nawilżenia, regeneracji i odżywienia, to już wiesz gdzie je szukać - polecam! I w tym przypadku moim zdaniem zapach ma ogromne znaczenie.

A Grasse? Z pewnością kiedyś odwiedzę!

Jakiego kremu do rąk aktualnie używasz? Zapach kosmetyku ma dla Ciebie duże znaczenie czy raczej stawiasz tylko na działanie?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

7 lutego 2017

Nowości na mojej półce | luty 2016

Skoro były zużycia kosmetyczne, to teraz pora na nowości na mojej półce. Kosmetyki, które dzisiaj prezentuję pojawiły się u mnie na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy i większość z nich już używam. Żaden z poniższych produktów nie został mi przekazany w ramach blogowej współpracy, ale są tutaj również i upominki od najbliższych - styczeń to czas zarówno moich urodzin jak i imienin, więc oprócz kwiatów były i prezenty.  

nowość
Tony Moly

Tomatox Magic Massage to maseczka Tony Moly, którą upolowałam w perfumerii Sephora. Jak sugeruje opakowanie w kształcie pomidora maska zawiera naturalne ekstrakty z pomidora a producent obiecuje "błyskawiczny blask" w postaci promiennej, wypełnionej, zrewitalizowanej i oczyszczonej skóry jednym gestem. Wydaje mi się, że to trochę za dużo obietnic jak na jeden produkt, ale maseczka podoba mi się, choć użyłam jej dopiero dwa razy. Z pewnością poświęcę jej na blogu odrębny wpis w towarzystwie kolegi jabłka, czyli kremowego peelingu z naturalną glinką.

Peter Thomas Ruth

Kolejne dwie maseczki Peter Thomas Ruth to przemiły prezent od przyjaciółki. Nie ukrywam, że sprawiła mi wielką niespodziankę, ponieważ bardzo chciałam je poznać. Przyznam szczerze, że jeszcze nie korzystałam z nich, ponieważ widoczne przez opakowanie żelowe formuły z pewnością będą do mnie bardziej przemawiały w ciepłe miesiące - myślę, że dobrym pomysłem będzie ich aplikacja prosto lodówki :) Widuję je również w Sephorze, przynajmniej stacjonarnie, ponieważ obecnie w sklepie internetowych nie widzę ich. Miałaś? daj znać jak się spisały :)
 
Nuxe

I znowu maseczki, ale w płachcie i w ich przypadku to mój zakup. Maska Nuxe z serii Splendieuse ma za zadnie redukować przebarwienia i zapobiegać powstawaniu nowych. W opakowaniu dostępnych jest 6 sztuk i znając markę Nuxe to podejrzewam, że będą świetne. Dostępne m.in. w Sephora. 

Dior

Nowości makijażowe otwierają kosmetyki Dior: podkład Diorskin Forever, który powalił mnie na kolana. Jest po prostu genialny i wart każdej wydanej na niego złotówki. Wielokrotnie czytałam pozytywne opinie wprost wygłaszane na jego temat i pozostaje mi tylko je potwierdzić. Podkład jest dobrze kryjący, długo i bez zarzutów utrzymuje się na skórze, nie podkreśla porów, cera wygląda gładko i promiennie. Podkład daje matowe a przy tym aksamitne wykończenie, doskonale rozprowadza się na powierzchni skóry i zapewnia krycie na dużym poziomie nie powodując efektu maski. I tak to właśnie bywa w przypadku podkładów, kiedy poznajesz nowy, szybko okazuje się, że to właśnie on jest najlepszy. Czy trafię na bardziej doskonałe? Nie wiem :) Póki co to ON jest dla mnie numerem 1.
Mam przyjemność poznać również kultową maskarę Diorshow Iconic Overcurl, której specjalnie zakrzywiona szczoteczka pogrubia, wydłużą i podkręca rzęsy. Bardzo mi się podoba wizualny efekt, który uzyskuję tą maskarą, przekonuje mnie również zawartość składników pielęgnujących rzęsy. Maskarę otrzymałam w prezencie wraz z miniaturową wersją paletki cieni do powiek i ... naprawdę jest miniaturowa, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy to zastanawiałam się jak oni w jej wnętrzu zmieścili aż 5 cieni - jeszcze ich nie używałam, ale podejrzewam, że na wyjazd będą rewelacyjne, przede wszystkim ze względu właśnie na ich rozmiar. To dokładnie miniaturowa wersja palety cieni 5 Couleurs Kingdom of Colors.
 
Marc Jacobs

A to było dla mnie ogromne zaskoczenie, przede wszystkim ze względu na rozmiar tego modelująco-rozświetlającego pudru od Marc'a Jacobs'a - jest ogromny (w porównaniu np. do trio Smashbox). To naprawdę duży dysk ze świetnym jakościowo dużym lusterkiem. Fajny produkt do modelowania twarzy, ale podobnie jak w przypadku palety Smashbox, nie spodziewaj się mega rozświetlającej tafli na kościach policzkowych muśniętych tym właśnie pudrem rozświetlającym. Posiadam wersję w odcieniu Mirage, czyli pośrednią.

Clarins

Kosmetyki Clarins przemawiały do mnie od dawna, a właściwie z całej oferty znałam dotychczas tylko koncentrat brązujący w kropelkach - swoją drogą genialny! Tym razem w moje posiadanie trafił jeden z trzech dostępnych koncentratów typu Booster - Detox. To detoksykujący koncentrat dla skóry zanieczyszczonej toksynami z powodu złej diety, po nocnej imprezie, czy na skutek przebywania w zadymionej atmosferze. Panujący i utrzymujący się ostatnio smog w powietrzu również mogę tutaj przytoczyć. Dozujemy kroplę do kremu i wraz z nim aplikujemy na skórę, w ten sposób możemy wspomóc każdą pielęgnację w kierunku oczyszczenia skóry.
Z kolei podkład Clarins Ever Matte jest naprawdę mat! Na tyle mat, że w aktualnych minusowych warunkach nie jest dla mnie odpowiedni, ale myślę, że będzie wybawcą latem, kiedy z mojej cery większość podkładów spływa.
Bardzo podoba mi się żel złuszczający, skóra jest po nim super gładka i z przyjemnością skuszę się na pełnowymiarową wersję tego produktu.

Burberry

Nowy zapach - Burberry BRIT Rhythm. Mocno kwiatowy, trochę pudrowy, trochę słodki, myślę, że częściej będę po niego sięgała, kiedy powitamy już wiosnę :)
 
Bandi

Pielęgnacyjny zestaw Bandi nie jest dla mnie zdecydowanie nowością, ponieważ korzystam z tych produktów od początku grudnia ubiegłego roku, ale nie miały jeszcze oficjalnej prezentacji, która im się należy. Na temat kosmetyków tego zestawu napiszę odrębny wpis, ponieważ to właśnie na nich postawiłam moją zimową kurację złuszczającą. I jak to bywa w przypadku zestawów, ma ona swoje ogromne plusy, ale również ... może nie wady, ale kwestie, które ja bym chyba chciała widzieć inaczej. Niekwestionowaną gwiazdą tego zestawu jest krem o właściwościach złuszczających z kwasami pirogronowym, azelainowym i salicylowym. Cały zestaw dostępny w sklepie internetowym producenta oceniam na duży plus, ale jest w nim coś, co bym zmieniła. Szczegóły soon
   
GlamBrush

Na zakończenie trzy nowe pędzle i gąbeczka do aplikacji podkładu. Gąbeczki jeszcze nie używałam, ale to tylko dlatego, że odkąd mam pędzel z nowej kolekcji GlamBrush T23 żadnym innym akcesorium nie nakładam podkładu. Jednym słowem - idealny! Początkowo trochę obawiałam się tego grubego trzonka, ale bardzo szybko go opanowałam i codziennie po niego sięgam. Idealnie rozprowadza każdy podkład, nie tworzy smug, plam i czyni to niezwykle sprawnie i szybko - już dawno żaden pędzel do makijażu nie zrobił na mnie tak piorunującego pozytywnego wrażenia. Gąbeczka zatem GlamBrush poczeka, ale rzadko o niej czytam negatywne opinie.
Dwa pędzle po prawej MAX STUDIO znalazłam w TKMaxie - są OK, zdecydowanie lepiej mi się pracuje na pędzlach z włosiem syntetycznym niż naturalnym.

Zachęcam do obserwowania mojego profilu na Instagramie, ponieważ to tam z reguły pokazuję nowości kosmetyczne, które się u mnie pojawiają :)

Nasz produkty, które pokazałam?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :) 
Czytaj dalej »

5 lutego 2017

Zużyłam + mini recenzje | luty 2017

Na blogu ostatnimi czasy wiatr wieje wszerz i wzdłuż, rzadko publikuję wpisy ale nie zamierzam też usuwać się z blogosfery. Wierzę, że nadejdą dni, kiedy będę miała więcej wolnego czasu aby pojawiać się tutaj częściej, bo najzwyczajniej w świecie - lubię to robić :)
Dzisiaj przychodzę z wpisem dotyczącym kosmetyków, które dobrze się sprawowały na przestrzeni ostatnich miesięcy. Zapraszam na mini recenzje kosmetyków, które zużyłam.

Douglas

Demakijaż i oczyszczanie skóry kosmetykami marki własnej Douglas jest przyjemny i skuteczny. Najlepiej  z powyższej trójki w moim subiektywnym rankingu, na którą składają się płyn micelarny, płyn dwufazowy i tonik oceniam Gentle eye make up remover, czyli dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust. Bardzo szybko rozpuszcza i usuwa pełny makijaż oczu, nie podrażnia i nie pozostawia nie lubianej przeze mnie tłustej otoczki. Z kolei płyn micelarny z demakijażem oczu nie radzi sobie tak dobrze, ale jeśli tak jak ja do demakijażu oczu używasz tylko dwufazy to z powodzeniem zaakceptujesz micel do demakijażu twarzy. Nie mam właściwie nic do zarzucenia również tonikowi, ale zarówno micel jak i tonik nie zrobiły na mnie efektu WOW. Dwufazę z przyjemnością kupię ponownie - polecam :)
  
Yase Cosmetics

Duet naturalnych kosmetyków Yase Cosmetics: serum i krem na dzień bardzo pozytywnie zapadły mi w pamięci. Kosmetyki Yase Cosmetics to naturalne kosmetyki posiadające organiczne, wegańskie i bezglutenowe receptury zawierające unikalne ekstrakty naturalne pozyskiwane ze szlachetnych minerałów, z których każdy oferuje wyjątkowe właściwości przeciwstarzeniowe, ochronne i pielęgnacyjne. To produkty stworzone do przechowywania w lodówce, wytwarzane na zamówienie, zawsze więc świeżo przygotowywane. Serum do twarzy o żelowo-wodnej formule szybko się wchłania, odświeżający miętowy zapach natychmiast przynosi ukojenie skórze, odświeża ją, pobudza i dodaje elastyczności. Napięcie skóry wyczuwalne jest już chwilę po aplikacji. Stosowałam zarówno rano jak i wieczorem - o poranku dodaje energii do działania, wieczorem odświeża i koi po całym dniu.
Z kolei krem do twarzy posiada zaskakująco lekką formułę, która nie obciąża skóry, nie wchłania się do matu, pozostawia lekki film, ale prawie niewyczuwalny, bardzo przyjemny i komfortowy, z którym doskonale współgrają kosmetyki kolorowe. Pod makijaż jest wręcz idealny. Przy regularnym stosowaniu kremu dostrzegłam poprawę nawilżenia skóry, ale przede wszystkim jej wygładzenie i sprężystość. Pełną recenzję tych kosmetyków znajdziesz tutaj [klik].
 
Tołpa

Normalizująca pianka do mycia twarzy Tołpa to produkt, który z pewnością docenią osoby borykające się z niedoskonałościami skórnymi. Świetnie oczyszcza a dzięki świeżemu zapachowi przyjemnie chłodzi. Kupiłam ją latem, kiedy moja cera szalała i produkowała nadmiernie sebum - sprawdziła się bardzo dobrze, na tyle dobrze, że z przyjemnością kupię w sezonie letnim ponownie. Nie zawiera mydła ani SLS-u tylko łagodne substancje myjące dzięki czemu łagodnie się pieni, nie zaburza pH i nie wysusza skóry. W formule znajdują się również substancje stopniowo złuszczające i odblokowujące pory, więc przede wszystkim kierowana jest do cer tłustych. Bardzo fajny produkt oczyszczający w przystępnej cenie, więcej o nim tutaj [klik].
Tradycyjnie w moich zużyciach Effaclar DUO+, produkt legenda, który ma stałe miejsce w pielęgnacji. Zawsze pod ręką w sytuacjach wysypu niedoskonałości na twarzy. Recenzja na moim blogu powstała już dawno tutaj [klik]. Podobnie jak stałe miejsce ma u mnie woda termalna, używam różnych dostępnych na rynku i właściwie to nie bardzo widzę różnicy w działaniu. Kupuję te, które są aktualnie w promocyjnych cenach lub czasem otrzymuję do zakupów w Super Pharm, tak jak było akurat w przypadku Uriage.

Dr Irena Eris

Serię Algorithm Dr Irena Eris bardzo lubię, szczególnie serum - zużyłam kolejne opakowanie i z pewnością nie ostatnie. Algorithm to innowacyjna seria kosmetyków przeciwzmarszczkowych, dedykowana kobietom powyżej 40 roku życia pobudzająca skórę do regeneracji i zwalczania oznak jej starzenia. Serum cechuje niepowtarzalny morski zapach, przenoszący natychmiast na nadmorskie wspomnienia - idealny do domowego SPA. Konsystencja płynna choć nie całkowicie wodna, pozostawiająca na skórze bardzo przyjemny wygładzający film, który potrzebuje trochę czasu na wchłonięcie, stąd aplikuję tylko na noc. Serum pozostawia skórę gładką i miękką w dotyku, elastyczną, promienną i świeżą wizualnie. Efekt jest widoczny i odczuwalny już chwilę po jednorazowej aplikacji, a systematyczność stosowania nasila go i utrzymuje w czasie. U mnie spisuje się świetnie, więc polecam! Pełna recenzja w duecie z maską do twarzy tutaj [klik]. Krem do twarzy na noc z tej samej serii również bardzo dobrze służy mojej cerze. Aktualnie mam z tej serii krem pod oczy, ale o nim stworzę odrębną recenzję :)
Bardzo polecam również koncentrat dwufazowy przeciw niedoskonałościom Lierac - to kolejna zużyta przeze mnie buteleczka. Idealny na jednorazowe wypryski, bardzo szybko się z nimi rozprawia. Aplikujemy go punktowo, w zależności od stanu i rodzaju wyprysku, działa cuda nawet przez jedną noc. Mam już kolejną buteleczkę, pełna recenzja tutaj [klik].
Nawilżający krem do twarzy Clarins o bogatej formule - mała pojemność 15ml nie wystarczyła na długo, ale rewelacyjnie sprawdził się podczas ostatnich minusowych temperatur stosowany na dzień. Sprawdził się tak dobrze, że z pewnością skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.
Nie planuję z kolei ponownego spotkania z kremem pod oczy YstheAL Avene. Niczego złego nie zaobserwowałam, ale niewiele też dobrego. Ot, poprawny krem pod oczy, ale jak dla mnie na noc (czyli wg zaleceń producenta) trochę za lekki - preferuję krem pod oczy na noc o bogatszej formule.
   
SKIN79

Bardzo dobra oczyszczająca i zwężająca pory maska SKIN79. Znalazła się w kosmetycznych hitach minionego roku tutaj [klik], ale niestety wycofywana z oferty, więc pozostaje mi tylko stwierdzić: szkoda :(
Maseczki w płachtach Sephora lubię i często u mnie goszczą. Zużyłam zdecydowanie więcej, ale z reguły opakowania po maseczkach od razu trafiają do kosza. Maska pod oczy z lotosem to jedna z moich ulubionych, mam już koleje. W przypadku tego typu produktów nie mogę jednoznacznie stwrdzić, że efekt który uzyskuję utrzymuje się w czasie ale przy regularnym stosowaniu okolice oczu zyskują. Planuję odrębny wpis właśnie o tych maseczkach, dodam tylko, że nie wszystkie wersje lubię - regularnie kupuję kilka z kilkunastu dostępnych.
 
Sephora

Rewelacyjny jak dla mnie musujący żel pod prysznic o cudownym zapachu kokosa Sephora. Nie wysusza, nie podrażnia, świetnie oczyszcza, zapachem koi zmysły - warto polować na promocjach.
Podobnie uwielbiam pianki pod prysznic Douglas Home SPA. Bardzo przyjemny produkt do mycia ciała i z pewnością nie ostatni w mojej łazience.

Fresh&Natural

Absolutnie genialne naturalne produkty Fresh&Natural, które urzekły mnie od pierwszego otwarcia. Zużyłam malinowy peeling do ciała i balsam tej samej wersji zapachowej - aktualnie mam orzechowy. Bezpieczne receptury, super nawilżające rewelacyjne formuły i obłędne zapachy. Jeśli jeszcze nie znasz tych produktów, to koniecznie zajrzyj tutaj [klik] i sprawdź jak wyglądają te produkty od wewnątrz. Wytwarzane ręcznie i dopieszczone do maksimum! Idealne w pielęgnacji ciała, bardzo polecam, z pewnością jeszcze niejednokrotnie się spotkamy.
Mgiełki do ciała używam przede wszystkim wiosną i latem, ale ta konkretnie wersja zapachowa Paris Amour nie przeszkadza mi w żadnych warunkach atmosferycznych, choć to kwiatowo-owocowa kompozycja. To - moim zdaniem - jeden z najpiękniejszych zapachów z całego różnorodnego asortymentu Bath&Body Works. Z połączenia zapachu francuskiego tulipana, kwiatu jabłoni i różowego szampana stworzono piękny zapach przywodzący na myśl romantyczny spacer uliczkami Paryża. To zapach bardzo romantyczny, który wprowadza w dobry nastój, pomaga się zrelaksować, wyciszyć i poczuć bardzo wyjątkowo. Moja recenzja tutaj [klik].
  
Biolove

Bardzo polubiłam się z kosmetykami Biolove, na tyle, że umieściłam je w hitach minionego roku. Odpowiadają mi pod każdym względem, krem do rąk malinowy zużyłam z przyjemnością i prawdopodobnie kupię ponowie, ale myślę, że w innej wersji zapachowej, co oczywiście nie oznacza, że malinowemu mam cokolwiek do zarzucenia. Krem bardzo dobrze nawilża, koi i regeneruje, dość szybko się wchłania, niedługo po aplikacji można wrócić do obowiązków bez obawy o niedogodności.
Ten mały kremik do rąk nagietek marki Purederm również świetnie się spisywał, ze względu na małą pojemność nosiłam go w torebce, ale był całkiem niezły. Kiedyś kupiłam go w drogerii Natura, ale ostatnio ich nie widzę. Kosztował kilka złotych, więc jeśli traficie, to warto się skusić.
Na zakończenie preparat do usuwania skórek wokół paznokci Sally Hansen, który uwielbiam - mam już kolejne opakowanie. Świetnie i szybko rozpuszcza skórki, nie wymagają wycinania, nie wyobrażam sobie wykonywania manicure bez uprzednio jego użycia.

To wszystkie kosmetyki, których opakowania nie trafiły od razu do kosza po ich zużyciu. Zansz te produkty? W kolejnym wpisie pokaże kilka nowości, które do mnie trafiły :)

Pozdrawiam ciepło, Aga :) 


Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger