15 lutego 2017

Zapach soczystego jabłka czy słodkiej gruszki??? | Balade en Provence

Zanim odpowiem na pytanie zawarte w tytule, które jest nieodłącznym elementem prezentowanych przeze mnie w tym wpisie kosmetyków, pozwolę sobie na trochę oderwany od tematyki urodowej wstęp.
Byłaś kiedyś na Lazurowym Wybrzeżu? Ja byłam dwukrotnie, i nie mam tutaj na myśli zorganizowanej wycieczki typowo wypoczynkowej przez biuro podróży, choć przyznaję, że wypoczynek na plażach Nice, Cannes czy Monako jest niezwykle urokliwy. Niezmiernie miło wspominam podróże po Europie własnym środkiem transportu - samochodem, najdalej dotarliśmy na południe Hiszpanii. Takie podróże dają wolność i całkowicie własną interpretację przebywanej trasy. Możesz zatrzymać się gdzie tylko chcesz, możesz zwiedzić po drodze to co tylko zechcesz, nie spóźnisz się na autobus, pociąg, samolot. Zabierasz przewodnik i ...  jedziesz. Dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że na opakowaniach prezentowanych przeze mnie kosmetyków znalazłam informację, że ich zapachy powstały w słynnym laboratorium perfumeryjnym w Grasse. 

Balade en Provence

Grasse to miejscowość we Francji w rejonie Lazurowego Wybrzeża i stolica perfum nie tylko tego rejonu, niejednokrotnie uznawane jest za światową stolicę perfum. Poza klasyfikacją terytorialną to centrum produkcji naturalnych aromatów słynące na całym świecie ze swojego przemysłu perfumeryjnego - to właśnie tam znajdują się najsłynniejsze wytwórnie perfum kreujące kompozycje zapachowe najbardziej znanych kosmetyków. I choć tradycje tych wytwórni sięgają XVIII wieku to działają po dziś dzień i w każdej z nich znajduje się muzeum oraz salon sprzedaży, gdzie można kupić produkowane tradycyjnymi metodami wyroby perfumeryjne. A ja choć byłam tak blisko, to nie wiedziałam wówczas o tym i nie odwiedziłam tego miejsca (a to tylko 60 km od Nice - dla kogoś, kto nie jest zależny od komunikacji lokalnej to trasa do łatwego przebycia). Podobno zapach perfum unosi się w Grasse wszędzie...

krem do rąk
pielęgnacja dłoni

Nie, to nie jest wpis o perfumach :) To tylko kremy do rąk, albo aż do rąk - zima nie odpuszcza i dobry krem na wagę złota. Jeśli miałabym określić jakich kosmetyków pielęgnacyjnych mam najwięcej, to byłyby to właśnie kremy do rąk: stoją w kuchni, salonie, sypialni, na biurku przy komputerze i oczywiście w torebce. Rzadko wracam do tych samych, a kremy do rąk Balade en Provence znalazłam w internetowym asortymencie perfumerii Douglas. Na pierwszy rzut oka zwróciłam oczywiście uwagę na opakowania wzorowane na owocach jabłka i gruszki. Swoją drogą, to myślałam, że są "zarezerwowane" dla rynku azjatyckiego, bo tylko tamtejsze kosmetyki widywałam w uroczych opakowaniach niczym najsłodsze owoce, ale wydaje mi się, że będziemy je spotykać coraz częściej.

Balade en Provence
krem do rąk

Dobry krem do rąk - dla mnie - to krem posiadający bogatą formułę, dającą długotrwałe nie tylko nawilżenie skóry dłoni, ale również i regenerację. Zimą nie interesują mnie kremy do rąk, które natychmiast się wchłaniają i choć dają nawilżenie skórze, to szybko okazuje się, że to za mało. W tym miejscu przyznam się również, że nie do końca lubię wkładać rękawiczki... Jeśli występują mocno minusowe temperatury to oczywiście z nich korzystam, ale nie spotkasz mnie w nich w granicach temperatur zerowych. Podobnie z czapką - nie lubię :/ 
Zapewne zauważyłaś już powyżej, że kremy do rąk Balade en Provence posiadają bogatą formułę, z łatwością się jednak aplikują. W ich składzie znajdziesz 92% składników pochodzenia naturalnego i aż 20% masła shea, a dodatkowo olej ze słodkich migdałów, glicerynę i witaminę E - to produkty wegańskie pozbawione parabenów i barwników. Składy obydwu tych kremów są identyczne, różnią się jednak zapachem zawartym w związkach zapachowych (parfum). I jak zapewne się domyślasz, te zapachy są niepowtarzalne, z niebywałą dokładnością odwzorowane. Zapach soczystych, dojrzałych w słońcu jabłek oraz słodkich gruszek jest taki, jakie są moje wyobrażenia o tego typu naturalnych zapachach. Oczywiście weź poprawkę na to, że to są zapachy perfumowane, z mojego jednak punktu widzenia są doskonałe. 
Pomimo, że na opakowaniu zamieszczona jest informacja, że krem natychmiast się wchłania, to jednak z mojej strony tak nie jest. Nie znaczy to oczywiście, że po aplikacji kremu nie możesz wziąć do ręki np. szklanki w obawie, że jej nie zdołasz utrzymać. Spokojnie - warstwa, która pozostaje nie powinna przeszkadzać Ci w codziennych obowiązkach, ponieważ to nie jest tłusty film, a raczej aksamitna warstwa zabezpieczająca skórę. Nawilżenie skóry w tym przypadku jest długotrwałe, podobnie zresztą jak i zapach, który w miarę upływu czasu traci na intensywności, ale jednak pozostaje na dłoniach aż do kolejnego ich mycia.     

pielęgnacja dłoni

Kremy te zaspokajają moje oczekiwania względem tego typu produktów i potrzeby mojej skóry w całości. Wyróżniają się na tle innych i zapadają w pamięci. Z racji tego, że zdecydowanie więcej spożywam jabłek, to wersja o zapachu soczystego jabłka bardziej do mnie przemawia pod kątem zapachowych, nie zmienia to jednak faktu, że gruszkę też w całości wysmaruję :)

Jeśli zatem od kremu do rąk oczekujesz długotrwałego nawilżenia, regeneracji i odżywienia, to już wiesz gdzie je szukać - polecam! I w tym przypadku moim zdaniem zapach ma ogromne znaczenie.

A Grasse? Z pewnością kiedyś odwiedzę!

Jakiego kremu do rąk aktualnie używasz? Zapach kosmetyku ma dla Ciebie duże znaczenie czy raczej stawiasz tylko na działanie?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

7 lutego 2017

Nowości na mojej półce | luty 2016

Skoro były zużycia kosmetyczne, to teraz pora na nowości na mojej półce. Kosmetyki, które dzisiaj prezentuję pojawiły się u mnie na przestrzeni ostatnich dwóch miesięcy i większość z nich już używam. Żaden z poniższych produktów nie został mi przekazany w ramach blogowej współpracy, ale są tutaj również i upominki od najbliższych - styczeń to czas zarówno moich urodzin jak i imienin, więc oprócz kwiatów były i prezenty.  

nowość
Tony Moly

Tomatox Magic Massage to maseczka Tony Moly, którą upolowałam w perfumerii Sephora. Jak sugeruje opakowanie w kształcie pomidora maska zawiera naturalne ekstrakty z pomidora a producent obiecuje "błyskawiczny blask" w postaci promiennej, wypełnionej, zrewitalizowanej i oczyszczonej skóry jednym gestem. Wydaje mi się, że to trochę za dużo obietnic jak na jeden produkt, ale maseczka podoba mi się, choć użyłam jej dopiero dwa razy. Z pewnością poświęcę jej na blogu odrębny wpis w towarzystwie kolegi jabłka, czyli kremowego peelingu z naturalną glinką.

Peter Thomas Ruth

Kolejne dwie maseczki Peter Thomas Ruth to przemiły prezent od przyjaciółki. Nie ukrywam, że sprawiła mi wielką niespodziankę, ponieważ bardzo chciałam je poznać. Przyznam szczerze, że jeszcze nie korzystałam z nich, ponieważ widoczne przez opakowanie żelowe formuły z pewnością będą do mnie bardziej przemawiały w ciepłe miesiące - myślę, że dobrym pomysłem będzie ich aplikacja prosto lodówki :) Widuję je również w Sephorze, przynajmniej stacjonarnie, ponieważ obecnie w sklepie internetowych nie widzę ich. Miałaś? daj znać jak się spisały :)
 
Nuxe

I znowu maseczki, ale w płachcie i w ich przypadku to mój zakup. Maska Nuxe z serii Splendieuse ma za zadnie redukować przebarwienia i zapobiegać powstawaniu nowych. W opakowaniu dostępnych jest 6 sztuk i znając markę Nuxe to podejrzewam, że będą świetne. Dostępne m.in. w Sephora. 

Dior

Nowości makijażowe otwierają kosmetyki Dior: podkład Diorskin Forever, który powalił mnie na kolana. Jest po prostu genialny i wart każdej wydanej na niego złotówki. Wielokrotnie czytałam pozytywne opinie wprost wygłaszane na jego temat i pozostaje mi tylko je potwierdzić. Podkład jest dobrze kryjący, długo i bez zarzutów utrzymuje się na skórze, nie podkreśla porów, cera wygląda gładko i promiennie. Podkład daje matowe a przy tym aksamitne wykończenie, doskonale rozprowadza się na powierzchni skóry i zapewnia krycie na dużym poziomie nie powodując efektu maski. I tak to właśnie bywa w przypadku podkładów, kiedy poznajesz nowy, szybko okazuje się, że to właśnie on jest najlepszy. Czy trafię na bardziej doskonałe? Nie wiem :) Póki co to ON jest dla mnie numerem 1.
Mam przyjemność poznać również kultową maskarę Diorshow Iconic Overcurl, której specjalnie zakrzywiona szczoteczka pogrubia, wydłużą i podkręca rzęsy. Bardzo mi się podoba wizualny efekt, który uzyskuję tą maskarą, przekonuje mnie również zawartość składników pielęgnujących rzęsy. Maskarę otrzymałam w prezencie wraz z miniaturową wersją paletki cieni do powiek i ... naprawdę jest miniaturowa, kiedy zobaczyłam ją po raz pierwszy to zastanawiałam się jak oni w jej wnętrzu zmieścili aż 5 cieni - jeszcze ich nie używałam, ale podejrzewam, że na wyjazd będą rewelacyjne, przede wszystkim ze względu właśnie na ich rozmiar. To dokładnie miniaturowa wersja palety cieni 5 Couleurs Kingdom of Colors.
 
Marc Jacobs

A to było dla mnie ogromne zaskoczenie, przede wszystkim ze względu na rozmiar tego modelująco-rozświetlającego pudru od Marc'a Jacobs'a - jest ogromny (w porównaniu np. do trio Smashbox). To naprawdę duży dysk ze świetnym jakościowo dużym lusterkiem. Fajny produkt do modelowania twarzy, ale podobnie jak w przypadku palety Smashbox, nie spodziewaj się mega rozświetlającej tafli na kościach policzkowych muśniętych tym właśnie pudrem rozświetlającym. Posiadam wersję w odcieniu Mirage, czyli pośrednią.

Clarins

Kosmetyki Clarins przemawiały do mnie od dawna, a właściwie z całej oferty znałam dotychczas tylko koncentrat brązujący w kropelkach - swoją drogą genialny! Tym razem w moje posiadanie trafił jeden z trzech dostępnych koncentratów typu Booster - Detox. To detoksykujący koncentrat dla skóry zanieczyszczonej toksynami z powodu złej diety, po nocnej imprezie, czy na skutek przebywania w zadymionej atmosferze. Panujący i utrzymujący się ostatnio smog w powietrzu również mogę tutaj przytoczyć. Dozujemy kroplę do kremu i wraz z nim aplikujemy na skórę, w ten sposób możemy wspomóc każdą pielęgnację w kierunku oczyszczenia skóry.
Z kolei podkład Clarins Ever Matte jest naprawdę mat! Na tyle mat, że w aktualnych minusowych warunkach nie jest dla mnie odpowiedni, ale myślę, że będzie wybawcą latem, kiedy z mojej cery większość podkładów spływa.
Bardzo podoba mi się żel złuszczający, skóra jest po nim super gładka i z przyjemnością skuszę się na pełnowymiarową wersję tego produktu.

Burberry

Nowy zapach - Burberry BRIT Rhythm. Mocno kwiatowy, trochę pudrowy, trochę słodki, myślę, że częściej będę po niego sięgała, kiedy powitamy już wiosnę :)
 
Bandi

Pielęgnacyjny zestaw Bandi nie jest dla mnie zdecydowanie nowością, ponieważ korzystam z tych produktów od początku grudnia ubiegłego roku, ale nie miały jeszcze oficjalnej prezentacji, która im się należy. Na temat kosmetyków tego zestawu napiszę odrębny wpis, ponieważ to właśnie na nich postawiłam moją zimową kurację złuszczającą. I jak to bywa w przypadku zestawów, ma ona swoje ogromne plusy, ale również ... może nie wady, ale kwestie, które ja bym chyba chciała widzieć inaczej. Niekwestionowaną gwiazdą tego zestawu jest krem o właściwościach złuszczających z kwasami pirogronowym, azelainowym i salicylowym. Cały zestaw dostępny w sklepie internetowym producenta oceniam na duży plus, ale jest w nim coś, co bym zmieniła. Szczegóły soon
   
GlamBrush

Na zakończenie trzy nowe pędzle i gąbeczka do aplikacji podkładu. Gąbeczki jeszcze nie używałam, ale to tylko dlatego, że odkąd mam pędzel z nowej kolekcji GlamBrush T23 żadnym innym akcesorium nie nakładam podkładu. Jednym słowem - idealny! Początkowo trochę obawiałam się tego grubego trzonka, ale bardzo szybko go opanowałam i codziennie po niego sięgam. Idealnie rozprowadza każdy podkład, nie tworzy smug, plam i czyni to niezwykle sprawnie i szybko - już dawno żaden pędzel do makijażu nie zrobił na mnie tak piorunującego pozytywnego wrażenia. Gąbeczka zatem GlamBrush poczeka, ale rzadko o niej czytam negatywne opinie.
Dwa pędzle po prawej MAX STUDIO znalazłam w TKMaxie - są OK, zdecydowanie lepiej mi się pracuje na pędzlach z włosiem syntetycznym niż naturalnym.

Zachęcam do obserwowania mojego profilu na Instagramie, ponieważ to tam z reguły pokazuję nowości kosmetyczne, które się u mnie pojawiają :)

Nasz produkty, które pokazałam?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :) 
Czytaj dalej »

5 lutego 2017

Zużyłam + mini recenzje | luty 2017

Na blogu ostatnimi czasy wiatr wieje wrzesz i wzdłuż, rzadko publikuję wpisy ale nie zamierzam też usuwać się z blogosfery. Wierzę, że nadejdą dni, kiedy będę miała więcej wolnego czasu aby pojawiać się tutaj częściej, bo najzwyczajniej w świecie - lubię to robić :)
Dzisiaj przychodzę z wpisem dotyczącym kosmetyków, które dobrze się sprawowały na przestrzeni ostatnich miesięcy. Zapraszam na mini recenzje kosmetyków, które zużyłam.

Douglas

Demakijaż i oczyszczanie skóry kosmetykami marki własnej Douglas jest przyjemny i skuteczny. Najlepiej  z powyższej trójki w moim subiektywnym rankingu, na którą składają się płyn micelarny, płyn dwufazowy i tonik oceniam Gentle eye make up remover, czyli dwufazowy płyn do demakijażu oczu i ust. Bardzo szybko rozpuszcza i usuwa pełny makijaż oczu, nie podrażnia i nie pozostawia nie lubianej przeze mnie tłustej otoczki. Z kolei płyn micelarny z demakijażem oczu nie radzi sobie tak dobrze, ale jeśli tak jak ja do demakijażu oczu używasz tylko dwufazy to z powodzeniem zaakceptujesz micel do demakijażu twarzy. Nie mam właściwie nic do zarzucenia również tonikowi, ale zarówno micel jak i tonik nie zrobiły na mnie efektu WOW. Dwufazę z przyjemnością kupię ponownie - polecam :)
  
Yase Cosmetics

Duet naturalnych kosmetyków Yase Cosmetics: serum i krem na dzień bardzo pozytywnie zapadły mi w pamięci. Kosmetyki Yase Cosmetics to naturalne kosmetyki posiadające organiczne, wegańskie i bezglutenowe receptury zawierające unikalne ekstrakty naturalne pozyskiwane ze szlachetnych minerałów, z których każdy oferuje wyjątkowe właściwości przeciwstarzeniowe, ochronne i pielęgnacyjne. To produkty stworzone do przechowywania w lodówce, wytwarzane na zamówienie, zawsze więc świeżo przygotowywane. Serum do twarzy o żelowo-wodnej formule szybko się wchłania, odświeżający miętowy zapach natychmiast przynosi ukojenie skórze, odświeża ją, pobudza i dodaje elastyczności. Napięcie skóry wyczuwalne jest już chwilę po aplikacji. Stosowałam zarówno rano jak i wieczorem - o poranku dodaje energii do działania, wieczorem odświeża i koi po całym dniu.
Z kolei krem do twarzy posiada zaskakująco lekką formułę, która nie obciąża skóry, nie wchłania się do matu, pozostawia lekki film, ale prawie niewyczuwalny, bardzo przyjemny i komfortowy, z którym doskonale współgrają kosmetyki kolorowe. Pod makijaż jest wręcz idealny. Przy regularnym stosowaniu kremu dostrzegłam poprawę nawilżenia skóry, ale przede wszystkim jej wygładzenie i sprężystość. Pełną recenzję tych kosmetyków znajdziesz tutaj [klik].
 
Tołpa

Normalizująca pianka do mycia twarzy Tołpa to produkt, który z pewnością docenią osoby borykające się z niedoskonałościami skórnymi. Świetnie oczyszcza a dzięki świeżemu zapachowi przyjemnie chłodzi. Kupiłam ją latem, kiedy moja cera szalała i produkowała nadmiernie sebum - sprawdziła się bardzo dobrze, na tyle dobrze, że z przyjemnością kupię w sezonie letnim ponownie. Nie zawiera mydła ani SLS-u tylko łagodne substancje myjące dzięki czemu łagodnie się pieni, nie zaburza pH i nie wysusza skóry. W formule znajdują się również substancje stopniowo złuszczające i odblokowujące pory, więc przede wszystkim kierowana jest do cer tłustych. Bardzo fajny produkt oczyszczający w przystępnej cenie, więcej o nim tutaj [klik].
Tradycyjnie w moich zużyciach Effaclar DUO+, produkt legenda, który ma stałe miejsce w pielęgnacji. Zawsze pod ręką w sytuacjach wysypu niedoskonałości na twarzy. Recenzja na moim blogu powstała już dawno tutaj [klik]. Podobnie jak stałe miejsce ma u mnie woda termalna, używam różnych dostępnych na rynku i właściwie to nie bardzo widzę różnicy w działaniu. Kupuję te, które są aktualnie w promocyjnych cenach lub czasem otrzymuję do zakupów w Super Pharm, tak jak było akurat w przypadku Uriage.

Dr Irena Eris

Serię Algorithm Dr Irena Eris bardzo lubię, szczególnie serum - zużyłam kolejne opakowanie i z pewnością nie ostatnie. Algorithm to innowacyjna seria kosmetyków przeciwzmarszczkowych, dedykowana kobietom powyżej 40 roku życia pobudzająca skórę do regeneracji i zwalczania oznak jej starzenia. Serum cechuje niepowtarzalny morski zapach, przenoszący natychmiast na nadmorskie wspomnienia - idealny do domowego SPA. Konsystencja płynna choć nie całkowicie wodna, pozostawiająca na skórze bardzo przyjemny wygładzający film, który potrzebuje trochę czasu na wchłonięcie, stąd aplikuję tylko na noc. Serum pozostawia skórę gładką i miękką w dotyku, elastyczną, promienną i świeżą wizualnie. Efekt jest widoczny i odczuwalny już chwilę po jednorazowej aplikacji, a systematyczność stosowania nasila go i utrzymuje w czasie. U mnie spisuje się świetnie, więc polecam! Pełna recenzja w duecie z maską do twarzy tutaj [klik]. Krem do twarzy na noc z tej samej serii również bardzo dobrze służy mojej cerze. Aktualnie mam z tej serii krem pod oczy, ale o nim stworzę odrębną recenzję :)
Bardzo polecam również koncentrat dwufazowy przeciw niedoskonałościom Lierac - to kolejna zużyta przeze mnie buteleczka. Idealny na jednorazowe wypryski, bardzo szybko się z nimi rozprawia. Aplikujemy go punktowo, w zależności od stanu i rodzaju wyprysku, działa cuda nawet przez jedną noc. Mam już kolejną buteleczkę, pełna recenzja tutaj [klik].
Nawilżający krem do twarzy Clarins o bogatej formule - mała pojemność 15ml nie wystarczyła na długo, ale rewelacyjnie sprawdził się podczas ostatnich minusowych temperatur stosowany na dzień. Sprawdził się tak dobrze, że z pewnością skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie.
Nie planuję z kolei ponownego spotkania z kremem pod oczy YstheAL Avene. Niczego złego nie zaobserwowałam, ale niewiele też dobrego. Ot, poprawny krem pod oczy, ale jak dla mnie na noc (czyli wg zaleceń producenta) trochę za lekki - preferuję krem pod oczy na noc o bogatszej formule.
   
SKIN79

Bardzo dobra oczyszczająca i zwężająca pory maska SKIN79. Znalazła się w kosmetycznych hitach minionego roku tutaj [klik], ale niestety wycofywana z oferty, więc pozostaje mi tylko stwierdzić: szkoda :(
Maseczki w płachtach Sephora lubię i często u mnie goszczą. Zużyłam zdecydowanie więcej, ale z reguły opakowania po maseczkach od razu trafiają do kosza. Maska pod oczy z lotosem to jedna z moich ulubionych, mam już koleje. W przypadku tego typu produktów nie mogę jednoznacznie stwrdzić, że efekt który uzyskuję utrzymuje się w czasie ale przy regularnym stosowaniu okolice oczu zyskują. Planuję odrębny wpis właśnie o tych maseczkach, dodam tylko, że nie wszystkie wersje lubię - regularnie kupuję kilka z kilkunastu dostępnych.
 
Sephora

Rewelacyjny jak dla mnie musujący żel pod prysznic o cudownym zapachu kokosa Sephora. Nie wysusza, nie podrażnia, świetnie oczyszcza, zapachem koi zmysły - warto polować na promocjach.
Podobnie uwielbiam pianki pod prysznic Douglas Home SPA. Bardzo przyjemny produkt do mycia ciała i z pewnością nie ostatni w mojej łazience.

Fresh&Natural

Absolutnie genialne naturalne produkty Fresh&Natural, które urzekły mnie od pierwszego otwarcia. Zużyłam malinowy peeling do ciała i balsam tej samej wersji zapachowej - aktualnie mam orzechowy. Bezpieczne receptury, super nawilżające rewelacyjne formuły i obłędne zapachy. Jeśli jeszcze nie znasz tych produktów, to koniecznie zajrzyj tutaj [klik] i sprawdź jak wyglądają te produkty od wewnątrz. Wytwarzane ręcznie i dopieszczone do maksimum! Idealne w pielęgnacji ciała, bardzo polecam, z pewnością jeszcze niejednokrotnie się spotkamy.
Mgiełki do ciała używam przede wszystkim wiosną i latem, ale ta konkretnie wersja zapachowa Paris Amour nie przeszkadza mi w żadnych warunkach atmosferycznych, choć to kwiatowo-owocowa kompozycja. To - moim zdaniem - jeden z najpiękniejszych zapachów z całego różnorodnego asortymentu Bath&Body Works. Z połączenia zapachu francuskiego tulipana, kwiatu jabłoni i różowego szampana stworzono piękny zapach przywodzący na myśl romantyczny spacer uliczkami Paryża. To zapach bardzo romantyczny, który wprowadza w dobry nastój, pomaga się zrelaksować, wyciszyć i poczuć bardzo wyjątkowo. Moja recenzja tutaj [klik].
  
Biolove

Bardzo polubiłam się z kosmetykami Biolove, na tyle, że umieściłam je w hitach minionego roku. Odpowiadają mi pod każdym względem, krem do rąk malinowy zużyłam z przyjemnością i prawdopodobnie kupię ponowie, ale myślę, że w innej wersji zapachowej, co oczywiście nie oznacza, że malinowemu mam cokolwiek do zarzucenia. Krem bardzo dobrze nawilża, koi i regeneruje, dość szybko się wchłania, niedługo po aplikacji można wrócić do obowiązków bez obawy o niedogodności.
Ten mały kremik do rąk nagietek marki Purederm również świetnie się spisywał, ze względu na małą pojemność nosiłam go w torebce, ale był całkiem niezły. Kiedyś kupiłam go w drogerii Natura, ale ostatnio ich nie widzę. Kosztował kilka złotych, więc jeśli traficie, to warto się skusić.
Na zakończenie preparat do usuwania skórek wokół paznokci Sally Hansen, który uwielbiam - mam już kolejne opakowanie. Świetnie i szybko rozpuszcza skórki, nie wymagają wycinania, nie wyobrażam sobie wykonywania manicure bez uprzednio jego użycia.

To wszystkie kosmetyki, których opakowania nie trafiły od razu do kosza po ich zużyciu. Zansz te produkty? W kolejnym wpisie pokaże kilka nowości, które do mnie trafiły :)

Pozdrawiam ciepło, Aga :) 


Czytaj dalej »

25 stycznia 2017

neess - nowa marka lakierów hybrydowych

Jeśli myślałaś, że w temacie lakierów hybrydowych zostało już wszystko powiedziane i napisane, to w dzisiejszym wpisie przekonasz się, że nie. Coraz więcej marek proponuje nam rozwiązanie długotrwałego manicure hybrydowego i jeśli zastanowię nad tym chwilę "czy oby nie za dużo", to wychodzę z założenia, że zdrowa uczciwa konkurencja jest fundamentem rynku, a dla nas konsumentów oznacza to przede wszystkim możliwość dokonywania wyboru. Moje hybrydowe królestwo rozbudowuje się a ostatnio dołączyły do niego fantastyczne lakiery hybrydowe Neess - marki, która w swojej ofercie posiada pełną gamę lakierów i akcesoriów do wykonania manicure hybrydowego. 

neess

Manicure hybrydowy można wykonywać w domu - ja wykonuję, więc jest to do zrobienia, choć przed pierwszym razem przyznaję przed Tobą i sobą, że miałam trochę obaw. Dość szybko zostały rozwiane, w miarę upływu czasu moje doświadczenie w tym zakresie rośnie i oczywiście nie posiadam dyplomu manikiurzystki, ale śmiało mogę powiedzieć, że "wiem o co w tym chodzi". Właściwie to metoda hybrydowa nie różni się aż tak diametralnie od klasycznej metody malowania paznokci. Kiedy wykonujemy klasyczny manicure to z reguły aplikujemy bazę lub odżywkę do paznokci pod lakier kolorowy, a i jego utwardzamy lakierem nawierzchniowym, który utrwali i nabłyszczy całość. W metodzie hybrydowej jest tak samo, z tą tylko różnicą, że każdą kolejną warstwę utwardzamy w lampie LED/UW (ja używam tylko LED) a przed aplikacją bazy matowimy płytkę paznokcia. To bardzo istotny krok, nie możemy jej spiłować, tylko lekko zmatowić. Oprócz odpowiedniej bazy, lakieru kolorowego i nawierzchniowego potrzebujemy dodatkowo płynu odtłuszczającego, nazywanego cleanerem. Przy wykonywaniu manicure hybrydowego używamy go dwukrotnie, w pierwszej fazie do odtłuszczenia płytki paznokciowej i w ostatniej, do usunięcia tzw. warstwy dyspersyjnej (lepka warstwa powstająca na lakierze nawierzchniowym po utwardzeniu w lampie).   

lakiery hybrydowe

Część teoretyczną mamy za sobą, to skupmy się na samych produktach Neess. 
Pierwszy raz spotkałam się z produktem Primer. Oczywiście wiedziałam, że taki produkt występuje na rynku - ba, nawet dwa: kwasowy i bezkwasowy - nie mniej jednak przez ponad rok stosowania hybrydy nie czułam potrzeby jego posiadania. Kiedy byłam na prezentacji innej marki lakierów hybrydowych, manikiurzystka przekazała nam informację, że primer stosujemy właściwie tylko w przypadku zniszczonych paznokci. Jeśli paznokcie takowe nie są, to możemy opuścić ten krok. Nie mniej jednak trafił do mnie primer soft, czyli bezkwasowy, więc oczywiście wykonałam i z jego użyciem manicure.
Uwaga! Primer wytrawia płytkę paznokcia zwiększając tym samym przyczepność bazy do naturalnej płytki paznokcia. Jeśli zatem masz przedłużane paznokcie na szablonie, to aplikujesz go tylko na naturalną część paznokcia i tylko punktowo. Jest również wyposażony w pędzelek ułatwiający aplikację, ale nie malujemy nim paznokcia. Nakładamy go punktowo zaczynając od wolnego brzegu paznokcia w kierunku wału paznokcia. Uważamy aby nie dotknąć i nie zalać skórek. Jeśli zaaplikujesz dosłownie kroplę, to zauważysz, że on samoczynnie rozprzestrzenia się po płytce. Primer nie wywarza żadnej warstwy na paznokciu, ale nie przystępujemy do nakładania bazy zanim paznokcie nie  wyschną.

manicure
manicure hybrydowy

Każdy z produktów, które posiadam występuje w pojemności 8 ml i uważam, że to idealna pojemność. Biorąc pod uwagę, że lubię zmieniać kolor na paznokciach i praktycznie za każdym razem stawiam na inny, to w przypadku takiej pojemności mogę sobie pozwolić na zakup większej ilości kolorów. Lakiery hybrydowe do najtańszych nie należą (neess to koszt 29,90zł) więc decydując się na zakup kilku kolorów o większej pojemności istnieje prawdopodobieństwo, że nie zużyją się w czasie, w jakim producent deklaruje jego przydatność.
Produkty aplikują się bardzo dobrze, nie są gęste, ich konsystencja jest wręcz dla mnie idealna, z łatwością rozprowadzają się po płytce, choć przyznaję, że pędzelek w bazie jest dość krótki i ja nie spotkałam się jeszcze z taką długością. Być może producent chce nam dzięki temu przekazać, że zarówno bazę, lakiery kolorowe jak i top coat nakładamy w małej ilości, przez co należy rozumieć, że warstwy powinny być cienkie. Tak czy inaczej - mnie lepiej pracuje się na "klasycznej" długości pędzelka, takie jakie są w przypadku lakierów kolorowych neess.
 
hybryda
manicure

A lakiery kolorowe neess wpadają w ucho i zapadają w pamięci. Kiedy przeglądam kolory lakierów hybrydowych w sklepie internetowym neess i moim oczom ukazują się nazwy: chcesz beż, policjanci z Miami, śliwka w kompocie, jaśminowy sen, aleja gwiazd, pierwszy pocałunek, lawa namiętności, wisienka na torcie, 50 twarzy różu (!), zalotna kokietka, tango z mango, czy wreszcie te, które ja posiadam, czyli pole lawendy i egzotyczna pitaja, i wiele, wiele innych... to zastanawiam się, ile czasu potrzeba aby wymyślić takie nazwy! Na mnie robi to wrażenie.
Pole lawendy to kolor złamanego pastelowego jasnego fioletu, bardzo subtelny i delikatny. To neutralny odcień pasujący właściwie do każdej stylizacji i poprawny na każdą okazję, począwszy od spotkań biznesowych, przez pracę w biurze, kończąc na romantycznym spacerze we dwoje nad morzem o zachodzie słońca.
Ale jeśli chcesz "zaszaleć" to egzotyczna pitaja dodaje pikanterii. To odcień ciemnego różu, w rzeczywistości wyglądający nieco inaczej niż pokazany w sklepie internetowym. Nie wydaje mi się właściwym do pracy w biurze, zdecydowanie bardziej widzę go przy letnich, wakacyjnych stylizacjach, choć oczywiście wszystko zależy od Twojego gustu, preferencji czy uwarunkowań biznesowych.
W praktyce, przy dwóch warstwach lakiery bardzo dobrze kryją, łatwo się aplikują i nie zmieniają intensywności koloru w miarę upływu czasu - choć to oczywiście również zasługa lakieru nawierzchniowego, który jest "kropką nad i" wieńczącą dzieło. Top coat pięknie nabłyszcza i sprawia, że lakier utrzymuje się na paznokciach do trzech tygodni. Dwukrotnie aplikowałam w całości hybrydę neess i w obydwu przypadkach manicure utrzymywał się nienagannie.     

neess

Neess to oczywiście nie tylko lakiery hybrydowe, ale również akcesoria do zdobienia manicure. Efekt syrenki w pudrze jest mi już bardzo dobrze znany, właściwie to posiadam go od samego początku mojej przygody z hybrydą, ale grafitowy - to jest jakaś magia. Uwielbiam go od pierwszej aplikacji. Niestety moje zdjęcie poglądowe nie oddaje w całości blasku, który w rzeczywistości jest widoczny, miliony mikrodrobinek mienią się praktycznie w każdym możliwym kolorze, ale grafitowa baza sprawia, że to puder zupełnie inny od tych, które już posiadam w swoich zbiorach. W połączeniu z odcieniem pole lawendy efekt jest niewiarygodnie piękny. Zaaplikowany na paznokieć palca serdecznego i kciuka, zmienia charakter każdej stylizacji. 

manicure hybrydowy

Przygoda z lakierami hybrydowymi neess rozpoczęła się dla mnie bardzo przyjemnie i z pewnością jeszcze się nie kończy. To dobrej jakości produkty, które ja z czystym sumieniem polecam. Na zakończenie dodam, że wszystkie lakiery hybrydowe NEESS są produkowane w Europie i poddawane restrykcyjnym europejskim testom jakości.

To co, dasz się skusić np. na "50 twarzy różu" lub "policjanci z Miami" ??? a może "chcesz beż" ?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

16 stycznia 2017

Stawiam na łagodne złuszczanie skóry | CRYSTAL PEELING GEL SKIN79

O tym, że peeling wykonujemy regularnie wiedzą wszyscy Ci, którzy chcą jak najwięcej skorzystać w pielęgnacji skóry, niezależnie od jej umiejscowienia. Najprościej byłoby użyć tego samego peelingu do skóry twarzy jaki stosujemy do całego ciała, należy jednak pamiętać, że skóra twarzy jest nawet kilkukrotnie cieńsza od pozostałej, niejednokrotnie uwrażliwiona i reagująca zaczerwienieniem w kontakcie z różnego rodzaju substancjami. Nie mniej jednak każdy rodzaj skóry zyskuje na jej regularnym złuszczaniu. Przede wszystkim inne produkty lepiej się wówczas wchłaniają w skórę, kosmetyk nie musi przedzierać się przez warstwę martwych komórek, dociera zatem głębiej i utrzymuje nawilżenie skóry dłużej. Złuszczanie poprawia również krążenie w skórze i może zmniejszać drobne linie czy zmarszczki. A jeśli masz cerę tłustą i trądzikową, pozbędziesz się martwych komórek, które blokują pory, powodując zaskórniki i wypryski.        

peeling

Według ogólnie przyjętych zasad wyróżniamy dwa sposoby złuszczania skóry: mechaniczny i chemiczny. Usuwanie mechaniczne następuje na skutek tarcia, chemiczne z pomocą kwasów zawartych w produktach: salicylowy, kwasy owocowe (AHA). Rodzaj peelingu dobieramy do rodzaju skóry, obserwujemy jak skóra reaguje na dany produkt ale niejednokrotnie okazuje się, że "coś poszło nie tak" - niby skóra jest gładka, ale wyraźnie podrażniona i zaczerwieniona. Też to przerabiałam i od kilku lat sięgam właściwie (z małymi przerwami) po peelingi enzymatyczne, które są mniej inwazyjne od mechanicznych, ponieważ złuszczanie nie odbywa się za pomocą pocierania skóry. Z małymi przerwami, ponieważ co pewien czas sięgam po nowy produkt. Przeglądając asortyment jednego z chyba najbardziej popularnych w Polsce sklepów internetowych z koreańską pielęgnacją SKIN79, natknęłam się na Crystal Peeling Gel z etykietą Bestseller - postanowiłam sprawdzić jak działa, i czy w ogóle działa.
  
peeling do twarzy

Crystal Peeling Gel to peeling typu gommage - jeden z rodzajów peelingów enzymatycznych kierowanych dla tych, których wrażliwość i podatność skóry na peelingi mechaniczne, uniemożliwia ich stosowanie. Peeling gomagge zamiast cząstek, które ścierają naskórek zawiera enzymy (najczęściej z papai, ananasa, figi) działające wybiórczo na skórę, usuwające w efekcie martwy naskórek. Nie każdy peeling enzymatyczny jest peelingiem gommage, większość peelingów enzymatycznych w odróżnieniu od gommage nie zastyga na skórze. No właśnie... peeling gommage po aplikacji w czasie określonym przez producenta zastyga na skórze tworząc cienką przeźroczystą warstwę podobną do takiej, jaka wytwarza się w maseczkach typu peel-off, ale w odróżnieniu od nich nie ściągamy jej ze skóry płatami, tylko po upływie określonego czasu wykonujemy masaż okrężnymi ruchami, pod których wpływem przyschnięta warstwa roluje się i ściera, a wraz z nią zanieczyszczenia, sebum i martwe komórki naskórka. 

SKIN79
koreańska pielęgnacja

Crystal Peeling Gel bardzo pozytywnie zaskakuje. Posiada żelową bezbarwną formułę, bardzo łatwo rozprowadza się na skórze, i pomimo, że posiada w składzie złuszczające ekstrakty z papai i jabłka, nie odczuwam żadnego dyskomfortu typu swędzenie, mrowienie czy pieczenie skóry. Nakładam go na oczyszczoną i osuszoną skórę, odczekuję ok. 1-2 minuty aby delikatnie zastygł i dopiero wówczas wykonuję masaż kolistymi ruchami. Crystal Peeling Gel zawiera w składzie roślinną celulozę i składnik Keratoline-C, co ułatwia złuszczanie i usuwanie nagromadzonego sebum. Z każdym kolejnym ruchem dłoni, na skórze wytwarzają się zrolowane cząstki, które pochłaniają sebum, zanieczyszczenia i martwy naskórek. Nie jest to długi proces, trwa około minuty, a pozostałości spłukuję wodą. 
  
pielęgnacja twarzy

Po użyciu peelingu skóra jest bajecznie gładka. Pomimo, że nie zawiera ścierających drobin, to efekt jaki obserwuję śmiało mogę porównać do takiego, który uzyskuję peelingując ciało produktem na bazie cukru lub soli. Co więcej, po zastosowaniu tego peelingu na mojej skórze nie występują żadne zaczerwienienia, nawet miejscowe, co czasem zdarza się po użyciu klasycznych peelingów enzymatycznych. Gładkość skóry idzie w parze z jej miękkością i brakiem ściągnięcia czy przesuszenia. Skóra nie prosi natychmiast "pić!", choć oczywiście po takim zabiegu - jak w przypadku każdego peelingu - wymaga aplikacji toniku. Dość wysoko w składzie znajduje się kwas hialuronowy, który świetnie spełnia rolę nawilżacza - koi i przywraca równowagę skórze. Po użyciu Crystal Peeling Gel mam wrażenie, że moja skóra jest niebywale lekka, oczyszczona i świetnie przygotowana do przyjęcia kolejno aplikowanych kosmetyków.
 
peeling gommage

Peeling typu gommage z pewnością pozostaje ze mną na dłużej. Ten, sygnowany logo SKIN79, jak przystało na koreański kosmetyk pielęgnacyjny, jest skuteczny a przy tym łagodny dla skóry. Jest niczym delikatny woal na twarzy, po którego usunięciu dzieje się coś zaskakująco pozytywnego. Dla mnie to również Bestseller! Warto spróbować.

Czy w Twojej pielęgnacji również zagościły na dobre koreańskie kosmetyki? Znasz SKIN79?

Pozdrawiam serdecznie, Aga:)   
Czytaj dalej »

7 stycznia 2017

Kosmetyczne HITY 2016 roku | Pielęgnacja

Pożegnaliśmy kolejny rok - 2016 przeszedł do historii. Nie był to dla mnie łatwy rok (szczególnie druga połowa), więc w pewnej mierze dobrze, że się już skończył. W nowy wchodzę pełna optymizmu i wiary, że wszystko będzie dobrze. Musi być! A tymczasem podsumowuję miniony czas pod kątem kosmetycznym, zapraszam zatem na przegląd moich odkryć ubiegłego roku.

ulubieńcy

Pod kątem kosmetycznym to był dobry rok, nawet bardzo dobry. Znalazłam wiele kosmetyków, które z dumą prezentowały się na mojej półce, nie tylko świetnie pielęgnowały ale również umilały czas, cieszyły oczy i niejednokrotnie koiły zmysły. Kiedy przygotowywałam się do tego wpisu, zebrałam taką ilość kosmetyków, że sama lekko "przysiadłam". Selekcja była duża, a to co prezentuję w tym wpisie to produkty, pod którymi podpisuję się obiema rękami (jestem leworęczna, ale prawą jak trzeba, to też daję radę 😉).
 
Clinique

CLINIQUE Rinse-Off Foaming Cleanser Mousse to kremowa pianka do oczyszczania skóry twarzy kierowana do skóry mieszanej, zarówno w kierunku suchej jak i tłustej, więc właściwie każdy rodzaj skóry powinien skorzystać z jej właściwości. Skutecznie usuwa pozostałości po makijażu i zanieczyszczenia skóry, obchodząc się tym samym z nią bardzo delikatnie. Jest to tak delikatny produkt w dotyku i w odbiorze, że ściągnięcie czy przesuszenie nie ma miejsca. Z opakowania wydobywa się jedwabisty krem, na skórze przybiera postać delikatnie pieniącego się musu, bardzo łatwo się spłukuje a przyjemny zapach odświeża. Świetny produkt!
 
Origins

Rok 2016 zdecydowanie należał do maseczek, więc w tym zestawieniu jest ich kilka. Original Skin Retexturizing Mask with Rose Clay marki Origins to produkt typu 2w1, który oczyszcza i regeneruje skórę. Dzięki śródziemnomorskiej różanej glince, występującej już początkowym składzie oraz kanadyjskiej wierzbownicy i złuszczającym mikrocząsteczkom jojoby, delikatnie acz głęboko oczyszcza skórę i wyrównuje jej strukturę. Maska o lekko różowym zabarwieniu i delikatnym różanym zapachu jak przystało na produkt oparty na glince zastyga na skórze, po zwilżeniu maski wykonuję dłońmi masaż twarzy kolistymi i delikatnymi ruchami i dopiero wówczas zmywam ją całkowicie. W formule maski wyczuwalne są drobiny, które są bardzo pomocne i zastępują peeling skóry. Oczyszcza i regeneruje, po użyciu nie występują zaczerwienienia czy podrażnienia. I jest bardzo wydajna!

The Body Shop

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć wegańskich maseczek The Body Shop. Są rewelacyjne! Mimo, że mam tylko dwie z pięciu dostępnych to śmiem przypuszczać, że zapewne wszystkie są tak dobre jakościowo jak oczyszczająca z węglem bambusowym oraz nawilżająca z brytyjską różą. Obydwie maski, choć różne w działaniu zaskakują formułą i wspaniałym zapachem. Różana pachnie obłędnie niczym esencja róży, nie tylko świetnie nawilża ale również wygładza i koi skórę. Z kolei oczyszczająca detoksykuje, usuwa zanieczyszczenia a zapachem mocno odświeża. Wersja różana w formule skrywa płatki róży, a oczyszczająca zieloną herbatę. Przepadłam!

SKIN79

Niekwestionowanym ulubieńcem jest również oczyszczająca maseczka SKIN79 Pore Designing Minimizing, która nie tylko oczyszcza skórę ale również złuszcza martwe komórki naskórka. Koreańska pielęgnacja jest aktualnie "na topie", na mojej półce jest kilka kosmetyków "Made in Korea", ale to zdecydowanie ta maska wyszła na prowadzenie. W formule maski zawiera się kwas węglowy i masa roślinnych ekstraktów, kierowana jest do każdego rodzaju skóry, ale według mnie najbardziej skorzysta mieszana i tłusta z tendencją do samoistnych zanieczyszczeń - doskonale oczyszcza pory skóry! Kiedy pierwszy raz ją otworzyłam byłam trochę ... hmm, zaskoczona (!) ponieważ wyglądem przypomina rosnące drożdże. Wraz z kolejną aplikacją rośnie i rośnie... i wydawać by się mogło, że nigdy się nie skończy. Kończy się - zostało mi (szacuję) na dwa zastosowania. 
W ubiegłym miesiącu jeden ze sklepów internetowych informował na Instagramie, że zostaje wycofana, producent zaprzestaje jej produkcji :( Szkoda - według mnie jest świetna, więc umieszczam ją na blogu w zacnym miejscu, ponieważ w 100% na to zasługuje.

Yonelle

Serię maseczek 2016 roku zamyka Progresywna Nanomaska Yonelle, która kierowana jest do skóry dojrzałej. Kosmetyk z kwasami o stężeniu 4% do stosowania na 15-20 minut lub na całą noc. W obydwu przypadkach sprawdza się na mojej skórze doskonale, choć przyznaję, że częściej aplikuję ją na całą noc. Formuła oparta na nanodyskach z aktywnymi peptydami i witaminą C, kwas fitowy, glikolowy, enzymy z dyni i ekstrakt z Algi Śnieżnej to połączenie rewitalizujące zmęczoną skórę ale to, co dla mnie najbardziej istotne maska zmniejsza widoczność porów. Po użyciu skóra jest gładka, bardziej elastyczna i miękka w dotyku. I to kolejna maska, która w tej chwili jest niedostępna w sklepie internetowym producenta - mam nadzieję, że to chwilowe działanie.

Eau Thermale Avene

W ubiegłym poznałam kilka dermokosmetyków Eau Thermale Avene, a emulsja na dzień z serii PhysioLift okazała się dla mnie strzałem w 10! To lekki produkt, który szybko się wchłania i wygładza skórę, pozostawia ją elastyczną, miękką i zmatowioną. W sezonie zimowym stawiam na bogatsze konsystencje kremów do twarzy, ale przez zdecydowanie większą część roku sprawdza się u mnie rewelacyjnie. Seria PhysioLift to produkty o działaniu anti-age, chronią skórę przed wolnymi rodnikami, zawarte w produktach cząsteczki perłowe poprawiają koloryt skóry i optycznie spłycają zmarszczki. Idealna pod makijaż!

Sensilis

W pielęgnacji twarzy na noc bardzo pozytywne wrażenie wywarł na mnie Supreme Midnight regenerujący krem z kawiorem do codziennej pielęgnacji na noc Sensilis. Lista składników aktywnych kremu jest długa, od tytułowego ekstraktu z kawioru, poprzez m.in. peptydy, proteiny ryżowe, kwas hialuronowy, lecytyna, witamina E oraz działający na trzech poziomach aktywator longlife cell aktywujący gen długowieczności. W praktyce krem, a właściwie produkt o żelowo-olejowej teksturze koi, nawilża i regeneruje skórę podczas snu nie obciążając i nie przetłuszczając jej. Bardzo delikatny i lekki w odbiorze, posiada bardzo przyjemny pudrowo-kwiatowy zapach. O poranku skóra w świetnej kondycji.

Sesderma

Najlepsze serum ubiegłego roku? Liposomowe serum C-VIT Sesderma. Od kilku lat regularnie stawiam na witaminę C, najczęściej w formie serum na noc. Liposomowe serum C-VIT jest produktem zalecanym w pielęgnacji wszystkich rodzajów skóry, w tym skóry naczyniowej, z trądzikiem lub trądzikiem różowatym, bardzo dobrze współpracuje ze skórą mieszaną z tendencją do niedoskonałości. Oprócz stabilizowanej witaminy C oraz kompleksu Antiox, w formule serum znajdziemy m.in. kwas hialuronowy i wyciąg z morwy. Przy regularnym stosowaniu (codziennie wieczorem, choć producent sugeruje aplikację dwa razy dziennie) skóra jest w bardzo dobrej kondycji, jest świetnie nawilżona, wygładzona, jej koloryt ujednolicony i nie wygląda na zmęczoną. Co prawda nie występują na mojej skórze plamy pigmentacyjne, ale z lekkimi przebarwieniami na czole po lecie świetnie sobie poradziło, pozytywnie wpływa również na napięcie i elastyczność skóry. Skuteczne, a przy tym delikatne, może być stosowane również pod oczy. Orzeźwiający pomarańczowy zapach dopełnia całości! 

Dr Irena Eris

Bestsellerem ubiegłego roku jest dla mnie Tonujący Krem Antyrodnikowy SPF 50+ Dr Irena Eris z serii Face Zone. Połączenie zaawansowanej pielęgnacji z doskonałymi właściwościami korygującymi koloryt skóry oraz bardzo wysoką ochroną przed promieniowaniem słonecznym i szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Lekka formuła kremu, zawierająca adoptujące się do skóry delikatne pigmenty wyrównuje koloryt, zapewniając efekt pełnej blasku i naturalnego wyglądu skóry - krem zachowuje się jak krem BB. Świetne rozwiązanie dla kobiet poszukujących szybkiego i kompleksowego rozwiązania przy porannym makijażu, jeśli nie masz wiele do ukrycia za skórze, wystarczy, że go przypudrujesz. Ten krem skutecznie wyparł z mojej półki wszystkie klasyczne kremy do twarzy z wysokim filtrem. Z pewnością będę do niego wracała.

Clarins

Latem ubiegłego roku poznałam i pokochałam właściwie od pierwszego użycia koncentrat samoopalający w kropelkach Clarins Radiance-Plus Golden Glow Booster. 365 dni słonecznego lata! Nie wiem czy spotkam produkt, który będzie mnie zachwycał w kwestii opalenizny, ale to on zmienił całkowicie segment samoopalaczy. Nie stosujemy go bezpośrednio na skórę, tylko dodajemy 1-3 krople do kremu na noc i budzimy się rano z naturalną i równą opalenizną. To świetny patent, przy zastosowaniu klasycznego samoopalacza bezpośrednio, należy wykazać się starannością i z dokładnością aplikować go na skórę, w przypadku koncentratu Clarins łatwo łączymy go z kremem a wystąpienie niespodzianki w postaci plam jest całkowicie wyeliminowane. Specjalna, oparta na naturalnych składnikach i wzbogacona w ekstrakt z aloesu formuła produktu czyni go również pielęgnacyjnym. Absolutny HIT!!!

Fresh&Natural

Rok 2016 to nie tylko świetne kosmetyki do pielęgnacji twarzy, ale również i ciała. A naturalne produkty Fresh&Natural rozpieściły mnie do maksimum, podniosły poprzeczkę tak wysoko, że nie będzie łatwo je przebić. Zachwycające balsamy do ciała o konsystencji puszystego musu, absolutnie powalające peelingi do ciała wyglądające jak dżemor, sole do kąpieli z zachwycającymi dodatkami, m.in. z płatkami róży, a wszystko to tak powalająco pachnące, że chciałoby się zjeść. Znam kilka produktów marki, ale wszystkie bez wyjątku spełniają swoje zadanie w 100%. Nie kończę przygody z tymi produktami, zapewne jeszcze niejednokrotnie zagoszczą na mojej półce. LOVE!!! Polecam każdemu, to trzeba dotknąć, powąchać i cieszyć się tymi cudami.

Biolove

Odrobinę niżej plasuję, ale równie mocno przywiązałam się do naturalnych kosmetyków do pielęgnacji ciała BIOLOVE dostępnych w Kontigo. Zaczęło się niewinnie od kremu i peelingu do rąk, a skończyło... sami widzicie jak :) Bardzo lubię żele do mycia ciała, kule do kąpieli, peelingi do ciała, musy (!!!), wszystko oczywiście pięknie pachnące, przyjemnie zapakowane i w przystępnej cenie. Najnowsza seria o zapachu Pomarańcze & Brownie - obłęd, jak to pachnie! Jeśli będziesz w Warszawie lub okolicy, wpadnij do Kontigo, nie zawiedziesz się.

I to (chyba) wszystko. Znasz kosmetyki, które skradły moje serce? 

Pozdrawiam ciepło, Aga :)
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger