26 czerwca 2017

By All Greens™ | ORIGINS

Lubicie maseczki do twarzy? U mnie jest ich cała moc!!! Różne, przeróżne... na tym polu mam w czym wybierać, a nawet przebierać - chyba najwięcej inwestuję w maseczki do twarzy. Z racji tego, że moja cera jest mieszana i podatna na zanieczyszczenia to najwybredniejsza jestem w odniesieniu do maseczek oczyszczających. Jeśli na opakowaniu produktu widnieje informacja "głęboko oczyszcza" to ciągnie mnie w jego kierunku niczym magnes! Tak też było i w przypadku maski Origins By All Greens™ Foaming Deep Cleansing Mask. Kupiłam, ciekawość zaspokoiłam i mam pewne przemyślenia czy aby na pewno jest to maska do twarzy... Ale skuteczności nie można jej odmówić!

maseczka oczyszczająca

W tym pięknym nawiązującym do natury opakowaniu mieści się dużo zielonych bogatych w antyoksydanty składników, gdzie prym wiodą zielona herbata, spirulina i szpinak. Składniki te znane są również ze swoich właściwości detoksykujących a w połączeniu z glinką finalnie produkt ma za zadanie oczyścić skórę głęboko ale delikatnie i bez przesuszeń z wszelkich zanieczyszczeń i przyczyniać się do zwężenia porów.
Oprócz trzech tytułowych składników skład maski przedstawia się naprawdę imponująco, znajdują się w nim m.in. naturalne ekstrakty z kwiatów magnolii, z brokuła, z owoców borówki amerykańskiej, z białej herbaty, z korzenia marchwi, oleje z kosiaćca bladego i z owoców drzewa bergamotowego oraz eteryczne olejki: cytrynowy, pomarańczowy, z cynamonowca, miętowy. I choć skład maski do całkowicie naturalnego nie należy, to jednak zgodnie z założeniem marki Origins mamy tutaj składniki pozyskiwane z różnych stron świata, co jest motywem przewodnim marki - inspiruje się naturą, a w połączeniu z nauką wykorzystuje skuteczność wybranych składników w kosmetykach pielęgnacyjnych.

ORIGINS

Czy można zamknąć maseczkę w opakowaniu z pompką? Okazuje się, że tak! Ilekroć widzę, czytam lub słyszę maseczka do twarzy z glinką to w myślach przywołuję obraz masy glinkowej, która po pewnym czasie zastyga na skórze. Niestety, albo stety, jak kto woli - nie ma to pokrycia z konsystencją maski By All Greens Origins (glinka na trzecim miejscu w składzie). Z opakowania wydobywa się płynny produkt, który w kontakcie ze skórą samoistnie wytwarza delikatną piankę a wraz z mijającymi minutami maska nie zastyga na skórze. Biorąc pod uwagę, że glinki z natury zasychają tworząc swego rodzaju "skorupkę" a zmyć można je tylko po zwilżeniu wodą, to maska Origins wychodzi na prowadzenie a usunięcie jej z twarzy jest bajecznie proste. 
Wyciskam maskę na dłoń i bez mieszania w dłoniach nanoszę natychmiast na skórę. W przypadku skóry wrażliwej, producent zaleca aplikację maski na wilgotną skórę. Po kilku minutach kiedy z masy rozwinie się piana zwilżonymi dłońmi wykonuję masaż kolistymi ruchami i dokładnie spłukuję maskę z twarzy. Efekty rewelacyjne! Skóra jest dokładnie oczyszczona i jak deklaruje producent bez żadnego ściągnięcia, przesuszenia czy podrażnienia. Nie odnotowałam żadnych zaczerwienień, skóra nie domaga się natychmiast po zmyciu maski dawki nawilżenia, jest przyjemnie gładka i miękka a pory dobrze oczyszczone. Producent zaleca aplikację maski trzy razy w tygodniu, ale nawet stosowana codziennie nie czyni żadnych szkód. Poza tym, maska sprawdza się bardzo dobrze również jako produkt myjący. Polegam na niej kiedy pielęgnacja musi przebiec właściwie w tempie ekspresowym. Bardzo dobrze oczyszcza z resztek makijażu i pozostających na skórze zanieczyszczeń.
  
pielęgnacja twarzy

Podsumowując, w moim przypadku efekty stosowania tego produktu są świetne, podoba mi się skóra po zastosowaniu maski, ale... no właśnie, zastanawiam się czy to jak określa producent jest maska? czy może produkt myjący? Do dnia dzisiejszego nie wiem jak go sklasyfikować, ale skoro świetnie sprawdza się i jako maska i jako produkt myjący, to niech tak zostanie. Opakowanie mieści 70ml produktu, jego cena regularna to 135zł, dostępny stacjonarnie w salonie Origins w Galerii Mokotów oraz stacjonarnie i internetowo w perfumeriach Sephora.

Moje doświadczenia z maską By All Greens są bardzo pozytywne - warto spróbować. Jestem ogromnie ciekawa czy miałyście ten produkt i jak się u Was spisał? Spotkałyście się z glinkowymi maskami, które nie zastygają na skórze?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :)

*wpis nie jest sponsorowany - produkt kupiłam sama
Czytaj dalej »

22 czerwca 2017

Pielęgnacyjne kosmetyki z witaminą C | VITAMIN ENERGY C+D Pro | LIRENE

Kiedy otrzymałam paczkę z wiosennymi nowościami Lirene, największą moją uwagę i zainteresowanie wzbudziły kosmetyki pielęgnacyjne z witaminą C. Bo ja uwielbiam witaminę C w pielęgnacji! To właśnie kosmetyki z jej zawartością najczęściej goszczą na mojej półce, a serum z witaminą C to kosmetyk, który posiadam niezmiennie. Stosuję nawet latem, choć w tym okresie tylko na noc. Rzadko sięgam po kosmetyki z wit. C z drogerii, częściej stawiam na te z wyższej półki, tym bardziej z nieukrywaną ciekawością sprawdziłam ich działanie na własnej skórze. Dla przypomnienia - posiadam cerę mieszaną z umiarkowanie przetłuszczającą się strefą T oraz podatną w tej okolicy na powstawanie zaskórników (35+). 

Lirene

Bohaterami zatem dzisiejszego wpisu są trzy kosmetyki do pielęgnacji twarzy: żel do mycia, serum oraz krem do skóry normalnej LIRENE - seria C + D VITAMIN ENERGY dedykowanej do pielęgnacji skóry w przedziale wiekowym 30+. W kwestii przedziału wiekowego wychodzę z założenia, że "kosmetyk nie wie ile mamy lat", a w przypadku tych konkretnie kosmetyków z powodzeniem mogą korzystać z nich kobiety 20+. 
Lirene stworzyło produkty pielęgnacyjne, w których kluczową rolę odgrywają trzy składniki aktywne:
  • witamina DUO C - hybrydowe połączeniu dwóch form witaminy C w aktywnej formie lipofilowej, która rozświetla, odmładza i niweluje negatywne skutki promieniowania UV oraz stabilnej zamkniętej w liposomach docierającej do głębszych warstw skóry,
  • witamina D Pro - stymuluje syntezę i likwiduje skutki niedoboru witaminy D w skórze, wzmacia barierę naskórkową i utrzymuje właściwy stopień nawilżenia,  
  • witamina E - nazywana witaminą młodości, skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C. 
  
żel do mycia twarzy

Oprócz kluczowych składników cechą wspólną wszystkich trzech produktów jest piękny energetyczny zapach owoców cytrusowych - z naciskiem na pomarańczę i grejpfrut - obok którego ciężko przejść obojętnie. Pobudza, odświeża i orzeźwia - fantastyczny!  Zacznę według chronologii etapów pielęgnacyjnych, czyli oczyszczania twarzy. Żel do mycia twarzy Lirene Vitamin Energy według mnie to niestety najsłabsze ogniwo tej serii i nie do końca zgadzam się z jego przeznaczeniem dla każdego rodzaju skóry. To jeden z tych produktów, które bardzo mocno oczyszczają skórę, i o ile każda skóra potrzebuje dokładnego i dogłębnego oczyszczenia, o tyle żel ten z pewnością zaakceptują posiadaczki skóry tłustej - jeśli stawiają na tak silne produkty. Po jego zastosowaniu skóra jest bardzo dobrze oczyszczona, ale ilekroć go użyłam wyczuwałam ściągnięcie i wręcz natychmiast musiałam sięgać po produkt nawilżający. Plusem jest, że przy tak intensywnym zapachu nie podrażnia i nie uczula, ale jednak dla mojej skóry jest zbyt agresywny. Oczyszczam skórę dwuetapowo, ale staram się dobierać do mycia twarzy łagodniejsze w działaniu produkty. Moim zdaniem sprawdzi się u osób, którzy preferują lub potrzebują silnie oczyszczającego produktu, po użyciu którego skóra aż "piszczy" od czystości.  
 
witamina C

Kolejne dwa produkty sprawdziły się u mnie zdecydowanie lepiej. Skoncentrowane StimuSerum C+D Vitamin Energy w pierwszym kontakcie zaskoczyło mnie żelowo-wodną konsystencją. Przez moje ręce przewinęło się wiele kosmetyków typu serum z wit. C ale z tego typu konsystencją spotkałam się pierwszy raz. Skóra po użyciu serum dość mocno się lepi a sam produkt potrzebuje 10-15 minut na wchłonięcie. Przyznaję, że początkowo trochę mnie to zniechęciło. Przyzwyczajona do produktów tego typu właściwie wodnych i wchłaniających się niemalże natychmiast miałam mieszane uczucia. Pod kątem pielęgnacyjnym niepotrzebnie, ponieważ serum wchłania się i nie pozostawia lepiej warstwy. Producent zaleca aplikację serum na noc więc czas wchłaniania się produktu nie jest dla mnie dużym problemem, natomiast nie widzę możliwości aplikowania serum z wit. C o takiej formule na dzień, kiedy poranna pielęgnacja twarzy - a przynajmniej moja - sprowadza się właściwie do maksymalnie 5 minut.       

serum z witaminą C

Pozostawiając sposób aplikacji bardzo podoba mi się opakowanie serum. Szklana buteleczka ze sprawnie działającą i wydobywającą produkt pompką utrzymana w pomarańczowej tonacji odzwierciedlającej energetyczny cytrusowy zapach. Opakowanie jest przeźroczyste i mieści w sobie 30 ml serum o pomarańczowym zabarwieniu. W formule zatopione są wyraźnie widoczne mikrokapsułki, w których została umieszczona witamina E - taka forma podania zwiększa stabilność a mikrokapsułki pękają dopiero podczas aplikacji. 
Od kosmetyków z witaminą C ja oczekuję nawilżenia i rozświetlenia. W kwestii nawilżenia serum Vitamin Energy daje sobie świetnie radę - to z pewnością zasługa stabilnej witaminy E oraz wielocząsteczkowego kwasu hialuronowego w składzie, który wiążę wodę w skórze, silnie ją nawilżając i wygładzając. A co z rozświetleniem? Stosując kosmetyki z witaminą C praktycznie przez cały rok, moja skóra jest rozświetlona, a włączając serum Lirene do pielęgnacji nie zauważyłam aby efekt ten uległ zmianie, więc zdecydowanie w efekcie można spodziewać się i rozświetlenia skóry. Istostnym pozostaje również fakt, że po zastosowaniu serum nie występuje efekt nawet częściowego zaczerwienienia skóry, co w przypadku niektórych produktów typu serum z wit. C występuje - przynajmniej w początkowym okresie stosowania. W tym przypadku nie odnotowałam żadnych zaczerwienień, uczuleń czy podrażnień ani razu. Duży plus również za wydajność, dzięki żelowo-wodnej konsystencji niewielka ilość jest potrzebna do pokrycia twarzy, szyi i dekoltu.    

pielęgnacja twarzy
krem do twarzy

Po aplikacji i wchłonięciu (co podkreśla producent na opakowaniu) zalecane jest użycie odpowiednio dobranego do rodzaju skóry kremu. Krem, który ja poznałam kierowany jest do cery normalnej, czyli nie do końca mojej, ale to właśnie krem wywarł na mnie najlepsze wrażenie już od pierwszego użycia i zostało ono utrzymane podczas dalszych aplikacji. To naprawdę jest fajny krem! Właściwie to szkoda mi tylko tego, że nie został umieszczony podobnie jak serum w szklanym opakowaniu. Wizualnie świetnie się prezentuje, ale to plastikowy słoiczek. Najmocniej ujmuje mnie konsystencja - to krem-żel. Jest lekki i w odróżnieniu od serum zdecydowanie szybciej się wchłania. Podobnie jak w przypadku serum w formule kremu znajduje się kompleks nowoczesnej formy witaminy Duo C w połączeniu z witaminą D oraz zatopione zostały mikrokapsułki wypełnione witaminą E. Krem pozostawia skórę gładką, przyjemną w dotyku, elastyczną, nie obciąża i pięknie pachnie pomarańczami! Jestem przekonana, że niejeden krem ze zdecydowanie wyższej półki cenowej może pozazdrościć efektów jakie daje krem Lirene Vitamin Energy C+D Pro.
   
Vitamin Energy C+D

Podsumowując... Pozwolę sobie na zwrot personalny - jeśli chcesz włączyć do pielęgnacji kosmetyki z witaminą C i nie wiesz od czego zacząć, to myślę, że warto rozważyć zakup któregoś z tych produktów. Ja ze swojej strony najbardziej polecam krem do twarzy. Serum również nie jest złym kosmetykiem, efekty stosowania widoczne, ale przygotuj się na to, że nie wchłania się od razu po aplikacji. Żel niestety u mnie się nie sprawdził, nie oznacza to jednak, że nie znajdzie zadowolonych odbiorców. Na ogromny plus energetyczny zapach, gustowna szata graficzna, przystępna cena i łatwa dostępność.

Korzystacie z drogeryjnych kosmetyków pielęgnacyjnych? Znacie kosmetyki Lirene?

Pozdrawiam ciepło, Aga :)
Czytaj dalej »

16 czerwca 2017

Profesjonalna pielęgnacja włosów blond | JOICO

Blondynką jestem odkąd pamiętam, choć od kilkunastu lat farbowaną. Naturalny odcień moich włosów to ciemny blond a odcieniem, w którym najlepiej się czuję i według mnie również najkorzystniej wyglądam to jasny blond w chłodnym odcieniu z domieszką perły. I w taki też sposób koloryzuję włosy u sprawdzonego i zaufanego fryzjera. W tym zakresie stawiam na profesjonalistów, z własnego doświadczenia wiem, że przypadkowy wybór lub zmiana fryzjera nie zawsze skutkuje efektem jaki oczekujemy. Niestety bywało i tak, że wychodziłam od fryzjera z wyraźnie żółtymi tonami włosów, których osobiście na moich włosach nie toleruję i nie chcę! Ku mojej wielkiej uciesze ja już znalazłam fryzjera, który co prawda metodą prób i błędów, ale opracował dla moich włosów odpowiednią mieszankę farb, dzięki koloryzacji której kiedy patrzę w lustro czuję się dobrze. Dzisiejszy wpis nie będzie jednak dotyczył moich doświadczeń z salonami fryzjerskimi i koloryzacją włosów a ich domową pielęgnacją, która jeśli dobrana w sposób odpowiedni nie tylko pielęgnuje ale i dba o pożądany odcień włosów.

JOICO

Odkąd pielęgnuję włosy produktami profesjonalnymi zdecydowanie zyskały one nie tylko na kondycji ale również i w odbiorze. Jestem przykładem, choć poprawniej byłoby stwierdzić - moje włosy są przykładem, że profesjonalne produkty dbają o nie na najwyższym z możliwych poziomie i warto w nie inwestować. Markę JOICO znałam do niedawna tylko z mediów, głównie blogów o tematyce kosmetycznej, gdzie jej produkty przedstawiane są w bardzo pozytywnym brzmieniu. Kiedy zatem pojawiła się okazja abym mogła sama sprawdzić ich działanie a przy tym to produkty kierowane do włosów blond, z przyjemnością przystałam na propozycję. Seria Blond Life to produkty dedykowane zwłaszcza do włosów rozjaśnianych i po zabiegach chemicznych, które oprócz dedykowanej pielęgnacji neutralizują niepożądane żółte odcienie.
Zanim jednak o działaniu poszczególnych produktów, to kilka ważnych z mojego punktu widzenia informacji o marce. Historia JOICO sięga 1975r., marka powstała w Kalifornii, a do Europy zawitała kilkanaście lat później. Produkty marki nie są testowane na zwierzętach, od lat marka stawia na ochronę środowiska, dlatego wprowadziła na rynek opakowania, które nie zanieczyszczają środowiska, ponieważ wykonane są z termoplastycznego tworzywa pochodzącego z recyklingu roślin. Co więcej, opakowania te w 100% ulegają biodegradacji, zawierają do 70% surowców z odzysku, a druki marka realizuje w 100% na papierze ekologicznym. JOICO stawia na ochronę środowiska! Brawo JOICO!    

pielęgnacja włosów

Blond Life to seria czterech produktów: szampon, odżywka, maska i puder rozjaśniający, z których posiadam pierwsze trzy. JOICO bierze odpowiedzialność za to, aby zarówno styliści w salonach, jak i kobiety i mężczyźni (ci również w asortymencie marki znajdą linię dedykowaną dla siebie) korzystali z produktów do pielęgnacji, stylizacji i koloryzacji włosów najwyższej jakości, dlatego każda linia zawiera starannie dobrane innowacyjne składniki. W produktach serii Blond Life znajdują się:
  • Arginina - naturalny, wzmacniający elastyczność włosów aminokwas, który błyskawicznie odżywia i wzmacnia włosy oraz redukuje uszkodzenia.
  • Olejek Monoi - bogata w niezbędne kwasy tłuszczowe mieszanka egzotycznego olejku kokosowego i kwiatu gardenii, która chroni włosy od wewnątrz zapewniając dogłębne nawilżenie, nadaje miękkość i elastyczność a dodatkowo działa od zewnątrz, wygładzając powierzchnię włosów, zapobiega ich elektryzowaniu i stanowi skuteczną ochronę przed przesuszeniem.
  • Olejek Tamanu - pełen niezbędnych kwasów tłuszczowych oraz omega-6 i omega-9 olejek, który nabłyszcza i chroni kolor oraz pomaga wygładzać włosy podczas każdej aplikacji.
  • Bio-Advanced Peptide Complex® - mieszanka cząsteczek keratyny, która zapewnia odbudowę i ochronę włosów na całej ich długości.
  • Naturalny detoksykator - neutralizuje chlor i żółte odcienie, aby utrzymać piękny, czysty kolor pomiędzy zabiegami.
 
szampon do włosów

Patrząc na opakowania tych produktów nie mam żadnych wątpliwości do jakiego rodzaju włosów została stworzona ta seria. Metaliczne opakowania mieniące się w zależności od położenia we wszystkie odcienie blondu - świetny zamysł i profesjonalne wykonanie. Wspólnym mianownikiem całej serii jest również "profesjonalny" zapach. Nie do końca wiem jak go jednoznacznie określić, wyczuwam cytrusy, wyczuwam kwiaty, ale nie są to zapachy typowo jednoznaczne. Celowo określam go jako profesjonalny, ponieważ najbliżej mu według mojego zmysłu powonienia do zapachu salonu fryzjerskiego. Nie jest za mocny, nie przytłacza, zdecydowanie przyjazny.
Podoba mi się również funkcjonalność opakowań. Szampon umieszczony w tubie o regularnym kształcie, płaska nakrętka pozwala na postawienie go "do góry dnem" dzięki czemu bardzo łatwo produkt wydobyć właściwie do samego końca. Nie bez kozery o tym wspominam, dlatego że szampon posiada bardzo bogatą formułę i dość mocno się pieni, w efekcie już niewielka ilość pozwala na umycie włosów na całej długości. To zdecydowanie stawia go na podium pod względem wydajności - zużywam go o średnio połowę mniej niż innych szamponów. Po użyciu szamponu włosy są dobrze oczyszczone, nie obciążone i co mnie pozytywnie zaskoczyło, to w pośpiechu kiedy nie mamy czasu na aplikację odżywki spokojnie można je rozczesać bez zbędnego pociągania. Ale skoro mam do dyspozycji odżywkę, która działa błyskawicznie to warto te 2-3 minuty poświęcić. Dosłownie! Ponieważ już w zasadzie chwilę po jej aplikacji, a nawet podczas aplikacji wyraźnie wyczuwam w dłoniach jak włosy zyskują na gładkości. Odżywka posiada lekką konsystencję, ale nie spływa z włosów podczas aplikacji i bardzo łatwo się spłukuje. Kilka minut wystarczy aby ciszyć się gładkimi i w pełni zdyscyplinowanymi włosami. Włosy są podatne na stylizację, mocno wygładzone, nie puszą się i nie plączą, a co najważniejsze - produkty te zdecydowanie neutralizują żółte tony. Szampon + odżywka = doskonały zestaw do codziennej pielęgnacji włosów blond.    

maska do włosów

Jednak to maska do włosów stawia kropkę na "i" w tej serii. To produkt, po użyciu którego włosy wyglądają tak jak tuż po wyjściu z salonu fryzjerskiego. Maska tworzy kompletny zestaw wraz z szamponem i odżywką z linii Blond Life który już po pierwszym użyciu zmienia rozjaśniane, przesuszone włosy w delikatne, błyszczące a przy tym elastyczne, nawilżone, odpowiednio dociążone, ale nie obciążone. To właśnie maska posiada najbardziej skoncentrowaną formułę i pod względem konsystencji jest najbogatsza z wszystkich trzech produktów. Podobnie jak w przypadku odżywki to produkt działający szybko stworzony do dogłębnego nawilżenia i maksymalnego zmiękczenia włosów, neutralizacji chloru i usuwania mikroelementów odpowiadających za żółknięcie blondu. Super produkt, nie wyobrażam sobie aby mogło go u mnie zabraknąć.

odżwyka do włosów

Podsumowując...
Misją firmy JOICO jest dzielenie się radością zdrowych i pięknych włosów oraz zyskiwanie kolejnych zadowolonych fanów. Ja do nich dołączam! JOICO dba o to, aby kosmetyk odpowiadał na określone potrzeby włosów i gwarantował im konkretne rezultaty. I tak jest! JOICO dba o moje włosy, a rezultaty widzę w lustrze i czuję gdy dotykam swoich włosów!

Wszystkim blondynkom serdecznie polecam! Do kupienia w wybranych salonach fryzjerskich w całej Polsce oraz w oficjalnym sklepie internetowym tutaj [klik].

Szampon 300ml/75zł, odżywka 250ml/80zł. maska 150ml/109zł - w zestawie taniej.

Pozdrawiam, Aga :) 





Czytaj dalej »

2 czerwca 2017

Podróż na egzotyczne Fiji | SPA RESORT Dr Irena Eris

Kosmetyki linii RESORT SPA podbiły niejednokrotnie serca i zmysły niejednej z nas. Ta luksusowa linia dostępna jest już w kilku odsłonach: JAPAN, HAWAII, TAHITI, MAURITIUS, ORIENT i od niedawna NOWOŚĆ - tym razem marka przenosi nas w odległe zakamarki Oceanu Spokojnego wprost na egzotyczne FIJI. To jedno z najbardziej oryginalnych państw na Ziemi położone na ponad 330 wyspach i 500 wysepkach pochodzenia wulkanicznego. Mieszkańcy Fiji cieszą się tropikalnym klimatem niemalże przez cały rok - średnia temperatura w chłodniejszych miesiącach wynosi ok. 22 stopni Celsjusza. Rajskie klimaty, niekończący się lazur, bezkres oceanu - chciałoby się tam być... Czy kosmetyki Dr Irena Eris przenoszą choć przez chwilę oczami wyobraźni na egzotyczne wakacje?

FIJI

Już same opakowania zachęcają do użycia. Klasyczna tuba peelingu do ciała i wygodny plastikowy słój balsamu ubrane w lazurowy design przykuwają wzrok i cieszą. Obydwa produkty dodatkowo zapakowane w kartony szyte na miarę z dodatkową folią zabezpieczającą - mamy 100% pewność, że nikt przed nami się do nich nie dobierał. M.in. i za ten fakt bardzo cenię produkty Dr Irena Eris, ponieważ wszystkie te, które można zapakować w karton są ofoliowane, a nie każda marka korzysta z takiego rozwiązania. To również ochrona przed wykorzystywaniem przez osoby trzecie kuponów, które znajdują się w każdym opakowaniu do programu Holistic Club. Warto je rejestrować, uczestnictwo w programie jest bezpłatne, dzięki kuponom zbieramy punkty, które możemy wymienić na nagrody. Więcej informacji znajdziesz w tym wpisie.

Dr Irena Eris

W przypadku każdej linii SPA RESORT marka stawia na unikalne i nieznane dotąd ekstrakty, a seria Fiji może pochwalić się obecnością ekstraktu z urzekającego kwiatu "Królowa Raju" posiadającego unikalne właściwości wspomagające detoksykację skóry, zapobiegając w ten sam sposób przedwczesnemu jej starzeniu. Ponadto sprawia, że skóra odzyskuje zmysłową gładkość, miękkość i sprężystość. 
Tajemniczy składnik Strelitzia Reginae, strelicja królewska nazywana rajskim ptakiem, nazwę swoją zawdzięcza wyjątkowemu rodzajowi kwiatu, który wygląda jak głowa jaskrawo kolorowych tropikalnych ptaków. Roślina jest również znana m.in. jako królowa raju, królowa kwiatów, a jej ekstrakt jest otrzymywany z łodyg i kwiatów. Znany jest głównie z właściwości nawilżających oraz antyoksydacyjnych, wyłapuje i neutralizuje wolne rodniki, które są generowane przez czynniki zewnętrzne takie jak zanieczyszczenie środowiska, promieniowanie UV, smog, dym papierosowy. Ponadto przyczynia się do utrzymania właściwego poziomu nawilżenia, a to przekłada się na proces kojenia i łagodzenia skóry.

balsam do ciała

Cechą wspólną tych produktów jest świeży, morski zapach, który zachwyca od pierwszego użycia - dość długo utrzymuje się na skórze. Totalnie w moim guście, nie przeszkadza i nie przytłacza, idealny na pielęgnacyjne wieczory po upalnym dniu. Jestem nim w całości oczarowana!
Podobnie jak odżywczym balsamem-nektarem, który skutecznie wysunął się na pierwszy plan pozostawiając w tyle kilka dostępnych kosmetyków pielęgnacyjnych do ciała, które aktualnie posiadam. Po pierwsze: konsystencja! Balsam-nektar to produkt o lekkiej, jedwabistej formule, aplikuje się go bardzo łatwo, sprawnie bez nadmiernego rozcierania i szybko się wchłania. Nie obciąża skóry! Po drugie: działanie! Już chwilę po aplikacji skóra staje się gładka, miękka i delikatna. Pomimo swojej lekkości świetnie nawilża i odżywia, niweluje uczucie ściągnięcia czy przesuszenia skóry. Uczta dla skóry, a dzięki zapachowi, również i dla zmysłów.  

peeling do ciała

Peeling do ciała Fiji SPA RESORT to również bardzo przyjemny kosmetyk nadający gładkości skórze. To, na co zwróciłam uwagę w pierwszym kontakcie - oprócz zapachu oczywiście - to jego wyjątkowa kremowa formuła. Po wyciśnięciu z tuby masa peelingowa nie spływa z dłoni, podczas masażu ciała również świetnie przylega do skóry. Drobiny peelingujące zawarte w nim nie są ostre, peeling nie jest zatem mocnym "zdzierakiem" ale w efekcie skóra po jego użyciu jest dobrze oczyszczona i odświeżona. Dzięki kremowej formule w ogóle nie wysusza skóry, nadaje gładkości i delikatności. Bardzo przyjemny kosmetyk!

pielęgnacja ciała

Korzystanie z tych produktów to czysta przyjemność, wierzę, że przypadną do gustu wielu odbiorcom. Wystarczy poczuć ten zapach aby przenieść się na egzotyczne wakacje.

Produkty FIJI SPA RESORT Dr Irena Eris dostępne są tylko w perfumeriach Douglas. Polecam!

Znacie kosmetyki pielęgnacyjne Dr Irena Eris?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

26 maja 2017

Nowość! Płyny micelarne LIRENE

Baz płynu micelarnego na mojej półce to trochę jak bez ... pasty do mycia zębów. Bywa czasem tak, że zamiast micela używam olejku do demakijażu, jednak to płyn micelarny jest dla mnie najczęściej pierwszym krokiem oczyszczania twarzy. To najczęściej polecany kosmetyk do demakijażu, w którym micele - mikroskopijne cząsteczki przyciągają zanieczyszczenia i pochłaniają nadmiar sebum. Preferuję dwuetapowe oczyszczanie skóry, zatem nie oczekuję od płynu micelarnego, że całkowicie i dogłębnie oczyści skórę, najbardziej zależy mi na tym aby skutecznie rozpuścił i pomógł usunąć makijaż, a kropkę nad "i" w kwestii oczyszczenia skóry stawiam w drugim etapie mycia twarzy produktem do tego celu kierowanym przy użyciu wody. Kiedy nie noszę w ciągu dnia makijażu, to płyn micelarny służy mi również do odświeżania skóry w ciągu dnia, a  racji tego, że posiadam cerę mieszaną częściej można spotkać u mnie produkty tego typu dla skóry mieszanej - latem nawet tłustej - niż suchej, takie, które oprócz oczyszczania, odświeżają skórę i pochłaniają nadmiar sebum.

Lirene

Często sięgam po drogeryjne płyny micelarne, a tym razem mam przyjemność poznać i podzielić się z Wami opinią na temat nowych płynów marki Lirene. W moim posiadaniu są dwa: z minerałami Morza Martwego oraz duo płyn micelarny z olejkiem rycynowym. Obydwa kierowane właściwie dla każdego rodzaju cery, przy czym z minerałami przede wszystkim do mieszanej i tłustej, a duo do suchej. Jako posiadaczka cery mieszanej nie przechodzę obojętnie obok produktów oczyszczających łączących w sobie oczyszczanie z normalizacją wydzielania sebum. Zespół ekspertek Laboratorium Naukowego Lirene stworzy technologię Micel Pure&Mat z minerałami Morza Martwego, która oparta jest na synergii składników oczyszczających z normalizującymi, więc płyn micelarny z minerałami okazuje się być dla mnie świetnym rozwiązaniem. 
  
płyn micelarny
oczyszczanie twarzy

Jestem pozytywnie zaskoczona skutecznością tego płynu - właściwie to przez miesiąc codziennego stosowania nie wyciął mi żadnego numeru. Producent zaleca oczyszczanie nim skóry twarzy i okolic oczu i przyznaję, że bardzo dobrze radzi sobie z makijażem nie tylko twarzy ale również i oczu - nie podrażnia, nie uczula i nie szypie w oczy. Jak to zwykle bywa, nie radzi sobie już tak dobrze z wodoodporną maskarą, w tym celu lepiej zaopatrzyć się w produkt dwufazowy, ale mimo wszystko wystawiam mu wysoką ocenę. Pomimo, że producent określa formułę jako bezzapachową, to jednak wyczuwam w nim bardzo delikatne świeże morskie nuty a ten fakt również przemawia na nim, ponieważ po jego użyciu wyczuwam na skórze lekki powiew świeżości. Nie zauważyłam spektakularnego zmniejszenia widoczności porów, ale biorąc pod uwagę jego skuteczność, dużą pojemność, bo aż 400ml i taką samą wydajność, a przy tym łatwą dostępność i wreszcie cenę regularną na poziomie niespełna 19 zł, to uważam, że to bardzo dobry wybór. U mnie sprawdza się bardzo dobrze i nie wysusza skóry.

płyn dwufazowy
demakijaż

Duo płyn micelarny z olejkiem rycynowym z kolei kierowany do skóry suchej z pomocą technologii Micel Pure&Nutri łączy oczyszczanie z odżywieniem skóry. Co istotne, dzięki właśnie zawartości olejku rycynowego poprawia kondycję rzęs, więc producent daje wyraźnie do zrozumienia, że to produkt idealny do demakijażu oczu. Olejek rycynowy znany jest ze swoich właściwości wzmacniających, odżywiających i przyspieszających wzrost rzęs, dzięki czemu stają się mocne, silniejsze i piękniejsze. Dodatkowo formuła duo wzbogacona została o HydroComplex, który zapewnia efekt nawilżenia i ukojenia skóry, jednocześnie ograniczając utratę wody przez naskórek. 
Z racji dwufazowej formuły przed użyciem płynu należy energicznie wstrząsnąć butelką tak, aby warstwy połączyły się ze sobą tworząc jednolity płyn o wyraźnie żółtym zabarwieniu. Co ciekawe, fazy dość szybko wracają do swojego pierwotnego położenia: warstwa olejowa na górze. Pomimo, że płyn nie pozostawia tłustej powłoki to jednak z racji rodzaju cery korzystam z jego właściwości tylko w demakijażu oczu. Niejednokrotnie podkreślałam na blogu, że do demakijażu oczu najchętniej wybieram "dwufazy", ale tylko te, które nie pozostawiają tłustej otoczki wokół oczu i obchodzą się przy tym z tą wrażliwą okolicą delikatnie i bez zbędnego pocierania. Z produktów tego typu, które poznałam, tylko nieliczne wyróżniają się nie pozostawianiem filmu na skórze, a duo Lirene również tego nie czyni. Owszem, czuję bardzo delikatny film, ale nie to nic tłustego, lepkiego i przeszkadzającego, a z demakijażem oczu radzi sobie dobrze. Z makijażem wodoodpornym również, ale wymaga to dwukrotnego przyłożenia nasączonego płynem płatka kosmetycznego do oka.      

pielęgnacja twarzy

Podobnie jak w przypadku poprzednika do dyspozycji dostajemy 400ml duo płynu (cena regularna poniżej 20zł), więc jego wydajność w przypadku demakijażu oczu jest ogromna. Przez miesiąc wykorzystałam go bardzo mało, szacuję, że ok. 1/8 a to niewiarygodnie dobry wynik!

Obydwa płyny sprawdzają się u mnie i nie wykluczam, że sięgnę po nie ponownie. Skuteczne, wydajne, łatwo dostępne i korzystne cenowo. Polecam!

Znasz? Jaki płyn micelarny aktualnie stosujesz?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

22 maja 2017

Olejek ze złotymi drobinkami | NUXE Prodigieuse

Maj, a nad Bałtykiem upalnie niczym w Hiszpanii. Odpoczywam od kilku dni na nadbałtyckiej plaży i jestem zachwycona pogodą, jaka aktualnie tutaj występuje. A nie zawsze tutaj tak jest - nawet w środku lata. Biorąc pod uwagę, że kilkanaście dni temu na sopockim molo był śnieg a dzisiaj kto żyw opala się na nim, to ogarnia mnie pełen zachwyt, że właśnie teraz tutaj jestem! Pakując się na wyjazd miałam wiele dylematów co ze sobą zabrać do kosmetyczki a mając w pamięci nasz ubiegłoroczny urlop nad morzem w sierpniu, gdzie przez niemalże cały tydzień padał deszcz, zastanawiałam się co może mi się przydać i okazuje się, że meteorolog ze mnie całkiem niezły, ponieważ udało mi się przewidzieć, że kosmetyk upiększający odkryte ciało będzie niezbędny.

lato

NUXE i słynny suchy olejek, pod auspicjami którego powstał to kosmetyk owiany już legendą, który ma swoich wielbicieli na całym świecie. Wyłamuję się, ponieważ do klasycznej wersji nie pałam szczególną sympatią. Nie nadaje się u mnie do pielęgnacji skóry twarzy, włosów a i zapach mnie nie do końca przekonuje - jak na olejek to dla mnie zbyt intensywny. I jakkolwiek wierzę w jego odżywcze właściwości to nie jest to kosmetyk, który muszę mieć. Pisałam o nim dwa lata temu i tam też znajduje się odpowiedź "dlaczego?" tutaj <klik>. Z tego też powodu pojawienie się u mnie wersji ze złotymi drobinkami opóźniałam do maksimum, ale wychodząc z założenia, że przecież w tej wersji chodzi przede wszystkim o glow, więc go nabyłam. I nie żałuję! Bo tak pięknej poświaty, jaki daje ten olejek nie daje właściwie żaden inny! A i zapach - o ile dobrze pamiętam - jest mniej intensywny.
 
suchy olejek
olejek z drobinkami

Suchy olejek NUXE ze złotymi drobinkami, o zawartości 95,2% składników pochodzenia naturalnego, to nowatorskie połączenie 30% szlachetnych olejków roślinnych i witaminy E. Jego formuła zawierająca wysokie stężenie 6 olejków roślinnych: z ogórecznika, dziurawca, słodkich migdałów, kamelii, orzechów laskowych i orzechów makadamia. Podobnie jak w przypadku klasycznej wersji producent kieruje jego zastosowanie do całościowej pielęgnacji, zarówno ciała, twarzy jak i włosów i podobnie jak w przypadku klasyka, u mnie olejek znajduje zastosowanie głównie w pielęgnacji ciała, a właściwie w tym przypadku do nadania skórze blasku. Po jego zastosowaniu skóra faktycznie jest gładka, wręcz jedwabista i bardzo przyjemna w dotyku, a efekt rozświetlenia dodaje jej zdrowego połysku. Poświata na skórze nie jest nachalna i przerysowana, w efekcie subtelna ale widoczna nawet przy najmniejszym ruchu.
W przypadku aplikacji na włosy olejek nadaje im subtelne złociste refleksy, nie mniej jednak moje cienkie włosy zdają się być nim obciążone. Biorąc pod uwagę, że wersja olejku którą ja posiadam nie jest wyposażona w atomizer (nie wiem czy wszystkie są takie) to aplikuję na włosy bardzo oszczędnie, pomijając ich nasadę a skupiając się głownie na końcach. Uważam, że posiadaczki włosów z natury grubych i gęstych będą w pełni usatysfakcjonowane.    

NUXE

Olejek pięknie podkreśla opaleniznę - tę z tubki też ;) Zaaplikowany na newralgiczne miejsca daje wspaniały efekt, np. nałożony na przednią część nóg od dołu ku górze wysmukla je i dodaje powabu. Satynowy odblask i perłowe refleksy delikatnie korygują niedoskonałości skóry. Pięknie prezentuje się na ramionach i dekolcie ze szczególnym uwzględnieniem kości obojczykowych. Takie małe triki, a wiele zmieniają! Z pewnością będzie towarzyszył mi przez całe lato- kto wie? może nawet nie jedno! Polecam!

Znasz olejki NUXE?  Podziel się wrażeniami.

Pozdrawiam ciepło, Aga :)
Czytaj dalej »

20 maja 2017

Oczyszczanie twarzy nie musi być nudne | SKIN79

"Sekrety urody Koreanek" to pozycja, której nie wypadało nie przeczytać. Blogosfera sekcji beauty powiedziała już chyba wszystko na jej temat i domyślam się, że zdecydowana większość zna już osławione "10 kroków koreańskiej pielęgnacji". Najważniejszym z nich jest oczywiście oczyszczanie skóry i w tym przypadku żaden czytelnik książki nie odkrył Ameryki, ponieważ zakładam, że o tym każdy już wiedział zanim sięgnął po "sekrety": nie ma prawidłowej pielęgnacji twarzy bez jej dokładnego oczyszczenia, nie tylko z makijażu. Pielęgnacja w tym zakresie jest bezlitosna, na nic innowacyjne i najbardziej skuteczne składniki aktywne zawarte w kremach jeśli uprzednio nie zmyjemy ze skóry zanieczyszczeń - oczyszczając dokładnie skórę pomagamy tym składnikom zadziałać. Na mojej półce stoi już trochę koreańskich kosmetyków i w miarę upływu czasu i ich stosowania coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Koreanki lubią urozmaicenie, a jeśli mają do dyspozycji tak kreatywnych producentów jak m.in. SKIN79 to nudna pielęgnacja im nie grozi.    

SKIN79

No właśnie - oczyszczanie twarzy też nie musi być nudne a w dzisiejszym wpisie o trzech takich produktach, których darmo szukać na półkach naszych rodzimych marek. I to dosłownie! Żel głęboko oczyszczający Pearl Luminate Brilliant Deep Cleanser SKIN79 to produkt jakiego ja jeszcze nie spotkałam. Absolutnie fantastyczny pod każdym względem, począwszy od opakowania, poprzez formułę, zapach, działanie i efekty. 
Zacznę od tego co widzę, a widzę pięknie wyglądający kosmetyk, który wzbudza zainteresowanie. Opakowanie w kształcie tuby z przeźroczystego tworzywa wyposażone w sprawnie dozujący produkt pompkę. Wewnątrz półpłynny żel, w którym zatopione zostały - na pierwszy rzut oka białe drobiny, po analizie deklaracji producenta, wyciąg z pereł Akoya. Trzymając produkt pierwszy raz w dłoni zastanawiałam się czy te perełki będą pozostawały wewnątrz opakowania czy będą dozowane wraz z produktem. Pierwsze użycie dało odpowiedź: bez trudu pompka je dozuje i nie zacina się pod ich wpływem. 

Pearl Luminate
żel do mycia twarzy

Żel posiada bardzo bogatą formułę, w której umieszczono aż 50 naturalnych składników, w tym ekstrakty i oleje z kokosa, kamelii, pomarańczy, ryżu, sezamu, eukaliptusa, migdała i wiele innych. Tytułowe perły, a właściwie wyciąg z nich regeneruje skórę, zapewnia efekt jej rozjaśnienia i przyjemne uczucie gładkości. Ponadto żel zawiera w składzie kwas glikolowy, który łatwo przenika w głębsze warstwy skóry, nawilża i odżywia, zapobiega ucieczce wody co spowalnia proces starzenia się skóry. 
Biorąc pod uwagę mnogość składników, to formuła żelu jest dość lekka, ale z łatwością usuwa pozostałości po makijażu i zabrudzenia - przecierając skórę płatkiem kosmetycznym nasączonym tonikiem pozostaje czysty. Zapach jest również bardzo delikatny, z pewnością przypadnie do gustu nawet wrażliwym na zapachy. I co najważniejsze: koniec ze ściągnięciem skóry przy jednoczesnym dokładnym jej oczyszczeniu. Żel stosuję od dwóch miesięcy codziennie i ani razu nie odnotowałam ściągnięcia czy przesuszenia skóry. Przeciwnie, to produkt, który już na etapie oczyszczania nawilża skórę. Pomimo, że występuje na skórze krótko - w końcu to żel do mycia twarzy - to za każdym razem kiedy go użyję czuję, że moja skóra jest pozytywnie nawilżona. Ale nie obciążona. To jeden z tych produktów, o których się nie zapomina. Pozytywne uczucie od pierwszego użycia, utrzymujące się w czasie. HIT!!! 

peeling do twarzy

Drugi produkt, który prezentuję, a którego przyznaję, że się trochę obawiałam to SKIN79 Sweet Honey Sugar Peeling, cukrowy peeling do twarzy. Obawiałam się, ponieważ najczęściej sięgam po peelingi enzymatyczne i rzadko można było u mnie spotkać peeling drobno- czy gruboziarnisty, unikałam nadmiernego złuszczania twarzy poprzez jej pocieranie, co wydawało mi się być zbyt inwazyjnym dla mojej cery zabiegiem. A tu pozytywne zaskoczenie - pasta, choć dosyć zbita to przy delikatnym pocieraniu łagodnie obchodzi się ze skórą i wcale jej nie szkodzi.

koreańska pielęgnacja
peeling cukrowy

Peeling umieszczony został w małym gustownym słoiczku z dodatkowym zabezpieczeniem w postaci plastikowej nakładki i ze szpatułką, która ułatwia wydobycie pasty. Przed użyciem peelingu producent zaleca wykonać okład z ciepłego ręcznika w celu otworzenia porów skóry a następnie wykonać 3-5 minutowy masaż twarzy z użyciem masy peelingowej. I przyznaję, że w taki sposób wykonywałam zabieg tylko raz, kolejno bez okładu na wstępie ciepłym ręcznikiem. Efekt jest bardzo zadowalający. Pomimo, że zatopione kryształki brązowego cukru w paście są dość mocno wyczuwalne w dłoniach, to przy niewielkim nacisku masując skórę pozbywam się wszystkich suchych skórek, martwego naskórka i dogłębnie oczyszczam skórę. Po takim zabiegu jest niebywale gładka, świetnie oczyszczona i - podobnie jak w przypadku poprzednika - nawilżona. Zero uczucia ściągnięcia! To z pewnością zasługa tytułowego miodu (mocno wyczuwalny) i masła shea. Cud - miód! Nie spodziewałam się, że produkt, którego unikałam, wywrze na mnie tak pozytywne wrażenie - a wywarł!
  
Yum Yum Cleanser

Ostatni z produktów również zaskakuje wszystkim, ale z góry przyznaję, że pałam do niego najmniejszą sympatią z trzech prezentowanych. Zanim o tym dlaczego, to jednak nie mogę odmówić mu skuteczności. Yum Yum Cleanser SKIN79 jest częścią serii Natural 98, która czerpie swą siłę z bogactw natury. Yum Yum to mus do oczyszczania skóry, który według producenta usuwa makijaż i sebum bez konieczności podwójnego mycia twarzy. W składzie występuje ekstrakt z nasion łzawicy (chiński jęczmień perłowy), który ma silne działanie antyoksydacyjne, zawiera substancję o właściwościach przeciwzapalnych oraz działaniu antyhistaminowym. Z kolei wyciąg z łzawicy pomocny jest w leczeniu cer trądzikowych, a duża zawartość lipidów działa korzystnie na cery dojrzałe i suche.
   
SKIN79
pielęgnacja twarzy

Mus zamknięty jest w opakowaniu wyglądem przypominającym do złudzenia mały wek. Nie ma nudy! Sama konsystencja produktu również budzi zainteresowanie - puszysty mus, nazywany czasem "twarożkiem", choć według mnie z twarożkiem ma tylko tyle wspólnego, co jego biały kolor. Dla mnie to puszysty mus - bardzo wydajny, niewiele potrzeba na umycie twarzy - o przyjemnym i delikatnym naturalnym zapachu.  Przyjemnie masuje się nim skórę, po roztarciu w dłoniach łatwo przylega do skóry, łatwo się spłukuje i w efekcie również nie powoduje ściągnięcia. 
Opakowanie prezentuje się bardzo dobrze, ale niestety nie idzie to w parze z jego funkcjonalnością. O ile inne opakowania z łatwością można użyć pod prysznicem, tak w przypadku tego, trudno mi się z nim obejść. No ale nie wszyscy wykonują demakijaż i mycie twarzy pod prysznicem, więc to co dla mnie jest minusem, u innych może w ogóle nie występować. Nie do końca również się zgodzę z obietnicami, że ten produkt zastępuje demakijaż i mycie twarzy w jednym etapie. Z minimalistycznym makijażem sobie radzi, ale z tuszem do rzęs ma już pewne problemy. Zaznaczam, że to przyjemny produkt i chętnie po niego sięgam, ale ja nie traktuję go jako 2w1, dla mnie to fajny produkt do mycia twarzy w drugim etapie, a z racji tego, że nie zastępuje mi demakijażu, to najczęściej sięgam po niego w porannej pielęgnacji.
  
koreańska pielęgnacja

Z wszystkich trzech wymienionych największe wrażenie wywarł na mnie oczywiście żel Pearl Luminate i to jego gorąco polecam! Ilekroć spotykam się z porównaniami, że koreańskie kosmetyki to zupełnie inny świat, tak w tym przypadku z tym stwierdzeniem się zgadzam. To bardzo dobry produkt! Z kolei cukrowy peeling przekonał mnie, że "nie taki diabeł straszny... jak go malują" - gładkość skóry po jego użyciu przeszła moje oczekiwania i z przyjemnością po niego sięgam. A Yum Yum? To nie jest zły produkt i tak sobie myślę, że trudno byłoby go umieścić w opakowaniu np. z pompką lub innym dozownikiem, aby go wydobyć trzeba jednak użyć dłoni albo załączonej szpatułki, ale z pewnością nie jest to produkt niezastąpiony. I o ile żel i peeling już widzę ponownie na swojej półce, to mus z racji utrudnionej funkcjonalności opakowania jednak nie.

Znacie te produkty? Co sądzicie o koreańskich kosmetykach?  

Pozdrawiam, Aga :)


Czytaj dalej »

9 maja 2017

Maseczki z tkaniny | SEPHORA

Maseczki na tkaninie skutecznie podbijają nasz rynek! Pierwsze próby stosowania tego typu masek nie wspominam dobrze, i nie mam tutaj na myśli ich działania (choć trafiłam również i na takie, które w tym zakresie mnie niczym nie ujmowały) a sposobu aplikacji. Należę do tej grupy odbiorców, którzy dość sceptycznie podchodzą do nowości, potrzebuję czasu aby się przekonać, nie rzucam się na głęboką wodę kiedy zewsząd płyną sugestie - musisz je mieć! Jako zatem absolutna fanka kremowych masek do twarzy decydowałam się na pojedyncze egzemplarze różnych marek i z mojej perspektywy uważam, że w miarę upływu czasu pojawiło się wiele ciekawych propozycji czerpiących u źródła - z Korei. Bo to właśnie koreańskie maseczki "w płachcie" były i nadal są inspiracją marek do wprowadzania tego typu kosmetyku na rynek. I jakkolwiek uważam, że jednorazowe koreańskie maski są świetne, to jednak mają również skuteczną konkurencję, której nie mam nic do zarzucenia. 

SEPHORA

Kremowe maseczki mają swój swoisty urok i z pewnością nie zrezygnuję z nich całkowicie, to jednak totalnie doceniam wygodę stosowania masek na tkaninie. Nakładasz, odpoczywasz przez 15-20 minut, zdejmujesz z twarzy i... gotowe. Nie musisz nic zmywać, niejednokrotnie brudzić umywalki, wedle uznania nadmiar ściągasz ze skóry albo pozostawiasz do wchłonięcia - prościej chyba już się nie da. Zajmują mało miejsca, wrzucasz do kosmetyczki na wyjazd i z głowy, żadnych ciężkich słoiczków, tubek, nic Ci się nie wyleje a masz dodatkową ważną pielęgnację.
Dzisiaj nie mam już jednej, dwie, trzy... dzisiaj mam już odrębną szufladę do ich przechowywania, którą skrupulatnie uzupełniam i na potrzeby tego wpisu nawet je policzyłam - 27!!! Przyznaję, że taką ilość trochę mi pomogła zebrać nasza blogowa koleżanka Magda prowadząca blog Kociamber w podróży, która aktualnie mieszka w Seulu i była tak miła, że podczas niedawnej wizyty w Warszawie przywiozła m.in. i dla mnie trochę koreańskich dobroci - jeszcze raz dziękuję! I oczywiście uwielbiam koreańskie maski Dr Jart+, nie należą najtańszych (nawet w Korei) ale moim zdaniem wyróżniają się działaniem na tle zdecydowanej większości. Ale to temat na odrębny wpis, a dzisiaj skupię się na maseczkach z tkaniny marki własnej Sephora, po które czasem sięgam.

maska z tkaniny

W ramach całej serii znajduje się 8 masek o różnych właściwościach z przeznaczeniem dla konkretnych potrzeb. Nie znam dwóch wersji: perła i orchidea (jeśli tracę na tej niewiedzy to proszę o informację, a z pewnością nadrobię zaległości), a z tych, które znam najlepiej sprawdzają się u mnie avocado i zielona herbata. I to właśnie je chciałbym w głównej mierze przedstawić.
Rodzaje masek z tkaniny Sephora Efekt drugiej skóry:
  1.  avocado - odżywcza regenerująca
  2. zielona herbata - matująca, zapobiegająca niedoskonałościom
  3. owoc granatu - relaksująca energetyzująca
  4. algi - oczyszczjąca
  5. orchidea - przeciwstarzeniowa wygładzająca
  6. lotos - nawilżająca relaksująca
  7. perła - koloryt i blask
  8. róża - ultranawilżenie i blask

maseczka do twarzy
sheet mask

Spotkałam się z różnymi rodzajami tkaniny, która nasączona jest substancjami i już na wstępie przyznaję, że maseczki Sephora wykonane są z bardzo cienkich tkanin zabezpieczonych dodatkową membraną, którą można wykorzystać na dekolcie, co mnie osobiście bardzo odpowiada. Ponadto uważam, że są bardzo mocno nasączone i dobrze wyprofilowane, więc w efekcie połączenia cienkiej tkaniny i odpowiedniego jej "wycięcia" uzyskujemy maskę, która bardzo dobrze przylega do skóry, nie przemieszcza się, (nawet podczas ruchu) i nie wysycha podczas pozostawania na skórze. Producent zaleca 15 minutowy seans, ja natomiast pozwalam sobie ten czas wydłużać. Po zdjęciu maski (nadal jest wilgotna) pozostałości na skórze wklepuję - nie tylko w skórę twarz, ale również szyi i dekoltu. Efekty? Zależne od rodzaju maski.
W przypadku maski avocado przede wszystkim wyraźnie widać odżywienie i bardzo dobre nawilżanie skóry (posiadam skórę mieszaną). Po tę maskę warto sięgać wtedy, kiedy skóra potrzebuje odżywienia ale i regeneracji, ponieważ po jej zastosowaniu znika napięcie i ściągnięcie skóry, suche skórki zostają całkowicie wyeliminowane i znikają drobne miejscowe zaczerwienienia. Bardzo dobrze sprawdza się po peelingu, szczególnie z drobinami ścierającymi czy kawitacyjnym. Ja traktuję ją już jako ostatni etap pielęgnacyjny na noc, pozostawia dużo substancji na skórze, której pozwalam się całkowicie wchłonąć i nie czuję potrzeby aplikowania dodatkowych kosmetyków pielęgnacyjnych. Rano skóra w świetnej kondycji, nawilżona, gładka, miękka i bardzo miła w dotyku.
Z kolei maseczka zielona herbata świetnie sprawdza się u mnie rano lub w ciągu dnia. Głównie dlatego, że substancje tej maski moja skóra zdecydowanie lepiej chłonie. Maska pochłania nadmiar sebum i pozostawia skórę matową. Nie dzieje się to jednak w chwili pozostawania na skórze, ponieważ po jej usunięciu na twarzy pozostaje warstwa preparatu, ale zdecydowanie szybciej się wchłania nie pozostawiając lepkiej warstwy. Jestem oszczędna w stwierdzeniu, że redukuje niedoskonałości, ale z pewnością mogę określić, że po jej zastosowaniu skóra jest fajnie oczyszczona.   
    
maseczka do twarzy
sheet mask

Nieco niżej, ale równie dobrze oceniam maski lotos i owoc granatu. I w tym przypadku widzę niewielkie różnice względem efektów zastosowania. Właściwie to w ogóle nie widzę różnicy oprócz zapachu. Obydwie traktuję jako mały domowy zabieg SPA, skóra po ich zastosowaniu jest wypoczęta, zrelaksowana, promienna i dobrze nawilżona. Podobnie jak w przypadku maski avocado pozostały na skórze preparat wymaga czasu na całkowite wchłonięcie. Nie dysponują w tej chwili, zatem nie jest widoczna na zdjęciach, ale bardzo dobrze wspominam oczyszczającą maskę algi - pamiętam efekt wow i z pewnością trafi ona do mnie ponowie.
  
płatki pod oczy
maseczka pod oczy

Sephora w swojej ofercie oprócz masek z tkaniny na twarz posiada maseczki w formie płatków pod oczy. Korzystam z płatków regularnie, najlepsze według mnie to płatki Yonelle - tutaj odpowiedź dlaczego ---> klik - ale płatki Sephora niewiele pozostają w tyle. Również zabezpieczone dodatkową membraną, bardzo mocno nasączone i świetnie wyprofilowane - rozmiarem obejmują nie tylko dolną powiekę ale również zewnętrzną część oka dochodząc aż do skroni i na wysokość brwi, tam, gdzie powstają "kurze łapki". Każda maska na twarz posiada swój odpowiednik płatków pod oczy, jednak ja szczególne ukłony posyłam róży! Z tych, które poznałam wszystkie chłodzą i koją okolice pod oczami, dobrze nawilżają, avocado i róża wręcz bardzo dobrze, ale róża dodatkowo rozświetla i to daje jej w moim odczuciu prowadzenie. Tkanina również jest bardzo cienka, płatki nie przemieszczają się, spokojnie można w nich spacerować po domu.

maseczka do rąk
maseczka do rąk

Skoro jesteśmy przy tkaninie, to dla mnie świetnym zabiegiem nawilżającym i regenerującym skórę dłoni są jednorazowe maski w postaci nasączonych rękawiczek. Sephora posiada trzy rodzaje: avocado, argan i aloes i wszystkie trzy są rewelacyjne! Na moim blogu przewinęło się już kilka tego typu produktów i jednogłośnie stwierdzam, że te są najlepsze. I najdroższe z wszystkich tych, które poznałam na własnej skórze. Niewielką różnicę widzę w ich działaniu, według producenta aloes jest typowo nawilżającą maską, argan przeciwstarzeniową a avocado odżywczą i naprawczą, i jeśli koniecznie muszę wskazać jedną, po którą zdecydowanie warto sięgnąć, to wskazuję avocado. To ona zbiera najwięcej pozytywnych opinii i ja się z tym zgadzam w 100%. Rewelacyjnie naprawia uszkodzenia w postaci zniszczonych, wysuszonych i spierzchniętych dłoni a efekt utrzymuje się do kilku dni. Kiedy pierwszy raz użyłam tych rękawiczek moje dłonie wyglądały jak po kuracji w salonie manicure, maksymalnie nawilżone, odżywione, gładkie, miłe w dotyku i odbiorze i pięknie pachnące - zapach utrzymywał się do czasu mycia rąk :) 

SEPHORA

Ja jestem bardzo zadowolona z masek z tkaniny Sephora, znajdują u mnie pozytywne zastosowanie i chętnie po nie sięgam. Jeśli chodzi o koszt masek (na twarz i pod oczy 19zł, do rąk 15zł) to plasują się one w średniej półce cenowej, w sklepach internetowych można kupić maski tego typu już za kilka złotych, uważam jednak, że warto je wypróbować np. podczas częstej promocji na produkty marki własnej Sephora 2+1, gdzie trzeci produkt tak naprawdę otrzymujemy gratis. Minus 20% na pielęgnację również bardzo często się zdarza. Polecam!

Znacie maski z tkaniny Sephora? Podzielcie się wrażeniami ze stosowania.

Pozdrawiam serdecznie, Aga :) 
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger