29 września 2014

"Oils of the world" wg naszej rodzimej marki Joanna

Sezon na oleje i olejki pod różnorodnymi postaciami osobiście uważam za otwarty :) I jakby tego było mało, to zaczynam go od naszej polskiej marki Joanna. Nie wiem czy zauważyłyście/liście, kiedy pisałam o Pudełkowy Zawrót Głowy , gdzie podsumowałam otrzymane pudełka / boxy w sierpniu, to w pudełku beGlossy znalazłam balsam do suchych miejsc 3w1 z masłem pomarańczowym, a w pudełku ShinyBox olejek do twarzy i ciała z olejem makadamia - obydwa z asortymentu Joanna stworzone pod nazwą Oleje Świata / Oil of the world. Zbieg okoliczności czy celowy "zabieg" marketingowy? Cokolwiek by to nie było bardzo chętnie przyjrzałam się im bliżej.



Zaczynamy od olejku do twarzy i ciała z olejem makadamia, o którym Producent pisze tak: Poznaj fantastyczny sposób na odkrycie swojego piękna. Olejek do twarzy i ciała to doskonały eliksir dla Twojej skóry. Pozwala na utrzymanie jej w doskonałej kondycji: delikatnie rozświetla, nawilża i ujędrnia. Spróbuj, a nie będziesz chciała użyć już innego produktu. (?!)

Pojemność: 100ml
Cena: +/- 10zł




Skład:
  • Helianthus Annuus Seed Oil / olej z nasion słonecznika - bogate źródło niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych NNKT, głównie kwasu linolowego i witaminy E. Tłusty emolient wytwarzający na powierzchni skóry warstwę okluzyjną / film, który zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z naskórka, dzięki czemu wykazuje pośrednie działanie nawilżające.
  • Prunus Amygdalus Dulcis Oil / olej ze słodkich migdałów - zawiera kwas oleinowy, linolowy oraz witaminy:  A, B1, B2, B6, D i E (całe mnóstwo dobroci). Jest również emolientem i to tzw. "tłustym", ale w odróznieniu od poprzednika może być komedogenny, może sprzyjać powstawaniu zaskórników (nie mylcie działania oleju ze słodkich migdałów z działaniem kwasu migdałowego! - o ile kwas migdałowy jest świetny dla skóry trądzikowej, o tyle olej ze słodkich migdałów już nie do końca).
  • Caprylic/Capric Triglyceride / Trójgliceryd kaprylowo - kaprynowy - kolejny "tłusty" emolient, i podobnie stosowany samodzielnie może być komedogenny (wiem, powtarzam się). W pewnej mierze jest to substancja tłuszczowa, dzięki czemu ułatwia poślizg przy aplikacji preparatu, więc tym samym poprawia właściwości użytkowe.
  • Macadamia Ternifolia Seed Oil /olej z nasion makadamia - Zawiera 57% kwasu olejowego, 25% kwasu palmitynowego, 15% nasyconych kwasów tłuszczowych, bogaty w witaminy: A, B, E oraz składniki mineralne. I ponownie emolient "tłusty" ... itd. 
  • Parfum / substancje zapachowe - najbardziej lubię kosmetyki, które ten składnik w swoim składzie mają na pierwszym miejscu, ale wymieniając od końca :)
  • Tocopheryl Acetate / oktan tokoferylu,  witamina E - bardzo pożądany składnik, warto go wyszukiwać w składzie kosmetyków. Przeciwutleniacz, hamuje procesy starzenia się skóry wywołane takimi czynnikami jak promieniowanie UV czy dym papierosowy. 
  • BHT / Butylohydroksytoluen - syntetyczny przeciwutleniacz, antyoksydant, wykazuje współdziałanie z innymi przeciwutleniaczami (np. poprzednik), dzięki czemu wykazuje lepsze działanie chroniące inne substancje w kosmetykach.
  • Isoeugenol / Izoeugenol - składnik kompozycji zapachowych imitujący zapach goździków. Znajduje się na liście potencjalnych alergenów. 
  • Coumarin / Kumaryna - składnik kompozycji zapachowych (!) o przyjemnym zapachu wysuszonej trawy.
  • Butylphenyl Methylpropional / Lilial - kolejny składnik kompozycji zapachowych znajdujący się na liście potencjalnych alergenów.
  • Geraniol  - kolejny składnik kompozycji zapachowych znajdujący się .... itd. :)
  • Hexyl Cinnamal  - i kolejny składnik kompozycji zapachowych znajdujący się ... itd. (imitacja zapachu jaśminu!)  
  • Linalool / linalol - i kolejny składnik kompozycji zapachowych ... (nie za dużo tego!!!)
  • Limonene  - i kolejny składnik kompozycji zapachowych ... :)
  • Cl 40800 - barwnik
That's ALL :)


Skład tego olejku nie pozostawia żadnych złudzeń - nie jest to olejek do twarzy, przynajmniej mojej :) Właściwie to skład produktu podzielony jest wg mnie na dwa obozy: olejowy i zapachowy. I o ile olejowy mógłby być do zaakceptowania, to ten zapachowy absolutnie NIE! Pamiętam, jak powąchałam pierwszy raz ten olejek - pomyślałam, obłędny! Szybko zeszłam jednak na ziemię jak okazało się, że aż 8 składników z 15, czyli ponad połowa to składniki kompozycji zapachowych, a 90% z nich znajduje się na liście potencjalnych alergenów. Niech one nawet będą naturalnego pochodzenia, jak dla mnie jest ich po prostu za dużo i po pewnym czasie stosowania olejku zdajemy sobie sprawę, że to tak pięknie pachnie, że jest aż mdłe :(
No cóż, w myśl tych stwierdzeń nie mogłabym nałożyć olejku na twarz, choć pachnie tak, że pewnie niejednokrotnie kosmetyk zostanie użyty jako produkt do pielęgnacji twarzy - a w moim mniemaniu nie powinien nim być, mówiąc dobitnie po prostu nim nie jest! Co innego do wsmarowania w ciało, tutaj jestem w stanie pokusić się o stwierdzenie, że daje całkiem fajnie wyczuwalny efekt. Jak na olejek przystało jest tłusty i na długo po aplikacji czuć go na skórze, i to zarówno pod względem oleju jak i zapachu.
Sam produkt zamknięty jest w plastikowej lekko spłaszczonej butelce, z nakrętką typu "klik" - jest rzadki, więc wylewanie go z tego typu opakowania wymyka się spod kontroli i po chwili mamy oblepioną olejem nie tylko butelkę ale i całe ręce. Dumnie brzmiące w tym przypadku motto na opakowaniu: "Oils of the world" wcale mnie nie ujęło, wręcz przeciwnie, dawno nie miałam tak dziwnego kosmetyku, nawet z gorszym składem, którego jednak formuła przynajmniej mi odpowiadała. A tutaj nie widzę jakichś szczególnych plusów. Może lepiej wypadnie balsam do suchych miejsc/dla mnie ust 3w1 z tej samej serii z masłem pomarańczowym?




Opis tego produktu na opakowaniu jest do złudzenia podobny jak w przypadku olejku. A co mamy w składzie? Bardzo proszę:
  • Lanolin / Lanolina - tłusty emolient. Lanolina jest wydzieliną gruczołów łojowych owiec, tzn. gromadzi się na wełnie owiec, skąd następnie jest wydzielana w procesie odtłuszczenia wełny. Dlatego też, nie jest substancją rozpuszczalną w wodzie.
  • Petrolatum / Wazelina - Mieszanina węglowodorów syntetycznych otrzymywana z ropy naftowej. Tłusty emolient, niekomedogenny, w kosmetyku pełni funkcję konsystencjotwórczą, poprawia jego lepkość.
  • Butyrospermum Parkii Butter - znane nam wszystkim dobroczynne i wielozadaniowe masło shea, pisałam już o jego działaniu niejednokrotnie.
  • Caprylic/Capric Triglyceride - opis powyżej w składzie olejku.
  • Paraffinum Liquidum - parafina (? or !)
  • Aroma - substancje zapachowe
  • Cera Alba / wosk pszczeli - tłusty emolient, składnik pochodzenia zwierzęcego wydzielany przez pszczołę, komedogenny.
  • Prunus Amygdalus Dulcis Oil - olej ze słodkich migdałów, wątek poruszany już wiele razy.
  • Citrus Aurantium Dulcis Peel Oil - naturalny eteryczny olejek pomarańczowy
  • Citrus Aurantium Dulcis Peel Wax - masło pomarańczowe
  • Hydrogenated Vegatable Oil - uwodoroniony olej roślinny
  • Tocopheryl Acetate - witamina E
  • BHT - syntetyczny przeciwutleniacz, antyoksydant
  • Amyl Cinnamal - składnik kompozycji zapachowych
  • Citral - składnik kompozycji zapachowych
  • Linalool - składnik kompozycji zapachowych
  • Limonene - składnik kompozycji zapachowych
  • Cl 40800 - barwnik
Pojemność: 10g
Cena: +/- 6zł

Biorąc pod uwagę skład balsamu to wygląda on zdecydowanie lepiej niż skład olejku. Owszem mamy tutaj również składniki kompozycji zapachowych, ale nie zajmują 50% całego składu i występują tuż przed samym końcem, więc można to jakoś przełknąć. Poza tym widzimy kilka fajnych składników, które zawarte w tego typu produktach potrafią "czynić cuda", głównie mam na myśli masło shea, masło pomarańczowe, wosk pszczeli, olej ze słodkich migdałów czy roślinny, Witamina E, a jakoś w praktyce tych cudów nie ma :) Dlaczego?



A dlatego, że formuła tego kosmetyku kompletnie mi nie odpowiada. Nie lubię balsamów, które są jakby to określić - lepkie, tzn, że po nałożeniu na usta mocno je oblepiają (to chyba najwłaściwsze określenie) i zlepiają - robią to tak mocno, że z trudem można potrzeć wargą o wargę. Zdecydowanie wolę kosmetyki tego typu kremowe. Poza tym, nawet jeśli jest to produkt do suchych miejsc, np. łokci czy kolan, to tym bardziej nie wyobrażam sobie posmarowania nim ciała, a potem np. włożenie ubrania, czy nawet piżamy. Balsam jest ciężki i kleisty, wszystko do niego się przyklei, nie wspominając już o długich włosach na wietrze, które po chwili są przyklejone do ust.
Cała formuła produktu oparta jest na lanolinie i wazelinie, więc nie wymagajmy od niego całkowitego wchłonięcia. Według mnie zdecydowanym i jedynym plusem tego preparatu jest jego pomarańczowy, niczym nie zmącony zapach. Oj chciałbym taki produkt w wersji kremowej - muszę sobie chyba sama "ukręcić" :)


Reasumując, pomimo, że mnie osobiście produkty nie przypadły jakoś szczególnie do gustu, to podejrzewam, że będą miały swoich zwolenników. Moim skromnym zdaniem cena ich odzwierciedla jakość - osobiście znam wiele kosmetyków tanich i bardzo dobrych, niestety tych nie mogę do nich zaliczyć, a szkoda, zapowiadały się obiecująco :)

Pozdrawiam, Aga.
Czytaj dalej »

26 września 2014

W pogoni za maliną nordycką - krem do rąk Neutrogena

Czy tylko ja jestem nienormalna i mam aktualnie "w obiegu" trzy kremy do rąk? Jeden stoi cały czas w łazience nieopodal umywalki - pisałam o nim TUTAJ KLIK, drugi na szafce nocnej w sypialni, trzeci w salonie na półce nad telewizorem ... o matko są cztery !!! bo ten jest czwarty ... i wędruje razem ze mną wszędzie w torebce. Wy też tak macie? Czy to zjawisko jest normalne? Na to pytanie odpowiedzcie mi, proszę, w komentarzach, a tymczasem mam dla Was kilka informacji na temat kremu do rąk, który występuje na naszym rynku od dawna, ale w mojej torebce wędruje co prawda już od pewnego czasu, ale to jego pierwsza wizyta. 
Pamiętam, że kiedyś miałam już krem do rąk z Neutrogeny, nie pamiętam dokładnie jaki, ale pamiętam, że był w wersji zimowej - był tak gęsty, tłusty i pozostawiał mega wielki biały film na dłoniach, że w niczym nie odbiegał od zwykłej wazeliny. Byłam nim bardzo zniesmaczona i przez kilka dobrych lat omijałam te kremy do rąk szerokim łukiem, aż w końcu pomyślałam, że może coś się zmieniło i nabyłam drogą kupna :) odżywczy krem do rąk z maliną nordycką.




Neutrogena przywędrowała do nas z Norwegii, aktualnie jest obecna w ponad 70 krajach na świecie. Powodem, dla którego ten krem trafił do mnie, była w głównej mierze ciekawość: co to jest malina nordycka, jak działa i czy w ogóle działa? :) Sprawdziłam na stronie Producenta, gdzie dowiedziałam się, że: malina nordycka to Superowoc (!) z Norwegii zawierający dużą ilość przeciwutleniaczy i mikroelementów. Owoce maliny nordyckiej wykazują cenne, niespotykanie silne właściwości antyutleniające, zawierają unikalne bogactwo witamin, zwłaszcza witaminy C oraz wapnia, magnezu i kwasu benzoesowego. Podobno występuje w złotym kolorze i dlatego jej wartości odżywcze nazywane są "Złotem Skandynawii".
Malina nordycka nazywana jest inaczej maliną moroszka i w odróżnieniu od znanych nam malin w naszych ogródkach, których owoce w efekcie dojrzewania zmieniają kolor z białego na czerwony, tak w przypadku malin nordyckich dojrzałość osiągają zmieniając kolor z czerwonego na złoty. Nie wiem na ile jest zjawiskiem realnym i prawdziwym, ponieważ nigdy nie widziałam na własne oczy maliny nordyckiej, ale domniemam, że jeśli tak piszą, to pewnie jest to prawdą. Złote maliny !!! - to dopiero musi być widok ... hmm. Malina nordycka naturalnie występuje rzecz jasna w Norwegii, ale również w Rosji, Kanadzie i Alasce. Ciekawostką dla mnie jest fakt, że potrafi przetrwać skrajne wahania temperatur od - 40 stopni C do + 30 stopni C. W norweskiej kuchni malina nordycka jest pysznym i zdrowym przysmakiem, częstym składnikiem dżemów, soków, lodów, likierów i wina. Jest też podawana z bitą śmietaną jako deser zwany Cloudberry cream. Medycyna naturalna stosuje ją także jako środek przeciwgorączkowy (owoce i liście). Norwedzy umieścili malinę nordycką w herbie gminy Nesseby, a Finowie na monecie 2 euro. Czy wobec tego nie powinnam zwracać się do niej JEJ WYSOKOŚĆ MALINA NORDYCKA ?



Prezentacja kremu odbywa się w ogródku mojej mamy, gdzie maliny są nieodłącznym elementem, podobnie zresztą jak różnego gatunku róże. Moja mama chyba lubi kolce ... Niestety musiałam zadowolić się sesją fotograficzną w otoczeniu naszych polskich pięknych czerwonych malin, bo do tych nordyckich trochę miałam nie po drodze :)
Skupiając się na samym produkcie, jakim jest krem, to na początek przytoczę informacje, jakie znajdujemy na opakowaniu. Udowodniono klinicznie, że unikalna odżywcza formuła kremu współgra z naturalnymi procesami zachodzącymi w skórze i poprawia 3 x poziom jej nawilżenia*. Skóra dłoni staje się miękka i odżywiona dzień po dniu. Lekka, nietłusta konsystencja ma delikatny zapach, szybko się wchłania. Odpowiedni dla skóry wrażliwej. 
*indeks poziomu nawilżenia, 7 godzin po aplikacji.

Skład: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Behenyl Alkohol, Dimethicone, Butyrospermum Parkii Butter, Elaeis Guineennsis Oil, Glyceryl Stearate, Isopropyl Palmitate, PEG-100 Stearate, Rubus Chamaemorus Fruit Extract, Zea Mays Starch, Ethylhexylglycerin, Candelilla Cera, Cetyl Alcohol, Hydrogenated Vegetable Oil, Myristyl Alcohol, Olus Oil, Stearyl Alcohol, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate, Crosspolymer, Chlorphenesin, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum. (27.09.2013)

Pojemność: 75ml
Cena: +/- 12zł


Krem przeznaczony jest do pielęgnacji  przesuszonych dłoni, zdecydowanie poprawia stan ich nawilżenia, ale czy 3-krotnie, no nie wiem ... :) Zatrzymajmy się chwilę przy składzie - główny nawilżacz: gliceryna na drugim miejscu, ale tuż za nią "dumnie" prezentuje się parafina, która w przypadku kremu do rąk aż tak mi nie przeszkadza, no ale trzecie miejsce to w końcu podium :) Kolejny behenylalkohol wygląda źle, ale w praktyce to emolient o wyglądzie woskowatej masy, który w kosmetyce służy jako alkohol tłuszczowy nadający produktowi odpowiednią konsystencję oraz substancja natłuszczająca, wygładzająca, nadająca skórze miękkość, elastyczność i gładkość. Dimethicone to również emolient, który zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody (jest to pośrednie działanie nawilżające), w kosmetyku pełni funkcje emulgatora. A dalej zaczyna się już fajnie: wszechstronne masło shea, przede wszystkim bardzo dobry nawilżacz, olej palmowy, nasza tytułowa malina nordycka, skrobia kukurydziana, wosk z liści mlecza, uwodoroniony olej roślinny, poza tym kilka konserwantów zapewniających trwałość produktu i chroniących go od bakterii i drobnoustrojów. Nie jestem profesjonalistą w zakresie rozszyfrowania INCI, być może się nie znam, ale wydaje mi się, że to stosunkowo "normalny" skład kremu do rąk. Znajdziemy tu kilka fajnych składników pochodzenia roślinnego, a poza tym, słuchajcie, jak ja lubię kosmetyki, które w składzie parfum (substancje zapachowe) mają na ostatnim miejscu !!! Ten fakt w moim mniemaniu ostatecznie broni ten produkt przed konstruktywną co prawda, ale w końcu bądź co bądź ... krytyką :)


Typowa, plastikowa tubka skrywa treściwy krem, który bardzo dobrze i szybko się wchłania i oprócz pozytywnego nawilżenia nie pozostawia na skórze tłustej warstwy, tylko delikatny "film" zapewniający miękkość i gładkość dłoni. Krem jest bardzo wydajny, mała kropka wyciśnięta z tubki wystarcza na pokrycie całej powierzchni skóry dłoni. Zapach produktu również zaskakuje, ponieważ wbrew pozorom krem nie pachnie owocami maliny, ale jej liśćmi już tak - jak dla mnie jest to roślinny zapach, cokolwiek by to nie znaczyło :) Norweska formuła w przypadku tego produktu z całą pewnością się sprawdziła i będę chętnie do niej wracała. Ten krem nie ma nic wspólnego ze swoją siostrą  lub bratem Neutrogeno-wazelina, która nie pamiętam jak się nazywa, bądź co bądź tamten to spłaszczona butelka z pompką. I tutaj wyraźnie widać, że opakowanie to nie wszystko - wydawać się by mogło, że skoro butelka z pompką to pewnie wyższa jakość, nic bardziej mylnego (przynajmniej w moim odczuciu), zawartość zwykłej tubki ze zwykłym korkiem bije na łeb zawartość wygodnej buteleczki z pompką.


Co mogę dodać - jak na prozaiczny produkt przystało jakim krem do rąk, to chyba się trochę rozpisałam :) By the Way - polubiliśmy się, ba ... szukam go chętnie w torebce (często graniczy to z cudem :) też tam macie taki burdel?)  i równie chętnie wcieram w łapki. Jak na krem do rąk to daję mu wysokie noty i jedyne co mogę dla niego zrobić, to go zwyczajnie i po ludzku Wam polecić. Na aktualny sezon jesienny bedzie jak znalazł.

Znacie? lubicie? polecacie? dajcie znać o Waszych faworytach w tej dziedzinie. Aha, co z moim pytaniem? czy macie w domu/pracy/torebce/siłowni/ otwarty tylko jeden krem do pielęgnacji dłoni?

Pozdrawiam ciepło, Aga.

Czytaj dalej »

23 września 2014

ORGANIQUE COCONUT OIL

O oleju kokosowym słyszałam tyle dobrych opinii, że w końcu znalazł zastosowanie i u mnie. Bardzo długo "dojrzewałam" do stanu, w którym uznałam, że dobrze jest być w jego posiadaniu. I nie - nie kupiłam go z własnej, nieprzymuszonej woli - poniekąd - znalazłam go w jednym z pudełek beGlossy, zresztą jak wiele innych bezcennych obecnie dla mnie kosmetyków. A olej kokosowy rzeczywiście jest bezcenny.
Na mojej półce stoi olej kokosowy ORGANIQUE, i chociaż od kilku lat już słyszałam o tej marce, to jednak ten produkt jest - a właściwie był :) - pierwszym i jedynym kosmetykiem marki w moim asortymencie :)
ORGANIQUE to polska marka kosmetyczna, która od 14 lat produkuje naturalne i przyjazne środowisku kosmetyki do pielęgnacji ciała i twarzy i dzisiaj z sukcesem zaopatruje w nie praktycznie całą Europę. Poza tym zbiera nagrody, wyróżnienia i odznaczenia, o czym dumnie jesteśmy informowani w prasie, mediach i ogólnie środkach masowego przekazu.
A wracając do naszego dzisiejszego bohatera to zagościł u mnie na dobre i nic nie wskazuje na to, że się szybko rozstaniemy.


Z opakowania dowiadujemy się, że: "Organiczny olej z Ecocertem otrzymywany poprzez tłoczenie na zimno miąższu świeżych orzechów palmy kokosowej (w Azji nazywanej „drzewem życia”). Zawiera mieszaninę cennych kwasów tłuszczowych, witaminy z grupy B, witaminę C i E oraz kwas foliowy, wapń, fosfor, cynk i żelazo. Ze względu na swój bogaty skład jest nieocenionym eco kosmetykiem do pielęgnacji twarzy, ciała, dłoni, paznokci oraz włosów, rekomendowany również dla cery wrażliwej, skłonnej do podrażnień. Olej doskonale nawilża, regeneruje, koi, zapobiega pierzchnięciu skóry, zmiękcza i spowalnia procesy starzenia. Polecany jest do codziennego stosowania, po kąpieli, opalaniu, również jako baza do odżywczego masażu. Aksamitna konsystencja i naturalny zapach kokosa uprzyjemniają stosowanie kosmetyku." - nic dodać, nic ująć :)

Skład: Cocos Nucifera Oil

Pojemność: 100ml
Cena: 42zł


Najważniejsze cechy i właściwości oleju zostały opisane powyżej, ja chciałbym się skupić na jego szerokim zastosowaniu. Zanim jednak do tego przejdę chciałabym na chwilę zatrzymać przy określeniu, które pojawiło się w opisie oleju powyżej, a mianowicie "Ecocert" - co to takiego?
Ecocert to niezależne, międzynarodowe stowarzyszenie z siedzibą we Francji, które kontroluje jakość kosmetyków ekologicznych, działając przy tym w zakresie ochrony środowiska. Ecocert to najbardziej znana firma zajmująca się przyznawaniem certyfikatów ekologicznych. Aby kosmetyk mógł być certyfikowany przez Ecocert muszą być spełnione określone warunki:
  • znakiem "ekologiczne i biologiczne kosmetyki" mogą być oznakowane produkty, w składzie których znajdziemy przynajmniej 95% surowców pochodzenia naturalnego, które z kolei muszą pochodzić przynajmniej w 95% z upraw biologicznych
  • znakiem "biologiczny kosmetyk" mogą być oznakowane produkty, których surowce naturalne pochodzące z biologicznych upraw stanowią przynajmniej 50%.
Poza tym przy kontroli obydwu tych klas stosowane są dodatkowe kryteria, które w wielkim skrócie przedstawiają się następująco:
  • zakaz stosowania surowców modyfikowanych genetycznie, zarówno pochodzenia roślinnego, jak i zwierzęcego,
  • surowce pochodzenia zwierzęcego muszą pochodzić od zwierząt żywych, np. mleko, miód
  • zabrania się testowania produktu końcowego na zwierzętach
  • zabrania się stosowania syntetycznych substancji zapachowych i barwiących
  • zabrania się stosowania sztucznych tłuszczy, olejów, silikonów, parafiny i innych substancji uzyskiwanych przy destylacji ropy naftowej
  • zabrania się stosowania emulgatorów PEG
  • jako konserwanty zezwala się stosować kwas benzoesowy, kwas mrówkowy, kwas sorbinowy, salicylowy i ich sole, które mają służyć do odkażenia surowców do produkcji kosmetyku, jak i produktu końcowego.


Olej kokosowy to olej roślinny pozyskiwany w 100% z miąższu orzechów palmy kokosowej w wyniku tłoczenia. Orzech kokosowy to jeden z najcenniejszych darów natury i prawdziwa bomba witaminowa - zawiera witaminy B2, B6, C i E oraz kwas foliowy, potas, wapń, magnez, fosfor, żelazo, sód i cynk. Ze względu na sposób otrzymywania wyróżniamy olej rafinowany i nierafinowany. Czym się różnią? Rafinowany produkuje się w wysokich temperaturach i w wielu przypadkach przy użyciu chemicznych rozpuszczalników. Jest bezbarwny, bez zapachu i smaku, wykorzystywany najczęściej w kuchni do smażenia, ma na ogół dłuższy termin do spożycia. Olej nierafinowany pozyskiwany jest natomiast "na zimno", w niskich temperaturach, bez użycia środków chemicznych. Od oleju rafinowanego odróżnimy go po zapachu i smaku - kokosowym zresztą :) Olej z ORGANIQUE to olej nierafinowany.
Olej kokosowy znalazł zastosowanie w kuchni, medycynie i kosmetyce - z wiadomych przyczyn :) ja skupię się na kosmetyce. 
  • Olej posiada silne właściwości nawilżające, z powodzeniem możemy nim zastąpić mleczka, balsamy czy masła, może być stosowany na całe ciało i włosy. Niezastąpiony w przypadku suchej, łuszczącej się lub atopowej skóry. Nie stosowałam na twarz, z prostej przyczyny - nigdy jeszcze nie używałam olejów do twarzy, boję się takiego eksperymentu na mojej mieszanej, w kierunku tłustej i łojotokowej skórze z tendencją do trądziku.
  • Włosy - jeśli jesteście zwolenniczkami blondu, tj. farbowania i rozjaśniania, rozjaśniania i farbowania włosów to z całą pewnością olej ten będzie doceniony jako maseczka do włosów wymagająca spłukania/umycia po jego zastosowaniu włosów, ale również jako wykończenie stylizacji. To jedyny olej chroniący włosy przed utratą protein, wnikający w strukturę włosa i dogłębnie go nawilżający. Nałożony na końcówki włosów zapobiega ich rozdwajaniu.
  • Stosowany na skórę głowy dodatkowo wzmacnia cebulki włosów, zapobiegając tym samym ich wypadaniu. Zwiększa również ukrwienie skóry i (podobno) pomaga w walce z łupieżem - nie mam łupieżu, więc nie wiem jak to do końca z tym bywa.
  • Rewelacyjny jako krem do rąk czy stóp, pełniący również funkcje relaksacyjne. Dłonie posmarowane olejem kokosowym na noc gwarantują relaks do snu, a po przebudzeniu miękkie, gładkie i nawilżone dłonie.
  • Olej kokosowy bardzo dobrze sprawdza się jako produkt do demakijażu oczu, a dokładniej do usunięcia resztek trudno dostępnej maskary na rzęsach. Nie wiem czy Wy też tak macie, ale ja często po demakijażu oczu odczuwam "nalot" przy linii rzęs - smaruję wtedy delikatnie rzęsy olejem kokosowym i absolutnie wszystko znajduje się na waciku kosmetycznym, którym pocieram delikatnie oko.
  • Bardzo dobrze spisuje się jako odżywka do paznokci, pielęgnując tym samym skórki wokół paznokcia. Zauważyłam, że płytka paznokciowa jest wzmocniona, twardsza i nie rozdwaja się (!)

Olej nierafinowany ma zbitą konsystencję białej barwy, w temperaturze pokojowej zachowuje postać stałą, topnieje w temperaturze powyżej 25 stopni C - staje się wówczas ciekły i płynny. Latem, w naszej strefie klimatycznej, najlepiej przechowywać go w lodówce. Olej, który jest kosmetykiem o szerokim zastosowaniu, pełniący z powodzeniem funkcje aromaterapii jest produktem, który otwiera mnie na "olejowanie" i uświadamia, że produkty tego typu to naturalne "umilacze" codziennej pielęgnacji kosmetycznej - pachnie tak, że niebo się uchyla, piękny, słodki, cukierkowy zapach kokosa -wiórki kokosowe to przy tym "mały pikuś" :) Olej kokosowy z ORGANIQUE to mój codzienny must have , służy mi bardzo dobrze, skutecznie i cyklicznie, a fakt, że jest bardzo wydajny przedłuża jego żywot. To na pewno nie jest moje ostatnie opakowanie tego produktu.

Polecam każdemu - bez wyjątku :) Jeśli nie polubicie jako kosmetyk, to zużyjecie do smarowania pieczywa zamiast masła. Przepyszny ... hmm :)

Pozdrawiam, Aga
Czytaj dalej »

17 września 2014

Demakijaż od SEPHORA - Triple action cleansing water & Waterproof eye makeup remover

Nie lubię mocno się malować, jeśli nie wymagają tego okoliczności. A biorąc pod uwagę, że od ponad roku całą swoją uwagę skupiam wyłącznie na opiece nad córeczką i zdecydowaną większość czasu w ciągu dnia przebywam w domu, to powodów do malowania się nie mam zbyt wielu. Właściwie to mój makijaż - jeśli w ogóle można ten niezbyt złożony proces nazwać makijażem - sprowadza się do kremu BB lub CC i maskary, i to nałożonych w pośpiechu najczęściej tuż przed samym wyjściem z domu. No ale to nie zwalnia mnie z obowiązku posiadania "na stanie" płynu micelarnego i tym razem poszłam na całość i zafundowałam sobie płyn sygnowany marką SEPHORA - obok płynu micelarnego na półce stał dwufazowy płyn do demakijażu wodoodpornego makijażu oczu, więc sami rozumiecie ... :)


Zaczynamy od płynu micelarnego Triple action cleansing water to według informacji zawartych na opakowaniu produkt przeznaczony dla każdego rodzaju skóry, nawet wrażliwej. Lubimy go:
- ponieważ jest formułą bez alkoholu i zawiera HydroSenn+™: ultra aktywny czynnik nawilżający, który wygładza skórę i zapewnia jej pełny komfort.
- ponieważ micele, małe "kulki oczyszczające", skutecznie usuwają zanieczyszczenia i makijaż; nie wymaga spłukiwania: jednym gestem usunięty jest makijaż z twarzy i oczu!

Skład: Aqua, PEG-6 Caprylic / Capric Glycerides, Propanediol, PEG-12 Dimethicone, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Sodium Chloride, Phenoxyethanol, Poloxamer 184, Parfum, Tetrasodium Edta, Glycerin, Citric Acid, Panthenol, Zinc Gluconate, Butylene Glycol, Calendula Officinalis Flower Extract, Cassia Angustifolia Seed Poysaccharide, D-Limonene, Linalool, Sodium Hydroxide, Hydroxyethylcellulose, BHT.

Pojemność: 150ml
Cena: 39zł


A co to jest w ogóle ten płyn micelarny i czym różni się od tradycyjnych kosmetyków do zmywania makijażu? Płyn micelarny to produkt zbudowany na bazie niewielkich kuleczek - miceli, które składają się z cząstek wodnych (hydrofilowych) i tłuszczowych (lipofilowych). W zetknięciu ze skórą cząsteczki tłuszczowe łączą się z sebum i resztkami makijażu, a cząsteczki wodne z kurzem i innymi zanieczyszczeniami. Te właściwości sprawiają, że doskonale dają sobie radę z wszelkiego rodzaju zanieczyszczeniami: resztkami podkładu, tuszem do rzęs, cieniem do powiek ale również z nadmiarem sebum, w efekcie czego skóra twarzy jest bardzo dobrze oczyszczona. Poza tym płyn micelarny oprócz właściwości oczyszczających z reguły ma również właściwości pielęgnacyjne. Czy tak jest też w przypadku płynu z SEPHORA? Nie znam się za bardzo na tym, które micele i jak wpływają na efekt końcowy, czyli oczyszczenie, mogę jedynie sprawdzić na własnej skórze czy po prostu działa.


A ten płyn rzeczywiście działa, i chociaż nie zauważyłam jakichś szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, to doceniam, że w składzie znajdziemy:
  • Propanediol - otrzymywany z kukurydzy naturalny konserwant będący nośnikiem substancji aktywnych a przy tym naturalną substancją nawilżającą 
  • Panthenol - substancja głęboko nawilżająca a przy tym łagodząca skórę
  • Kwas cytrynowy - należący do grupy kwasów alfahydroksylowych AHA wykazujący silne działanie złuszczające. Stosowany w odpowiednim stężeniu usuwa przebarwienia i rozjaśnia skórę.
  • Glukonian cynku - substancja regulująca wydzielanie sebum, wykazująca działanie bakteriostatyczne i ściagające
  • Ekstrakt z nagietka lekarskiego - wykazuje działanie przeciwzapalne, działa ściagająco i oczyszcza pory, pielęgnuje skórę szorstką i zniszczoną
  • Wyciąg z nasion Cassia Angustifolia - indyjska roślina, posiadająca silne właściwości nawilżające i wiążące molekuły wody w skórze.
Nie wiem czy to tylko moje wrażenie, być może złudne, ale biorąc pod uwagę te kilka powyższych substancji wybranych z całości składu płynu, to on chyba nie jest do każdego rodzaju skóry. Moim zdaniem płyn ten powinien być skierowany przede wszystkim do skór mieszanych, być może nawet z problemem trądziku, ponieważ obawiam się, że skórę normalną, a już na pewno suchą może dodatkowo i niepotrzebnie wysuszyć. Ewidentnie ja tutaj widzę substancje złuszczające i regulujące wydzielanie sebum. Dodatkowo zapach produktu sugeruje o jego przeznaczeniu - typowy "kwasowy", taki, jakie mają produkty regulujące sebum. Jak dla mnie super, mnie takie właściwości bardzo odpowiadają i są przez skórę mojej twarzy bardzo pożądane, ale czy na pewno przez wszystkich? Patrząc z drugiej strony, wielkimi krokami nadchodzi jesień, więc pewnie niejedna z nas pomyśli o złuszczaniu, więc może i ten micel weźmie pod uwagę.


Należę do osób, które nie traktują płynu micelarnego jako produktu docelowego, który ma doskonale oczyścić twarz z makijażu, traktuję go jako wstęp do właściwego etapu oczyszczenia twarzy, mówiąc kolokwialnie umycia jej najczęściej żelem przy użyciu wody. Dopiero wtedy stwierdzam, że moja buźka jest czysta i przygotowana na dalszy etap pielęgnacji. Więc nie wiem czy moja opinia będzie w takim wydaniu miarodajna dla Was, ale płyn radzi sobie z większością makijażu, ładnie zmywa cienie na powiekach, ze zwykłym tuszem do rzęs też sobie poradzi, ale z wodoodpornym już nie, to samo odnosi się do kreski wodoodpornej. Bardzo dobrze spisuje się podczas porannego oczyszczania skóry z zanieczyszczeń, które pojawiają się nocą - głównie jest to sebum - i właśnie dlatego ośmielam się twierdzić, że to produkt dla skóry mieszanej, trądzikowej. Poza tym dzięki właśnie zawartości substancji złuszczających można potraktować go jako tonik do przemywania twarzy.
Mam tylko jedną małą uwagę. O ile opakowanie jest bardzo gustowne, to już sama pompka nie do końca spełnia swoje zadanie. Przykładając do niej wacik, dziwnym sposobem płyn sączy się po bokach i po prostu marnuje. Może tylko mnie się taka pompka trafiła? ale zdecydowanie coś jest z nią nie tak.
Przechodząc do drugiego produktu, śmiało i bez żadnych zastrzeżeń mogę stwierdzić, że jest on jakoby uzupełnieniem wyżej wymienionego płynu micelarnego, ponieważ jest to płyn dwufazowy do demakijażu wodoodpornego oczu. Jeśli micel nie poradzi sobie z demakijażem oczu, to na pewno ten produkt zrobi to doskonale.


Producent przedstawia go jako: Zaciekły wróg maskary! 
Dwukolorowa formuła:
- usuwa każdy makijaż, nawet wodoodporny, nie pozostawiając tłustego efektu,
- nadaje się nawet do wrażliwych oczu i dla osób noszących soczewki kontaktowe,
- dzięki HydroSenn+™, aktywnemu czynnikowi pochodzenia roślinnego, wygładza skórę i zapewnia jej pełny komfort.

Skład: Aqua, Cyclopentasiloxane, Isohexadecane, Butylene Glycol, Dipolassium Phosphate, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Potassium Phosphate, Sodium Chloride, Maltodextrin, Disodium EDTA, Panthenol, Poloxamer 184, PPG-26-Buteth-26, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Centaurea Cyanus Flower Extract, Hydroxycetyl Hydroyethyl Dimonium Chloride, Cl61570, Cl42090, Apigenin, Oleanolic Acid, Biotinoyl Tripeptide-1, Citric Acid, BHT.

Pojemność: 125ml
Cena: 29zł


Najważniejszą zaletą tego płynu jest to, że zmyje absolutnie każdą maskarę, jaką mam w kolekcji - nawet wodoodporną. Dodatkowo, wcale nie musimy męczyć się i bez żadnego tarcia delikatnej skóry wokół oczu rozpuszczamy kosmetyk,  wystarczy przyłożyć płatek kosmetyczny nasączony płynem i delikatnie usuwamy makijaż. Pod tym względem nie ma sobie równych. Świetnie radzi sobie również z długotrwałymi pomadkami, np. matowymi Bourjois Rouge Edition Velvet w płynie, której pigment potrafi tak mocno "wgryźć się" w usta, że naprawdę cieżko go usunąć - a tutaj rach, ciach, i po krzyku.
Oprócz substancji oczyszczających i typowych konserwantów, znajdziemy w składzie łagodzący pantenol i ekstrakt z kwiatów chabra bławatka, będący źródłem bogatych flawonidów, które spowalniają procesy starzenia się skóry. Zapach płynu zdradza jego delikatność i możliwość stosowania nawet przez osoby z wrażliwymi oczami.
Szata graficzna opakowania utrzymana w tej samej tonacji i stylistyce jak w przypadku płynu micelarnego - przeźroczysta, prostolinijna butelka z czarnym korkiem, na szczęście już bez tej dziwnej pompki. W opakowaniu tego produktu znajdziemy po prostu "dziurkę", z której wyciskamy płyn na wacik - możemy to kontrolować w większym stopniu niż w przypadku micela. Bardzo udane, proste rozwiązanie - i po co się głowić i tworzyć jakieś tam nie wiadomego rodzaju pompki.


Wracając do tego płynu to jak widać na zdjęciach jest dwufazowy, czyli taki, w którym wyraźnie oddzielają się warstwa wodna od tłuszczowej. W tego rodzaju produktach bardzo często można zauważyć, że z biegiem czasu kiedy kosmetyk już używamy, granica ta się zaciera lub - co zdarza się zdecydowanie częściej - warstwy wodnej jest więcej niż tłuszczowej lub odwrotnie. W przypadku płynu z SEPHORA takie zjawiska nie mają miejsca. Zanim zdecydujemy się użyć płynu musimy go energicznie wstrząsnąć, tak, aby warstwy się ze sobą połączyły i stanowiły jednolity kosmetyk. Cała "magia" tego płynu polega na tym, że jeśli go odstawimy po użyciu to w stanie spoczynku płyn wraca do pierwotnej wersji, a warstwy wodna i tłuszczowa są identycznej pojemności.
Reasumując, płyn jest rewelacyjny, zmywa wszystko, delikatny, nie podrażnia, nie uczula i nie pozostawia po sobie tłustego filmu na skórze, jak to potrafią zrobić produkty tego typu. Tutaj co prawda również mamy do czynienia z tłustym filmem podczas jego stosowania, ale bardzo szybko ulatnia się on i pozostawia po sobie nawilżenie okolic oczu.


Obydwa produkty bardzo przypadły mi do gustu. I jak słusznie pewnie zauważyłyście, to są to tylko produkty do demakijażu, i jak na takowe przystało, to nie grzeszą jakąś racjonalną ceną - czy wobec tego ich tańsze odpowiedniki, których z całą pewnością występuje mnóstwo na naszym rynku nie zrobią tego samego? Pewnie tak, chociaż dwufazowy płyn zdecydowanie przewyższa jakościowo płyny z niższej półki cenowej. Dla pocieszenia i przypomnienia stacjonarna SEPHORA przynajmniej dwa razy w roku robi promocję dla swojej marki -40%, więc wtedy możemy sobie pozwolić w większym stopniu na taki wydatek. Nie zapominajcie też, że od pewnego czasu dostępny jest również sklep internetowy TUTAJ KLIK, gdzie dużo częściej możemy znaleźć promocje na te i inne kosmetyki SEPHORA.
Zbliżają się chłodniejsze dni, a po lecie nasza skóra jest przesuszona, więc warto również zaopatrzyć się w dobry krem nawilżający, np. SEPHORA, o którym pisałam już recenzję TUTAJ KLIK.

To chyba wszystko co miałam Wam do przekazania przy okazji tych produktów. Jeśli macie pytania to zapraszam do dyskusji.
Pozdrawiam, Aga.

Czytaj dalej »

15 września 2014

AVON foot works CHERRY ICE - gama produktów do pielęgnacji stóp w wiśniowej odsłonie

Po koniec lipca w moje ręce wpadły kosmetyki do pielęgnacji stóp firmy o dość ugruntowanej pozycji na polskim rynku, jaką jest AVON. O produktach tej marki pisałam już niejednokrotnie, jestem z nią zawiązana od wielu lat i przyznaję szczerze i otwarcie, że AVON w swojej gamie produkcyjnej ma wiele kosmetyków zarówno pielęgnacyjnych jak i makijażowych, które są bardzo udane i które mogę z czystym sumieniem polecić. AVON foot works to kosmetyki z dziedziny pielęgnacji stóp i dzisiaj właśnie o nich będzie mowa. Z satysfakcją donoszę, iż mnie osobiście najbardziej przypadła do gustu lawendowa odsłona tych produktów, ale latem pokazały się w odświeżonej wersji wiśniowe ich odpowiedniki. I kolejno w mojej kosmetyczce znalazły się: nawilżający krem do stóp Wiśniowa Świeżość, peeling do stóp Wiśniowa Świeżość i chłodzący spray do stóp tej samej serii.



Zacznijmy od klasyki gatunku, czyli najbardziej popularnym produkcie do pielęgnacji stóp - od kremu. Z opakowania dowiadujemy się jedynie, że jest to: Nawilżający krem do stóp Wiśniowa Świeżość.
Sposób użycia: Delikatnie wmasować w umyte i osuszone stopy aż do całkowitego wchłonięcia.
UWAGA: Chronić przed dziećmi. Unikać kontaktu z oczami. I to by było na tyle :)

Skład produktu jest za to dokładnie sprecyzowany i wygląda tak: Aqua, Glycerin, Paraffinum Liquidum, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, Dimethicone, PEG-100 Stearate, Parfum, Petrolatum, Phenoxyethanol, Cetyl Alcohol, Methylparaben, Carbomer, Potassium Hydroxide, Acrylates / C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Disodium EDTA, Caramel, Alcohol Denat, Prunus Serotina (Wild Cherry) Fruit Extract, Tocopherol, Cl 17200, Cinnamyl Alcohol, Coumarin, Butylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Alpha - Isomethyl Ionone.

Pojemność: 75ml
Cena regularna: 13zł


Dziwny produkt. Zacznę może od tego, że jego konsystencja w niczym nie przypomina kremu - to bardziej lotion, ale z tych ciekłych. Właściwie to wylewa się z tubki bez naciskania, więc jeśli nie będziemy go trzymać "do góry nogami" to będzie go wszędzie pełno. Po wylaniu na dłoń przelewa się między palcami i często sprawia to trudności przy aplikacji.
Zapach produktu rzeczywiście jest wiśniowy, ale zdecydowanie chemiczny. Gdzieś tam pod koniec składu znajduje się co prawda wyciąg z suszonych owoców dzikiej wiśni, ale myślę, że to nie on sprawia o zapachu, a będące gdzieś w pierwszej połowie substancje zapachowe. Jeśli jesteśmy już przy składzie to zatrzymajmy się na chwilę, bo jest tam tyle, że aż strach: parafina, alkohol, PEG-i, parabeny ... i OK, jest kilka substancji na ogół występujących w produktach do pielęgnacji stóp, ale w całości jakoś to nie wypada zbyt dobrze. Nie jestem jakąś szczególną fanką w 100% naturalnych składów, nie boję się parafiny, PEG-ów itd., jestem w stanie zaakceptować wiele, ale w sytuacji kiedy produkt działa i spełnia swoje zadanie. Tutaj mamy do czynienia z kremem nawilżającym, który nie nawilża, a jeśli już to robi to bardzo powierzchownie.
Właściwie jedynym plusem, który ja zaobserwowałam to fakt, że bardzo szybko się wchłania w stopy i nie pozostawia po sobie tłustej warstwy - w sezonie letnim to duży plus, ale w miesiącach zimniejszych - a takich w naszej strefie klimatycznej mamy niestety więcej - produkt jest totalnie bezużyteczny.


I to by było na tyle w kwestii kremu - przechodzimy do peelingu, który również nie obfituje w informacje o sobie na opakowaniu. Peeling do stóp Wiśniowa Świeżość.
Sposób użycia: Wmasować w stopy, zwracając szczególną uwagę na przesuszone partie skóry. Dokładnie spłukać.

Skład: Aqua, Polyethylene, Glycerin, PEG-40 Hedrygenated Castor Oil, Carbomer, Parfum, Phenoxyethanol, Methylparaben, Potassium Hydroxide, Disodium EDTA, Caramel, Alkohol Denat, Prunus Serotina (Wild Cherry) Fruit Extract, Cl 17200, Linalool, Hexyl Cinnamal, Limonene.

Pojemność: 75ml
Cena regularna: 13zł


Mam wrażenie, że skład peelingu to po prostu "okrojony" skład kremu - przecież widnieją w nim identyczne substancje, tylko jest ich stosunkowo mniej. No dobra, pomińmy skład :)
Wizualnie opakowanie nie różni się niczym innym od poprzednika, jak tylko małym napisem "scrub" zamiast "lotion". Są identycznie zaprojektowane w każdym detalu, identyczne nadrukowane stopy, wisienki, identyczna pojemność, identyczne przeźroczyste nakrętki, identyczny zapach.
I o ile kolor kremu był lekko różowy, to w przypadku peelingu mamy do czynienia w typowym wiśniowym kolorem. Konsystencja produktu jest żelowa, trochę galaretkowata, transparentna i jak na peeling to niestety również za rzadka. Poza tym drobinki w nim zawarte są tak drobniutkie i jest ich tak mało, że efekt peelingu jest naprawdę znikomy. Nie radzi sobie totalnie ze skórą pięt, a nawet niewielkimi zgrubieniami. Drobinki peelingujące słabo ścierają naskórek, co ja mówię ... jakie ścierają, właściwie to nie robią nic poza delikatnym masażem. Nie widzę powodów, dla których miałabym cokolwiek dodawać o tym produkcie - dla mnie jest taki ... nijaki.


I ostatni z rodzinki Wiśniowej Świeżości, może tu będzie trochę lepiej ... - nie będzie :(
Chłodzący spray do stóp obfituje w informację tylko o sposobie użycia - cytuję dosłownie: Spryskać stopy. Pozostawić do wyschnięcia. Nic dodać, nic ująć :)

Skład: Alcohol Denat, C12-15 Alkyl Benzoate, Parfum, Peg-6, Triclosan, Aqua, Prunus Serotina Fruit Extract, Cinnamyl Alcohol, Coumarin, Buthylphenyl Methylpropional, Linalool, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Alpha-Isomethyl Ionone.

Pojemność: 100ml
Cena regularna: 17zł



 
No tutaj to już jest pojechane po całości. Ze spray'em pożegnałam się najszybciej, właściwie po kilku psiknięciach pierwszej i ostatniej aplikacji go na stopy. Jego zapach to czysty alkohol, i gdybym ośmieliła się psiknąć go sobie w okolicach twarzy, to chodziłabym chyba pijana. Ja tu nawet sztucznych wiśni nie czuję. No niby jest wyczuwalny jakiś aromat wiśniowy, ale tak jak w przypadku jakiejś farby do malowania. Właściwie to nie powinnam się temu zjawiskowi dziwić, skoro na pierwszym miejscu w składzie jest alkohol, a pozostałe składniki są po prostu na nim oparte. Alkohol ma silne właściwości drażniące i wysuszające, więc gdzie tu mowa o nawilżaniu czy odświeżaniu. Nie jestem w stanie wydobyć z tego produktu żadnego pozytywu - no może jedynie wpadające w oko różowe opakowanie :)


No właśnie, tak to już z tym AVON-em jest, że albo trafimy na świetne kosmetyki, albo na buble. W przypadku tej serii niestety pozytywnie nie można się wypowiedzieć. No kurcze, tak schrzanić renomę foot works? Przecież produkty z tą rozpoznawalną stopą można było kupować w ciemno. Seria z lawendą czy z minerałami z morza martwego to zupełnie inne produkty, a może nie jestem na bieżąco? może też się tak "opuściły" w jakości? Nie tylko ja, ale i moja mama czy ciocie były zadowolone w tych produktów, więc co stało się tym wisienkowym? Mam nadzieję, że to jakaś seria, gama czy edycja limitowana i nie będzie kusiła potencjalnych nabywców :)

Ja tych produktów nie polecam,
Pozdrawiam ciepło, Aga
Czytaj dalej »

Kojąca maseczka nawilżająca LA ROCHE POSAY HYDRAPHASE INTENSE MASK

Po wielu latach mniej lub bardziej udanych eksperymentów pielęgnacyjnych problematycznej, mieszanej w kierunku tłustej, trądzikowej, łojotokowej, delikatnej i wrażliwej skóry twarzy (uff, trochę się tego nazbierało...) stwierdzam, że znalezienie ulubionej nawilżającej maseczki do twarzy graniczy chyba z cudem. Kiedy jesteśmy już wręcz pewni, że właśnie ją znalazłyśmy, to znienacka wyskakuje jak przysłowiowy "Filip z konopi" kolejna NOWOŚĆ, która wydaje się być jeszcze lepsza. W przypadku maseczki, z którą dzisiaj do Was przychodzę było podobnie. Podobnie, ponieważ poznałyśmy się jakieś pół roku temu i od tamtego momentu nie ma sobie równych jeśli chodzi o nawilżenie - nawilżenie dogłębne, a nie tylko powierzchowne, złudne i na krótką metę.
Kojąca maseczka nawilżająca z La Roche Posay HYDRAPHASE to produkt, który ma stałe miejsce w mojej łazience.


Maseczka posiada wodę termalną z La Roche-Posay, a przeznaczona jest do odwodnionej skóry twarzy. Głęboko nawilża skórę, przywracając jej komfort i elastyczność. Zapewnia intensywne nawilżenie skóry dzięki połączeniu gliceryny, hialuronianu sodu wiążącego wodę w naskórku, masła karite, witaminy E. Dodatkowo Producent zapewnia, że: Maseczka Hydraphase pozostawia skórę nawilżoną i nadaje jej uczucie wyjątkowego komfortu. Sprawia, że skóra odzyskuje miękkość i elastyczność.

Sposób użycia: Rozprowadzić aksamitny, kremowy, świeży żel grubą warstwą na twarz i szyję. Pozostawić na 10 minut. Usunąć nadmiar. Do stosowania zewnętrznego, omijać okolice oczu.

Skład: Aqua, Glycerin, Dimethicone, Alcohol Denat, Butyrospermum Parkii Butter / Shea Butter, Glyceryl Stearate, Paraffinum Liquidum / Mineral Oil, Cetyl Alcohol, PEG 100 Stearate, Nylon-12, Polysorbate 60, Carbomer, Triethanolamine, Domethiconol, Sodium Hyaluronate, Disodium EDTA, Hydrolyzed Hyaluronic Acid, Caprylyl Glycol, Xanthan Gum, Tocopheryl Acetate, Cl 42090 / Blue 1, Parfum.

Pojemność: 2 x 6 ml
Cena: 10,90 zł



W chwili obecnej jest to jedyna pozycja wśród maseczek nawilżających, a obecnie na rynku mamy takowych dość sporo, po nałożeniu której efekt nawilżenia utrzymuje się u mnie stosunkowo długo, ponieważ kilka dni. Zastanawiam się na czym ten fenomen polega, ponieważ patrząc na skład to nie do końca musimy być zadowoleni - szczególnie Ci, którzy "krzywo" patrzą, nie lubią, bądź w uzasadnionym przypadku nie mogą lub po prostu nie chcą stosować parafiny. Parafina w tym produkcie bowiem występuje na siódmym miejscu, ale dla pocieszenia przed nią mamy dogłębnie nawilżającą glicerynę czy doskonałe i bardzo lubiane przez wielu masło shea. Ponadto maseczka zawiera substancję o wdzięcznej nazwie Dimethicone, który jest tzw. emolientem suchym, niekomedogennym, nie powodującym powstawania zaskórników. I to chyba jest odpowiedź na dogłębne nawilżanie, jakie maseczka nam funduje - te kilka składników robi to, co ma robić :) Kwas hialuronowy i witamina E, które również są tutaj obecne, dodatkowo potęgują efekt nawilżenia.
Nie podoba mi się zawarty w produkcie alkohol - i to już na czwartym miejscu - ponieważ ten, akurat w moim przypadku może bardziej podrażniać niż parafina. Alkohol jest substancją silnie drażniącą i ogólnie kosmetyki z jego zawartością nie są jakoś szczególnie polecane dla skóry trądzikowej ponieważ może wywoływać dodatkowe uczucie pieczenia i podrażnienia. Alkohol jest konserwantem, pełni również funkcję promotora przenikania i rozpuszczalnika dla innych substancji. Według mnie jego działanie zależy od całej receptury kosmetyku, mówiąc kolokwialnie od całej reszty składników. W każdym bądź razie według moich doświadczeń zawartość alkoholu w tym produkcje jakoś szczególnie mi nie przeszkadza, nie widzę podrażnienia na mojej skórze, więc ośmielę się stwierdzić, że użyty jest w małej ilości i służy "zabezpieczeniu" kosmetyku przez drobnoustrojami.



Dlaczego wobec tego tak bardzo ją lubię? Otóż dlatego, że jest to maseczka, która nie natłuszcza, a nawilża moją skórę. Nie pozostawia absolutnie żadnego tłustego filmu na twarzy, bardzo mocno ją wygładza i lekko napina. Substancje aktywne w niej zawarte mocno przenikają do struktury skóry i dogłębnie ją nawilżają. Maska bardzo szybko się wchłania, moja skóra wręcz ją "pije", ale w takiej ilości, jakiej potrzebuje - zauważyłam, że czasem maska ulega większemu wchłonięciu, innym razem pozostaje jej więcej na powierzchni skóry. Sprytna, co?
Zgodzę się z Producentem, że konsystencja maseczki jest kremowo-żelowa, aksamitna i o świeżym zapachu. 10-minutowy rytuał jej stosowania jest bardzo przyjemny i komfortowy, a efekt moim zdaniem spektakularny. Buzia jest miła, gładka, przyjemna w dotyku, nawilżona, elastyczna, lekko napięta i bardzo dobrze przygotowana do pozostałych czynności pielęgnacyjnych.
Maseczka bardzo dobrze sprawdza w ramach aktualnie obowiązującej mnie kuracji dermatologicznej. Potrafi ukoić naprawdę niezłe zamieszanie na mojej buzi :) Robi to co powinna i o czym zapewnia nas Producent: dogłębnie nawilża, w chwili obecnej nie wiedzę jej sobie równiej :)


Biorąc pod uwagę jej koszt, to nie jest najtańsza, ale biorąc pod uwagę efekt, jaki w zamian otrzymujemy - dla mnie osobiście jest warta każdej złotówki. Można ją kupić w każdej aptece, w której dostępne są dermokosmetyki La Roche-Posay - w Super Pharm widuję ją zawsze. Jeśli uważacie, że możecie poświęcić 10zł na maseczkę, to zróbcie to - wydaje mi się, że Was nie zawiedzie.

Co myślicie o tym produkcie? znacie? lubicie?

Pozdrawiam, Aga.
Czytaj dalej »

13 września 2014

Chwalę się :) II miejsce w konkursie SUNBRELLA na wakacjach

Dzisiaj bardzo króciutko ... właściwie to chcę się pochwalić, że zajęłam II miejsce w konkursie ogłoszonym przez DERMEDIC na Facebook'u na początku wakacji. Zasady były proste, należało zrobić zdjęcie z wakacji któregokolwiek kosmetyku bądź piłki z logo SUNBRELLA dołączanej do zakupów dermokosmetyków DERMEDIC i wysłać do organizatora konkursu.

Niedawno pisałam Wam o mojej wakacyjnej kosmetyczce, którą zabrałam ze sobą nad Bałtyk, a konkretnie do Mielna - dla nowych czytelników lub "gapowiczów" zostawiam link TUTAJ KLIK. Jako, że ostatnio często sięgam po dermokosmetyki marki DERMEDIC, to oczywiście nie mogło ich zabraknąć na wyjeździe. Z racji tego postanowiłam zrobić kilka fotek poglądowych i wysłać na konkurs - mój mąż stwierdził wówczas, że zwariowałam do reszty ;) ale jakież było jego zdziwienie, kiedy pokazałam mu wyniki konkursu :)

Zdjęcia, które wysłałam na konkurs:





Jakże jestem dumna, że zdjęcie pierwsze zajęło II miejsce w konkursie :)
Były również wyróżnienia - na wyróżnienie według organizatora zasłużyło czwarte zdjęcie, na którym mleczko ochronne SUNBRELLA opala się w towarzystwie swoich wiernych przyjaciół :)

Skoro kosmetyki te jechały ze mną samochodem kilkaset kilometrów, to chyba nie muszę jakoś szczególnie do nich przekonywać. Polecam je każdemu, bo to dermokosmetyki naprawdę w dobrej cenie. Pisałam już o nich na blogu, dla przypomnienia TUTAJ KLIK i TUTAJ KLIK :)

No ale skoro był konkurs, to musiały być i nagrody :) Kilka dni temu do moich drzwi zapukał kurier, który doręczył mi paczuszkę z taką oto zawartością:
  1. Kremowy żel do mycia skóry suchej DERMEDIC z serii HYDRAIN3 - produkt pełnowymiarowy
  2. Koncentrat balsamu nawadniający skórę DERMEDIC z serii HYDRAIN3 - produkt pełnowymiarowy
  3. Regenerujący krem do rąk DERMEDIC z serii LINUM EMOLIENT - produkt demonstracyjny (tak się fajnie składa, że kilka dni temu kupiłam w Super Pharm pełnowymiarowy produkt tego kremu - był w promocji :)
  4. kilka jednorazowych saszetek produktów DERMEDIC
  5. katalog produktów DERMEDIC

Na zdjęciu powyżej widać już zbliżającą się wielkimi krokami jesień, więc bardzo przyda mi się koncentrat balsamu nawadniającego skórę - po lecie jak znalazł. Kremowy żel do mycia twarzy również ma wiele pozytywnych opinii, z przyjemnością go zużyję, a krem do rąk pozostawiam na zimę.

Udział w konkursie to była dla mnie prawdziwa frajda i swego rodzaju zabawa. Jestem dumna, że moje zdjęcia zostały wyróżnione i opublikowane na Fun Pag'u DERMEDIC i tym samym gratuluję pozostałym zwycięzcom.

Pozdrawiam weekendowo, AGA.

Ps. znacie już www.najlepszyplynmicelarny.pl.
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger