piątek, 1 lipca 2016

Mała Wielka Pielęgnacja cery mieszanej i tłustej z Tołpa

Uwielbiam lato - wakacje, gorące słońce, jest ciepło, miło i przyjemnie. Niestety moja cera latem przeobraża się z mieszanej, którą metodą prób i błędów z własnych doświadczeń nauczyłam się pielęgnować, w tłustą z mocno przetłuszczającą się strefą T. Nadmiar sebum i zanieczyszczenia w połączeniu z nieodpowiednią pielęgnacją może kończyć się pogorszeniem jej stanu, mogą pojawić się na niej niedoskonałości typu zaskórniki a nawet trądzik, a przecież wstrętnym kropkom na nosie mówimy NIE!!!, prawda? Nigdy nie ukrywałam, że lubię dermokosmetyki, jeśli czytacie mojego bloga to zapewne zauważyliście, że opublikowałam wiele recenzji tego rodzaju produktów. Najczęściej kupuję je w aptekach stacjonarnych i internetowych, ale ku mojemu zaskoczeniu podczas wizyty w drogerii Rossmann znalazłam świetne produkty do pielęgnacji cery mieszanej i tłustej marki tołpa z serii dermo face sebio i z ich działania jest absolutnie zadowolona. Produkty te są tańsze od dermokosmetyków występujących w aptekach a jakością im dorównują, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że niejednokrotnie przewyższają je swoim działaniem. 


Latem skupiam się na doborze takich kosmetyków pielęgnacyjnych, które działają normalizująco i ściągająco. Rzadko zdarza mi się trafiać na kosmetyki, które w dłuższej perspektywie czasu nie wysuszają mojej skóry, ale bacznie przyglądam się jakie składniki są w nich zawarte. Ciszy mnie fakt, że produkty z serii dermo face sebio nie zawierają w swoich składach parafiny i silikonów ponieważ nie są to pożądane składniki w pielęgnacji skóry tłustej podatnej na powstawanie niedoskonałości. Nie znajdziemy wśród nich również aleregenów, parabenów, donorów formaldehydu i PEG-ów, a co istotne, składniki aktywne zawarte w tych produktach są pochodzenia roślinnego. Producent zapewnia nas, że produkty te mogą być stosowane przez odbiorców z cerą nawet wrażliwą, moja cera reaguje czasem zaczerwienieniem na nowo włączone do pielęgnacji kosmetyki - w przypadku dermo face sebio nic takiego się nie dzieje. (Poza ostatnim produktem, który przedstawię, a to wynika z faktu, że zawiera w składzie kwasy AHA, o czym w dalszej części wpisu).


Pierwszy produkt, który szalenie mi odpowiada to normalizująca pianka do mycia twarzy tołpa zapakowana w klasyczną tubkę o pojemności 100 ml. Nie ukrywam, że takie opakowanie jest u mnie bardzo pożądane, nie zajmuje dużo miejsca, mieści się nawet w małej kosmetyczce, można zatem z powodzeniem zabrać ją ze sobą na weekendowe wyjazdy - ale nie tylko, na pewno pojedzie ze mną na wakacje, które już za chwilę :)
W chwili wydobycia produktu z opakowania ukazuję się nam gęsty żel, dopiero w kontakcie z wodą i skórą tworzy delikatną piankę, która bardzo świeżo pachnie, przyjemnie chłodzi i świetnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i pozostałości makijażu. Nie zawiera mydła ani SLS-u lecz łagodne substancje myjące dzięki czamu łagodnie się pieni, nie zaburza pH i nie wysusza skóry. Dzięki zastosowaniu składników aktywnych ukierunkowanych na absorpcję sebum i regulację jego wydzielania - torf tołpa, kwas salicylowy, ekstrakt z kory cynamonowca, ekstrakt z mirry - tołpa stworzyła produkt, który nie tylko świetnie oczyszcza skórę z zanieczyszczeń, ale również stopniowo złuszcza zrogowaciały naskórek, odblokowuje pory i minimalizuje ilość zaskórników.


W praktyce nanosimy produkt na dłoń, łączymy z niewielką ilością wody aż do uzyskania delikatnej piany, rozprowadzamy na powierzchni twarzy i szyi masując delikatnie kolistymi ruchami i spłukujemy piankę wodą. Czynność bardzo prosta a pianka bardzo łatwo spłukuje się z twarzy.
Po zastosowaniu pianki nie możemy zapomnieć o toniku - odkąd stosuję regularnie po każdym oczyszczaniu skóry tonik stan mojej cery znacznie się poprawił, nie zapominajcie zatem o toniku. Stosuję piankę niezmiennie od miesiąca i nie zauważyłam żadnych niepokojących zmian, wręcz przeciwnie - moja cera jest świetnie oczyszczona, odnotowałam mniejszą ilość zaskórników. Moja cera nie jest wysuszona i nie powstają na niej niedoskonałości, do których niestety moja cera ma tendencję. To daje mi pewność twierdzić, że to świetny produkt do oczyszczania skóry mieszanej i tłustej. Pianka kosztuje ok. 27 zł.


Drugim produktem, który chcę Wam przedstawić jest NOWOŚĆ w ofercie marki tołpa CC matujący krem korygujący. Ilekroć sięgałam po drogeryjny krem BB, a nawet CC to oprócz ujednolicenia kolorytu tak naprawdę ciężko było mi uzyskać nawet niewielkie krycie. A niestety na mojej cerze występują zmiany, które wymagają krycia - bez korektora było ani rusz. Gwarantuję Wam, że po wypróbowaniu tego produktu zapomnicie o nieprzyjemnych doświadczeniach związanych ze stosowania drogeryjnych kremów BB i CC. Okazuje się, że można stworzyć produkt, który oprócz właściwości pielęgnacyjnych spełnia również makijażowe i do tego posiada jeszcze SPF na poziomie 30. Można? Można :)
    

Na zdjęciu powyżej rozprowadziłam niewielką ilość kremu na dłoni, ale wyraźnie widać, że to świetny korygujący produkt, który z powodzeniem zastąpi podkład. Konsystencja kremu nie należy do lekkich, ale łatwo rozprowadza się na skórze, bardzo dobrze stapia się z nią, a fantastyczny kolor nie powoduje, że wyglądamy jakbyśmy byli w masce - kolor natural beige jest dla mnie w tej chwili idealny. Krem nadaje skórze równomierny koloryt, maskuje niedoskonałości, przebarwienia a nawet blizny potrądzikowe. Dzięki zawartości składników aktywnych takich jak kompleks siarczanu cynku i oligosacharydów oraz matujących mikrocząsteczek krem działa antybakteryjnie i przeciwdziała powstawaniu niedoskonałości, w dłuższej perspektywie zmniejsza widoczność porów, nie zatyka ich i ogranicza liczbę zaskórników. Pomimo, że krem posiada dość bogatą formułę, to nie obciąża jej, zapewnia efekt matowej skóry do kilku godzin (!) i długotrwale kryje. Zawartość SPF gwarantuje nam ochronę przeciwsłoneczną.
Na uznanie zasługuje również fakt, że krem zamknięty jest w aluminiowej tubce, która nie zasysa powietrza i bakterii, dzięki czemu krem jest dłużej bezpieczny. Pojemność opakowania to 40 ml, na jego zużycie mamy 3 m-ce od momentu pierwszego otwarcia. Cena kremu to ok. 30 zł.
     

Ostatnim produktem, który zwrócił moją uwagę i również bardzo dobrze się sprawdził to normalizująca maska głęboko oczyszczająca. Ja stosuję maseczki regularnie i w zależności od potrzeb skóry, normalizujące, oczyszczające ale również nawilżające.
Ta konkretna maska skierowana jest do skóry mieszanej, tłustej, podatnej na zanieczyszczenia i trądzik. Maseczka głęboko oczyszcza skórę i złuszcza zrogowaciały naskórek. Jej skuteczność zawdzięczamy zawartości w składzie kwasów AHA o stężeniu 5%, na które składają się: wyciągi z marakui, winogrona i ananasa standaryzowane na zawartość kwasów glikolowego, mlekowego, cytrynowego i winowego. W jej składzie znajdziemy również borowinę tołpa, ekstrakt z aloesu, z lukrecji i zieloną glinkę. 
Po zastosowaniu maski moja skóra jest lekko zaczerwieniona, ale zmiany te szybko ustępują, a w zamian zyskuję doskonale oczyszczoną skórę, pozbywam się martwego jej naskórka, skóra jest niezwykle gładka i przygotowana do przyjęcia składników aktywnych zawartych w kolejno aplikowanych kosmetykach.
Maseczka kosztuje ok. 8 zł, składa się z dwóch saszetki o pojemności 6 ml każda. 


Produkty marki tołpa bardzo miło mnie zaskoczyły, linia sebio to świetny sprzymierzeniec w walce z niedoskonałościami skóry. Produkty te można nabyć m.in. w drogeriach Rossmann, Super Pharm i on-line w sklepie internetowym, gdzie oprócz pełnego asortymentu znajdziecie też mini produkty, które są świetnym sposobem na ich przetestowanie.

Wszystkie trzy powyższe kosmetyki są godne uwagi i jeśli borykacie się z typowymi problemami skóry tłustej, to z pewnością warto się nimi zainteresować. Polecam!

Pozdrawiam serdecznie, Aga :)

Czytaj dalej »

czwartek, 30 czerwca 2016

Upleciony z polskich kwiatów i ziół VIANEK | Nawilżająco - wygładzający peeling do ciała

Markę Sylveco darzę dużym szacunkiem. Nie znam wszystkich produktów dostępnych w ramach całego asortymentu, ale hibiskusowy tonik do twarzy jest genialny, podobnie zresztą jak lipowy płyn micelarny. Obydwa mają stałe miejsce na moim blogu: tonik tutaj, płyn tutaj. To pewniaki, po które sięgam w sytuacjach kryzysowych. Bardzo mnie cieszy fakt, że marka cały czas się rozwija i kolejno po Biolaven i świetnym żelu do mycia twarzy, o którym pisałam tutaj przyszedł czas na poznanie najmłodszego dziecka z rodziny Sylveco - VIANEK.
   

Produkty Vianek zostały uplecione z polskich kwiatów i ziół, stąd zapewne ich nazwa. To naturalne kosmetyki, do produkcji których zastosowano zioła pochodzące z upraw ekologicznych, z terenów czystego Podlasia. Dedykowane są kobietom bez ograniczenia wiekowego i o zróżnicowanych potrzebach pielęgnacyjnych. Vianek to marka masowa, produkty występują w przystępnych cenach a ich składy zapewniają łagodną ale w pełni zadowalającą pielęgnację. 
VIANEK to sześć serii produktów, przeznaczonych do pielęgnacji twarzy, ciała i włosów, które wyróżniają się kolorem: seria niebieska – nawilżająca, seria zielona – orzeźwiająca i oczyszczająca, seria pomarańczowa – odżywcza, seria czerwona – ujędrniająca i przeciwzmarszczkowa, seria różowa – relaksująca i łagodząca, seria fioletowa – kojąca i wzmacniająca. W pierwszej kolejności miałam przyjemność poznać peeling do ciała z serii niebieskiej i to właśnie ON jest bohaterem dzisiejszego wpisu.
  

Zanim przejdę do prezentacji samego produktu, muszę wspomnieć o wyróżniającym się opakowaniu. Jest takie zwykłe, a jednak ma w sobie coś bardzo naszego, polskiego. Opakowania kosmetyków Vianek przyciągają wzrok, ponieważ zdobią je niepowtarzalne wzory zalipiańskie, malowane z pasji i poszanowania polskiej tradycji wywodzącej się z XIX wieku. Są urocze! W przypadku peelingu do ciała mamy do czynienia z klasycznym słoiczkiem z plastikowego tworzywa o pojemności 150 ml. Taka konstrukcja opakowania i o takiej pojemności z pewnością nie zajmie dużo miejsca, nawet w wyjazdowej kosmetyczce. Masa peelingowa nie jest wodno-oleista, a wieczko opakowania solidnie i szczelnie je zamyka, nie powinno ulec rozszczelnieniu.
    

Skład produktu jest krótki, ale w pełni zadowalający. Producent określa na opakowaniu działanie nawilżające i wygładzające. To peeling cukrowy, którego podstawą jest olej sojowy chroniący skórę przed utratą wilgoci. Kosmetyk wyróżniają się zawartością w składzie naturalnych emolientów, oprócz bazowego oleju sojowego znajdujemy w nim wosk pszczeli oraz olej z kiełków pszenicy. Obydwa to emolienty tłuste, które stosowane solo mogą być komedogenne, jako składniki w kosmetykach tworzą na powierzchni skóry film, tzw. warstwę okluzyjną, która zapobiega nadmiernemu odparowywaniu wody z powierzchni skóry, przez co kondycjonuje, czyli zmiękcza, wygładza i pośrednio nawilża skórę. Za działanie wygładzające niewątpliwie odpowiadają tutaj cukier i nasiona czarnuszki, które widoczne są w masie peelingowej.
  

Nawilżająco - wygładzający peeling Vianek to w praktyce niebieska masa peelingowa, w której zatopiony jest cukier i nasiona czarnuszki. W opakowaniu wydaje się, że jest bardzo zbita, ale w kontakcie ze skórą przyjmuje lekką formułę, masując skórę odnoszę wrażenie masażu olejkiem z drobinami ścierającymi. Producent zaleca nanosić niewielką ilość peelingu na wilgotną skórę i delikatnie masować ciało aż do momentu całkowitego rozpuszczenia się cukru. W pierwszym kontakcie przyznaję, że nałożyłam go za dużo, więc w przypadku tego produktu im mniej, tym lepiej. Czyni go to niesamowicie wydajnym i w tym momencie przymykam oko na mniejszą niż standardowa pojemność peelingów do ciała, z reguły mamy do dyspozycji 250 ml - Vianek dał nam 150 ml, ale widział co robi.
Po użyciu peelingu skóra jest niesamowicie wygładzona, gładka i bardzo przyjemnie miła w dotyku. Moja skóra jest również zaspokojona pod kątem nawilżenia, po użyciu peelingu Vianek nie czuję potrzeby stosowania dodatkowego kosmetyku pielęgnacyjnego.


Niewątpliwą zaletą tego produktu jest też jego ujmujący zapach, ja wyczuwam zdecydowanie winogrona z domieszką jabłek - uwielbiam produkty naturalne, które pięknie pachną, takie, których pozytywne wspomnienia sprawiają, że na długo zapadają w pamięci. Ten peeling z pewnością zapamiętam na długo i zapewne sięgnę po niego ponownie.
Nawilżająco - wygładzający peeling Vianek spełnia wszystkie moje oczekiwania względem tego rodzaju produktów, posiada przyjazny dla skóry skład, wygładza i nawilża ciało i do tego pięknie pachnie. Peeling kosztuje 21 zł, dostępny tutaj [klik]. Polecam!

Znacie produkty Vianek? Podoba Wam się ten peeling? A może macie swoich ulubieńców tej marki, chętnie poznam :)

Pozdrawiam, Aga :)

Skład (INCI): Glycine Soja Oil, Sucrose, Glyceryl Stearate, Cera Alba, Triticum Vulgare Germ Oil, Nigella Sativa Seed Extract, Glyceryl Laurate, Tocopheryl Acetate, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Parfum, CI 77007



Czytaj dalej »

wtorek, 28 czerwca 2016

LE'MAADR - sprzymierzeniec w walce z zaczerwienieniami skóry

Cera naczynkowa niejednokrotnie i nie bez kozery określana jest mianem "Jaśnie Pani" - jest niezwykle wybredna i kapryśna. Z zainteresowaniem - a czasem nawet z zazdrością - obserwuję jak niektóre kobiety mogą używać praktycznie wszystkich kosmetyków do pielęgnacji cery, podczas kiedy moja na wiele z nich reaguje zaczerwienieniem, pieczeniem, a czasem nawet podrażnieniem. Moje problemy z naczynkami rozpoczęły się właściwie w chwili rozpoczęcia walki z trądzikiem wieku dorosłego. I o ile dwuletnią walkę z nim z pomocą dermatologa uważam za udaną (choć z bliznami po nim walczę do dziś) to moja cera przeszła w stan mocno uwrażliwionej i bardzo często funduje mi zaczerwienienia. Czasem rumień jest punktowy, ale bywa też i tak, że skóra na moich policzkach i czole płonie. Coraz częściej sięgam po produkty pielęgnacyjne kierowane do skór naczynkowych, ponieważ ich formuły zostały tak stworzone laboratoryjnie, aby pomóc ukoić skórę i wzmocnić jej barierę hydrolipodową. Od 4 tygodni testowałam produkty z komórkami macierzystymi marki Le'Maadr kierowane właśnie do cery naczynkowej i dzisiaj dzielę się z Wami wrażeniami z ich stosowania. Zostańcie do końca, mam również dla Was niespodziankę.      


Problemy cery naczynkowej zaczynają się wtedy, gdy naczynka na naszej skórze zamiast kurczyć się i rozkurczać we właściwym tempie, z różnych, często trudnych do zdiagnozowania powodów czynią to za wolno. Skóra wówczas staje się zaczerwieniona, a rumień nie chce z niej znikać. Bardzo często mówi się, że cera naczynkowa posiada uwarunkowania genetyczne - tak, ale nie tylko. Coraz częściej zdarza się, że tego rodzaju problemy mają również osoby, których natura obdarzyła wrażliwym usposobieniem, ich skóra jest cienka i często odczuwają oni fizjologiczne zmiany zaczerwienienia skóry pod wpływem nie tylko zanieczyszczenia środowiska, ale również jego zmiany, a nawet stresu czy krytyki. Należy również zaznaczyć, że zaczerwienienia są częstym powikłaniem wszelkich zabiegów z zakresu medycyny estetycznej, czy chociażby mój przypadek, kiedy skóra poddawana w sposób ciągły dermatologicznymi lekami, niejednokrotnie kwasami reaguje zaczerwienieniem. Właściwa pielęgnacja takiej skóry na pewno nie usunie rozszerzonych już naczynek (można zamknąć je tylko w salonie kosmetycznym lub u dermatologa) ale z pewnością ją ukoi i pomoże w zniwelowaniu zaczerwienień. Im szybciej zaczniemy stosować produkty zawierające składniki uszczelniające naczynka, tym lepiej, ponieważ wzmacniając je mamy szanse zatrzymać ten niekorzystny proces, zapobiec rozszerzaniu się ich i wzmocnić skórę.
    

Le'Maadr to marka tworząca dermokosmetyki do pielęgnacji zarówno twarzy jak i ciała, które zostały przebadane klinicznie, ich receptury są wolne od parabenów oraz sztucznych środków barwiących i konserwujących. Formuły tych produktów oparte są na bazie m.in. komórek macierzystych, roślinnych ekstraktów i kwasu glikolowego. W dziedzinie pielęgnacji twarzy marka posiada w swojej ofercie produkty do konkretnych typów skóry, wody micelarne oraz kremy m.in. do cer dojrzałych, z przebarwieniami czy naczyniowych. W dzisiejszym wpisie przybliżę Wam wodę micelarną oraz krem do cery naczykowej z komórkami macierzystymi. 
Zarówno woda micelarna jak i krem Le'Maadr skuteczność zawdzięczają formule, która została wyposażona m.in. w:
  • Citrustem - pozyskiwany z komórek macierzystych pomarańczy, zwiększa ekspresję genów odpowiedzialnych za poprawę struktury matrycy pozakomórkowej, czyli reorganizuje i przywraca gęstość strukturze skóry właściwej zwiększając syntezę składników tworzących matrycę pozakomórkową. W wyniku takiego działania ogólny wygląd skóry poprawia się a jej struktura wzmacnia się.
  • Ginko biloba - ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego poprawia kondycję naczyń krwionośnych, uszczelnia je i zwęża.
  • Aesculus hippocastanum - ekstrakt z kasztanowca zwyczajnego zwiększa odporność naczyń krwionośnych na pękanie, zmniejsza ich kruchość oraz poprawia elastyczność.   

Woda micelarna do cery naczynkowej Le'Maadr z komórkami macierzystymi bardzo dobrze radzi sobie z usunięciem makijażu, skutecznie oczyszcza skórę nie wywołując podrażnień. Jej świeży, lekki i subtelny kwiatowy zapach nie krzyczy a delikatnie daje o sobie znać. Bardzo mocno zwracam uwagę na zapachy zawarte w kosmetykach do pielęgnacji twarzy i nawet jeśli produkt jest skuteczny, to czasem zdarza się, że jego intensywny zapach odwraca moją uwagę od nich. W przypadku tego produktu jestem bardzo na tak, skuteczność oczyszczania skóry w połączeniu z lekkim zapachem czyni ten produkt dla mnie pożądanym. 
Woda świetnie sprawdza się również jako tonik - po uprzednim oczyszczeniu skóry żelem/pianką na bazie wody stawia kropkę nad "i", usuwa pozostałe zabrudzenia i co mnie pozytywnym zaskoczyło, to fakt niewątpliwego nawilżenia skóry. Po użyciu wody skóra nie jest ściągnięta, nie domaga się natychmiastowej dozy kremu, jest ukojona, przyjemnie napięta, ale nie ściągnięta, gładka i miła w dotyku. Z racji posiadania cery w tej chili tłustej dwa razy w tygodniu funduję jej peeling lub maskę enzymatyczną, po takim zabiegu cera często jest mniej lub bardziej zaczerwieniona, w takich sytuacjach woda Le'Maadr świetnie przywraca stan ukojenia skóry - zachowuje się jak plaster SOS. Producent zapewnia nas, że woda wzmacnia i zwęża naczynia krwionośne, uszczelnia ich ściany oraz zmniejsza zaczerwienienia. Faktycznie rumień jest mniej widoczny, ale myślę, że to zasługa zasady synergii, czyli włączenia do pielęgnacji również kolejno kremu z tej samej serii.
      

Krem do cery naczynkowej z komórkami macierzystymi Le'Maadr zawiera substancje czynne mające działanie przeciwzapalne, przeciw wysiękowe, które zmniejszają również zaczerwienienia skóry. Oprócz wyżej wymienionych: Citrustem, ekstrakt z liści miłorzębu japońskiego i kasztanowca zwyczajnego, jego formuła została dodatkowo wyposażona w ekstrakt z oczaru wirginijskiego, w składzie znajdziemy również olej arganowy czy masło shea, humekanty i emolienty zapewniające skórze odpowiednie nawilżenie.
Krem otrzymujemy w tubce z plastikowego tworzywa o pojemności 40ml - trochę mniej niż standardowo, ale biorąc pod uwagę, że jest niesamowicie wydajny zawartość ta jest w pełni do zaakceptowania. Krem posiada lekką formułę, pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to emulsja, która nie obciąża skóry ale też nie wchłania się na niej całkowicie - przynajmniej na mojej. Jego zapach jest praktycznie taki sam jak w przypadku wody - delikatny, subtelny, z lekkimi kwiatowymi aromatami. Pozostawia bardzo lekki film, który w pielęgnacji na noc zupełnie mi nie przeszkadza, ale na dzień, kiedy w tej chwili mamy bardzo wysokie temperatury, niestety moja cera wymaga matowienia. Solo więc się nie sprawdza, ale w połączeniu np. z kremem z wysokim filtrem przeciwsłonecznym do skóry mieszanej i tłustej jest do zaakceptowania. Producent nie informuje nas na opakowaniu o zawartości filtrów przeciwsłonecznych, a ja się z nimi w okresie silnego nasłonecznienia nie rozstaję, więc w pewnej mierze rezygnuję z niego w porannej pielęgnacji na rzecz kremu z wysokim filtrem. Sprawdziłam, że krem ten jest bardzo dobrą bazą dla podkładów mineralnych, które w swoich formułach zawierają naturalne filtry, więc jeśli korzystacie z takich rozwiązań to krem będzie Waszym sprzymierzeńcem.
  


Wracając do głównych zadań kremu, to stwierdzam, że deklaracje Producenta zawarte na opakowaniu są prawdziwe, zgadzam się z tym, że krem zmniejsza zaczerwienienia i poprawia ogólną kondycję skóry. Oprócz tego, że doskonale nawilża, zmiękcza, wygładza i poprawia jej elastyczność - lekko napina skórę - to również koi i zmniejsza powstałe zaczerwienienia. Producent zaleca aplikację kremu dwa razy dziennie, ja pokusiłam się na takie rozwiązanie co prawda tylko kilka razy, ale stosowanie kremu raz dziennie również przynosi wymierne efekty. Po czterech tygodniach stosowania oceniam, że zużyłam go w połowie, choć opakowanie nie jest przeźroczyste, więc dokładnego zużycia nie widzę. Przez cały ten okres nie zauważyłam nadmiernego obciążenia skóry, nie występowały na niej podrażnienia ani uczulania, nie odnotowałam zwiększonej produkcji sebum czy powstawania zaskórników - choć przyznaję, że to zapewne efekt doboru całej pielęgnacji, a nie tylko samego kremu.
   

Reasumując, produkty spełniają swoje zadanie, moje oczekiwania względem nich zostały zaspokojone. Bardzo podoba mi się rozwiązanie, które zastosował Producent tworząc wodę micelarną w chusteczkach - doskonałe na wyjazdy. Chusteczka jest dobrze nasączona wodą i jedna wystarcza na oczyszczenie całej twarzy. Produkty znajdziecie w dobrze zaopatrzonych aptekach stacjonarnych i internetowych, ich sugerowana cena detaliczna to 59,98 zł za każdy. Polecam!

Produkty otrzymałam do przetestowania i wyrażenia swojej opinii na blogu, podmiotem odpowiedzialnym za ich dystrybucję jest InfoPlus Sp. z o.o. Dzięki uprzejmości dystrybutora macie również możliwość przetestowania takiego samego zestawu: Woda micelarna do cery naczynkowej o pojemności 500 ml oraz krem do cery naczynkowej o pojemności 40 ml - na moim Fun Page'u na Facebook'u właśnie wystartował konkurs, gdzie możecie taki zestaw zdobyć, a zasady są bardzo proste. Zapraszam! Link do konkursu tutaj tutaj [klik].

Znacie dermokosmetyki Le'Maadr?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :) 

Czytaj dalej »

środa, 22 czerwca 2016

Babcia Gertruda wie co dobre | Nawilżający żel pod prysznic

"Na południu Niemiec mieszka Babcia Gertruda, która przez całe swoje życie poznaje ziółka i stwarza unikalne domowe kosmetyki" - aż zrobiło mi się ciepło na sercu poznając informacje zawarte na opakowaniu naturalnego żelu pod prysznic, pozbawionego parabenów i SLS/SLES. Cytuję tą informację celowo wprost z opakowania kosmetyku, ponieważ jego recepturę stworzyła marka Rezepte der Oma Gerdrude w oparciu o bogate doświadczenie właśnie Babci Gertrudy. Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie nam dane poznać Szanowną Babcię, ale jeśli faktycznie istnieje, to może mieć powody do dumy.   


Kosmetyk, który dzisiaj Wam przedstawiam doskonale wpisuje się w panującą aurę, ponieważ mamy w nim połączenie i słodkiego zapachu sezonowych malin, które właśnie na dobre zagościły i odświeżającej mięty, która latem u mnie jest bardzo pożądana.
Nawilżający żel pod prysznic Oma Gertruda zawiera aż 98% składników naturalnych, w których prym wiodą dwa składniki aktywne:
  • organiczny hydrolat mięty pieprzowej
  • organiczny ekstrakt z maliny

Zawartość takiego duetu w składzie kosmetyku myjącego, szczególnie na lato, jest w moim odczuciu bardzo dobrze przemyślane, ponieważ z jeden strony mamy odświeżającą miętę pieprzową, która doskonale odświeża, orzeźwia, przynosi efekt chłodzący oraz usuwa oznaki zmęczenia, z drugiej strony kosmetyki z ekstraktem z malin wygładzają skórę, łagodzą podrażnienia, są częstym składnikiem kosmetyków kierowanych dla skór mieszanych i tłustych, ponieważ zapobiegają nadmiernemu wydzielaniu sebum, które jak wiadomo tworzy zanieczyszczenia na skórze.   


Składniki (INCI): Aqua, Sodium Coco-Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Mentha Piperita Leaf Water*, Rubus Idaeus Fruit Extract*, Sodium Chloride, Tocopherol, Citric Acid, Glycerin, Benzyl Alcohol, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Parfum.

Zatrzymując się przy składzie kosmetyku, to w moim odczuciu składniki aktywne działają w połączeniu z łagodnymi substancjami myjącymi. Nie ma w nim Sodium Lauryl Sulfate, znane nam jako SLS, a Sodium Coco-Sulfate SCS. Spotykam się czasem z informacją (szczególnie na blogach zajmujących tylko i wyłącznie kosmetykami naturalnymi), że SCS jest łagodniejszym składnikiem SLS, tzw. "rozcieńczonym SLS". Nie jestem specjalistą, nie mam właściwie żadnego przygotowania zawodowego w tym zakresie, ale z moich informacji wynika, że SCS jest dopuszczalnym składnikiem w kosmetykach naturalnych, a SLS nie! Gdyby zatem SCS był klasyfikowany podobnie do SLS, to z pewnością byłby zakazany w umieszczaniu go w składach kosmetyków naturalnych. A może się mylę? Może ktoś z Was dysponuje szerszą wiedzą na ten temat? Dyskusja mile widziana w komentarzach :) 
   

W praktyce żel spełnia wszystkie moje oczekiwania - zaczynając na opakowaniu, poprzez działanie a kończąc na cenie. Ale po kolei.

Opakowanie: Solidna butla z plastikowego tworzywa o pojemności aż 500ml! Dość ciężka, ale stabilna - nie ma szans aby się przewróciła. Dodatkowo wyposażona w sprawie działającą pompkę, która dozuje za każdym razem taką samą ilość produktu. Szata graficzna mi osobiście odpowiada, stonowany wizerunek Babci Gertrudy, obok graficzna gałązka z owocami malin, informacje na opakowaniu również w języku polskim, prosto i czytelnie a różowe akcenty również cieszą oko.

Zawartość opakowania: Przeźroczysty żel o zapachu łączącym nuty malin i mięty pieprzowej. Kompozycja zapachowa świetnie wypoziomowana, wyraźnie wyczuwam i maliny, i miętę, choć miętę troszkę mniej - nie jest ani za słodko, ani za gorzko. Jest świeżo, orzeźwiająco i odświeżająco.

Działanie: Z racji tego, że Producent określa żel jako nawilżający, to w pierwej kolejności stwierdzam, że żel nie wysusza skóry. Co do samego nawilżenia to wydaje mi się, iż z racji tego, że to produkt wymagający spłukania, a co za tym idzie występujący na skórze bardzo krótko, to nie powinnyśmy oczekiwać od niego, że dogłębnie skórę nawilży. Nie wysuszając w pewnym sensie działa zapobiegawczo, ale jeśli skóra wykazuje tendencje do przesuszeń, bez dodatkowego produktu - balsamu/masła/olejku - się nie obędzie.
Pozytywnie zaskoczył mnie fakt, że produkt w zetknięciu ze skórą jest delikatny, można pokusić się o stwierdzenie, że wręcz aksamitny, przyjemnie się pieni i bardzo łatwo spłukuje. Po umyciu skóra jest czysta, delikatna i miękka w dotyku, odświeżona i odprężona. Trochę żałuję, że zapach nie pozostaje na niej na dłużej, dość szybko się ulatnia, ale i tak jestem usatysfakcjonowana, ponieważ jest dla mnie idealny na upalne dni - i gdyby nie duża pojemność, to zapewne zabrałabym żel ze sobą na nadchodzące wakacje nad Bałtykiem (zapowiada się, że będzie upalnie).

Cena: 11zł!!! Dostępność: tutaj [klik] 


Nawilżający żel pod prysznic Oma Gertruda, to kolejny naturalny kosmetyk udowadniający mi, że istnieją na rynku produkty do pielęgnacji (w tym wypadku mycia) ciała, które są pozbawione silnych chemicznych detergentów i są w bardzo przystępnej cenie. Pól litra świetnego produktu nabywamy za 11zł i w tym przypadu - tanio nie znaczy źle. Polecam!

Mieliście przyjemność poznać kosmetyki oparte na recepturach Babci Gertrudy? Co sądzicie o tym żelu?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :) 



Czytaj dalej »

niedziela, 19 czerwca 2016

Beauty Box dla Was !!! Czwarta edycja

Cześć!!!
Dzisiaj przychodzę do Was z niezapowiedzianym konkursem! Już za chwilę pierwszy dzień lata, więc zgodnie z zasadą (choć nie pisaną) zapraszam Was do konkursowej zabawy Beauty Box dla Was!!! Czwarta edycja. Mam nadzieję, że zabawę którą organizuję po raz czwarty przyjmiecie tak samo ciepło jak poprzednie jej edycje :) Kieruję ją dla moich stałych Czytelników, aby wziąć w niej udział i tym samym mieć możliwość otrzymania Boxa z kosmetykami stworzonego przeze mnie, należy być publicznym obserwatorem mojego bloga www.kosmetykizmojejpolki.pl - widżet "Obserwatorzy" znajduje się w lewym dolnym rogu mojej strony :) Aby móc dołączyć do obserwatorów bloga wystarczy być posiadaczem konta Google, np. posiadać skrzynkę mejlową na Gmail. Zabawę zaczynamy dzisiaj, tj. 19 czerwca 2016, a kończymy za trzy tygodnie 10 lipca 2016r. 


Nie preferuję rozdań typu "losowanie", więc w formularzu konkursowym umieszczonym na końcu tego wpisu należy odpowiedzieć własnymi słowami na pytanie otwarte, które brzmi: "Bez jakich trzech kosmetyków nie wyobrażasz sobie wyjazdu na wakacyjny urlop? Dlaczego?". Interpretacja pytania dowolna, napisz krótko to co chcesz i czujesz :)
Trzecim warunkiem koniecznym jest podanie w formularzu konkursowym swojego adresu mejlowego, który posłuży mi do poinformowania Cię o wygranej - nikomu go nie udostępnię. Stworzyłam również regulamin, taka pigułka według której wszystko powinno być jasne, wypełniając formularz konkursowy akceptujesz regulamin. Wymieniam w nim również kosmetyki, które na pewno pojawią się w pudełku - jest to podstawowa gwarantowana zawartość, oprócz której zapewne znajdzie się coś jeszcze, może kosmetyk, może coś słodkiego :)
Nie wymagam, ale będzie mi bardzo miło jeśli udostępnisz informację o organizowanej zabawie, może to być baner na blogu, jeśli go prowadzisz, może to być udostępnienie na swoim profilu na portalu Facebook lub Instagram lub innym Fun Page'u jeśli takowy prowadzisz - w formularzu konkursowym wklej link.


REGULAMIN KONKURSU "Beauty Box dla Was !!! Trzecia edycja"

1. Organizatorem konkursu i fundatorem nagród jestem ja - autorka bloga Kosmetyki z Mojej Półki
2. Czas trwania zabawy od 19/06/2106 do 10/07/2106 do godz. 23:59.
3. Nagrodą jest Beauty Box, w którym znajdą się poniżej wymienione kosmetyki:

  • Zestaw masek na tkaninie na każdy dzień tygodnia 7 szt. Lomi Lomi
  • Maska enzymatyczna Beauty Home Care AVA Laboratorium
  • Krem do twarzy na dzień Biolaven
  • Płyn micelarny Resibo
  • Naturalna gąbka do mycia Konjac Sponge Yasumi
  • Borówkowy żel pod prysznic Biolove
  • Borówkowy mus do ciała Biolove
  • Olejkowy balsam brązujący Perfecta
  • Balsam do ciałaAgran Oil Cece of Sweden
  • Mleczna mgiełka do ciała Abyssinian Oil Silcare
  • Marokańska maska do włosów Planeta Organica
  • Krem do rąk Coconut Oil Formuła Palmers
  • Lakier do paznokci Golden Rose Ice Chic nr 15   
4. Aby wziąć udział w konkursie należy być publicznym obserwatorem bloga Kosmetyki z Mojej Półki oraz poprawie wypełnić formularz konkursowy, tj. odpowiedzieć na pytanie otwarte: Bez jakich trzech kosmetyków nie wyobrażasz sobie wyjazdu na wakacyjny urlop? Dlaczego? oraz podać adres mejlowy za pośrednictwem którego poinformuję Cię o wygranej.
5. Wygrywa jedna osoba, którą wybiorę na podstawie zgłoszeń poprzez formularz konkursowy.
6. Wyniki konkursu ogłoszę w ciągu 7 dni od daty jego zakończenia i pojawią się one na blogu Kosmetyki z mojej Półki w TYM wpisie.
7. Zwycięzca wyraża zgodę na publikację własnej odpowiedzi na zadane pytanie konkursowe na blogu wraz z wynikami konkursu. 
8. Po wysłaniu wiadomości z informacją o wygranej czekam 3 dni na odpowiedź zwrotną z adresem do wysyłki Box'a, jeśli się nie zgłosisz, wybiorę inną osobę.
9. Wysyłka Box'a odbywa się na terenie Polski.
10. Konkurs nie podlega przepisom Ustawy z dnia 29 lipca 1992 roku o grach i zakładach wzajemnych (Dz. U. z 2004 roku Nr 4, poz. 27 z późn. zm.).


Powodzenia! 


Czytaj dalej »

czwartek, 16 czerwca 2016

♥ Nowa Miłość ♥ | Fresh&Natural

Z przyjemnością odkrywam nowe polskie marki zajmujące się tworzeniem naturalnych kosmetyków pielęgnacyjnych. Mamy się czym chwalić, na naszym rynku jest wielu Producentów czerpiących z natury, takich, których działalność zrodziła się z pasji i z troski o ludzkie piękno. Jedną z takich marek jest niewątpliwie Fresh&Natural, która jest wierna zasadzie: Minimum krzywdy, maksimum korzyści. Tytuł wpisu zdradza, że moja - co prawda niezbyt długa, ale na tym z pewnością nie koniec - przygoda zakończyła się miłością absolutną i tak wielką, że z przyjemnością będę ją kontynuowała i zarażała nią wszem i wobec :) Poniżej znajdziesz odpowiedź: Dlaczego?


Receptury kosmetyków Fresh&Natural są w 100% naturalne. Do ich wytworzenia marka nie stosuje szkodliwych sztucznych komponentów, a tworząc każdy przepis bazuje na tym, co najlepszego może dać człowiekowi przyroda. Wszystkie kosmetyki wytwarzane są ręcznie i z wielką pieczołowitością dopieszczony jest każdy, nawet najmniejszy detal, po to, aby produkty odpowiadały osobom o wyjątkowych potrzebach i oczekiwaniach - nawet największych koneserów. Kosmetyki te wytwarzane są ręcznie, ponieważ bezpośrednie zaangażowanie w ich produkcję pozwala na bieżąco weryfikować ich jakość. Produkty nie są testowanie na zwierzętach i są w pełni wegetariańskie, co zostało potwierdzone certyfikatem Vege. O tym, że nie zawierają w składzie wazeliny, parafiny, PEG-ów, parabenów, silikonów, SLS/SELS ani sztucznych barwników pozostaje mi tylko napisać w kwestii formalnej. Jednym słowem: CZYSTA NATURA! 
Pamiętam dokładnie moment, w którym kurier dostarczył mi paczkę. Ekologiczny, bezpieczny dla środowiska karton z nadrukiem logo marki, wewnątrz którego znajdowały się starannie umieszczone zamówione produkty w bezpośrednim sąsiedztwie z w pełni biodegradowalnym wkładem. Karton był wypełniony wkładem po same brzegi, produkty nie miały szans przemieszczania się w nim podczas transportu. Zawartość - 3 produkty, dzisiaj prezentuję dwa: Cukrowy peeling do ciała i Delikatny balsam do ciała, obydwa z serii malinowej. 


Malinowy cukrowy peeling do ciała Fres&Natural to peeling zupełnie inny od wszystkich tych, które miałam przyjemność dotychczas poznać. I jeśli kiedykolwiek miałam wizję kosmetyków dla koneserów, to właśnie tak one wizualnie wyglądały. 
Peeling nie zawiera wody, a cukier jest zatopiony w olejach: winogronowym, ze słodkich migdałów, i arganowym. Żeby było ciekawiej i ku ucieszenie nie tylko zmysłów powonienia ale również wizualnych, w masie peelingowej zatopione są suszone kwiaty i owoce jagodowe: róża, hibiskus, malina, jeżyna, aronia... Wizualna strona tego produktu przeszła moje najśmielsze oczekiwania i wręcz nie mogłam się doczekać, kiedy go pierwszy raz użyję (oczywiście tego samego dnia).      


Na zdjęciu powyżej wyraźnie widać rozwarstwienie produktu, jest to proces naturalny i niestanowiący wady produktu. Znacie powiedzenie: "oliwa na wierz wypływa"? Faktycznie, w górnej warstwie zbiera się część olejowa tego produktu, przed jego aplikacją delikatnie mieszam ją z osiadłym w dolnych warstwach cukrem i innymi składnikami pełniącymi funkcje złuszczające. 
Niewielką ilość peelingu nanoszę na zwilżoną uprzednio skórę i zgodnie z zaleceniami Producenta masuję ciało kolistymi ruchami ok. 2-3 minuty. Najprzyjemniejszy moment dnia, kiedy wiem, że go użyję - Producent zaleca 2-3 razy w tygodniu. Słodki malinowy zapach bardzo mocno, ale w pozytywnym znaczeniu, oddziałuje na zmysły, chciałoby się zatrzymać czas, a już na pewno stwierdzić "chwilo trwaj"! Kryształki cukru i kompozycja olei roślinnych doskonale wygładzają, zmiękczają i odżywiają skórę. Jeśli skóra jest wyjątkowo sucha, to po zmyciu peelingu wystarczy spłukać ciało - wzmocni to efekt nawilżenia i natłuszczenia skóry. Jeśli nie użyjemy kolejno żadnych innych produktów do mycia ciała, faktycznie skóra jest doskonale nawilżona i nie wymaga już dodatkowo aplikacji innych kosmetyków, typu balsam czy masło. Brawo za to, że ciało nie jest "oblepione" olejem, nic lub nikt (niepotrzebne skreślić) się do niego nie przyklei, czujemy się komfortowo i niezwykle przyjemnie w swojej skórze.
Peeling spełnia absolutnie wszystkie moje potrzeby, jest wręcz GENIALNY! Ale balsam wcale mu nie ustępuje i z nieukrywaną dumą mieści się w tej samej kategorii jakościowej.
     

Malinowy delikatny balsam do ciała Fres&Natural, z dużym naciskiem na delikatny, jest tak niesamowicie przyjemny w stosowaniu, że aż się boje myśleć o przyszłość dotyczącą mojej pielęgnacji ciała. Jest tyle produktów, które uwielbiam - a ON mnie zachwyca. I muszę napisać to wprost, ponieważ tylko tak mogę dać jasny przekaz: Jak ONI to zrobili, że w tak delikatnej piance zawarli szereg naturalnych składników znanych z właściwości nawilżających, często wręcz natłuszczających? Znane mi były dotychczas naturalne produkty na bazie masła shea, które były - jedne mniej, drugie bardziej - zbite, o konsystencji, które niejednokrotnie rozpuszczały się dopiero z chwilą wytwarzania ciepła, pocierania nimi skóry, ale żeby zrobić tak puszysty i lekki w odbiorze mus... to się w głowie nie mieści. Pełen zachwyt!
     

Widzieliście to na zdjęciu powyżej? No właśnie... a przecież to według składu bogata mieszanka masła shea, masła kakaowego i olei roślinnych - z pestek winogron, migdałowego i arganowego. Czyż to nie wygląda bardzo kusząco, ba, nawet apetycznie - ja bym napisała na opakowaniu: Chronić przed dziećmi w obawie o konsumpcję :) Ale tak wygląda i tak pachnie, aż szkoda, że nie jest jadalny - sama bym się skusiła ;)
Balsam uzależnia już przy pierwszym kontakcie ze skórą. Aplikacja balsamu to przyjemność dla duszy i ciała. Produkt z niebywałą delikatnością otula skórę, cudownie się rozprowadza i świetnie wchłania, no a zapach, jak się można spodziewać dopełnia całości luksusu. Oprócz aromatu malin ja wyczuwam w nim również cytrynę, to zapewne zasługa olejku cytrynowego, który znajduje się w składzie - wykazuje on również działanie rozjaśniające skórę. Balsam doskonale nawilża i chroni skórę przed utratą wilgoci, nawilżenie jest długotrwałe, a skóra jest miękka i jedwabista w dotyku. D-panthenol sprawia, że balsam doskonale koi skórę, w żadnym stopniu nie jest wyczuwalne napięcie tudzież przesuszenie skóry. Nie da się obok niego przejść obojętnie!!!
    

Ten luksus nie kosztuje wcale majątek. Peeling o pojemności 250g to wydatek rzędu 29,90zł, balsam o pojemności 250ml 59,90zł. Nie będziecie żałować! Ja do swojego zamówienia dostałam również całą masę produktów do przetestowania GRATIS o  wcale niemikroskopijnych pojemnościach, wśród nich takie produkty jak: cukrowy peeling z algami, z mokka, tropikalny solny peeling do ciała, relaksującą i rozgrzewająca sól do kąpieli i odświeżająca sól do kąpieli stóp. Czuję się dopieszczona, a nawet rozpieszczona jako klient i jako konsument. Dzięki Fresh&Natural !


Znacie markę i jej produkty? Gorąco polecam!

Pozdrawiam, Aga :)

Czytaj dalej »

wtorek, 14 czerwca 2016

Regenerująca Maska do twarzy | Origins

Spoglądając na moją pielęgnację - a konkretnie kosmetyki do pielęgnacji - to najwięcej mam maseczek. Aktualnie w tzw. "obrocie" mam 4 maski kremowe i kilkanaście na tkaninie i w zależności od potrzeb, albo nawet upodobania, sięgam po nie zamiennie. Mimo, że swoje pięć minut przeżywają maski na tkaninie - baaaardzo o nich głośno - to ja nie zamierzam zaprzestać stosowania klasycznych kremowych maseczek, ponieważ bardzo je lubię (moja skóra również). Lubię testować i sprawdzać nowe, to tego rodzaju produkty, których działanie widoczne jest właściwie od razu i już przy pierwszym zetknięciu z maską wiemy z czym mamy do czynienia. W dzisiejszym zatem wpisie, przybliżam Wam jedną z moich ulubionych ostatnimi czasy maseczek, jaką jest Regenerująca maska do twarzy Origins.  


Kiedy marka Origins pojawiła się w Polsce - aktualnie jest dostępna stacjonarnie w Warszawie w Galerii Mokotów oraz w internetowej drogerii Sephora - chodziła za mną jak bumerang. Przeglądając ofertę chciałoby się mieć wszystko!!! No ale tak się nie da, przynajmniej na początku wspólnej drogi. Jeśli czytacie mnie regularnie, to zapewne wiecie, że w pierwszej kolejności postawiłam na krem pod oczy GinZing i maseczkę, którą dzisiaj prezentuję. I o ile krem pod oczy nie jest złym kosmetykiem, jednak mi w nim "czegoś" zabrakło recenzja tutaj [klik], o tyle regenerującą maskę, która pełni również funkcję oczyszczającej, z czystym sumieniem mogę polecić - właściwie każdemu.  


Różowa maseczka Origins, a właściwie Original Skin Retexturizing Mask with Rose Clay, to produkt typu 2w1, który oczyszcza i regeneruje skórę, w efekcie czego przywraca jej blask. Dzięki śródziemnomorskiej różanej glince, która występuje już początkowym składzie, oraz kanadyjskiej wierzbownicy i złuszczającym mikrocząsteczkom jojoby, delikatnie acz głęboko oczyszcza skórę i wyrównuje jej strukturę.
Producent niewiele informacji umieszcza na opakowaniu w języku polskim - zdjęcie poniżej - właściwie dowiadujemy się tylko, że jest to Maska regenerująca. Oczyszcza skórę i przywraca blask. Nałóż ciekną warstwę, pozostaw na 10 minut. Zmyj. Używaj 1-2 razy w tygodniu. Brzmi trochę jak telegram (choć nie wiem czy dzisiaj są jeszcze gdziekolwiek wysyłane) ale przekaz jest klarowny, zrozumiały i zachęcający. Docelowo maskę otrzymujemy w klasycznej tubce z miękkiego tworzywa ubraną w delikatnie jasno różową szatę graficzną z uroczym logo, będącym nieodłączną częścią wszystkich produktów marki - zachodzące na siebie dwa drzewa, które symbolizują naturalność produktów i mocne przywiązanie do natury. Producent nas zapewnia, że przedstawiciele Origins przetrząsają ziemię, aby odkryć najbardziej skuteczne rośliny i wykorzystują swoje składniki o niezwykłej mocy, do tworzenia wysokowydajnych, naturalnych produktów do pielęgnacji skóry.
  

Producent zaleca stosowanie maski 1-2 razy w tygodniu - z racji, że mam skórę mieszaną, w okresie letnim w kierunku tłustej, aktualnie stosuję maseczkę 2 razy. I na początek muszę jednoznacznie stwierdzić, że nie można jej odmówić wydajności - czasem mam wrażenie, że jej w ogóle nie ubywa, ale to dobrze, bo w tym przypadku nie znajduje odzwierciedlenia stwierdzenie, że "wszystko co dobre, szybko się kończy". Wydajność w największym stopniu definiuje jej formuła - bardzo niewielką ilością możemy pokryć całą twarz, a Producent zaleca nakładać cienką warstwę. 
Po wydobyciu produktu z opakowania ukazuje się nam kremowa maska o lekko różowym zabarwieniu i delikatnym różanym zapachu. Maska jest przyjemna zarówno w dotyku, jak i swoistym zapachu, który nie jest drażniący i myślę, że nawet przeciwnicy różanych zapachów nie będą mieli jej tego za złe. Maskę pozostawiam - według zaleceń Producenta - maksymalnie na 10 minut na skórze i biorąc pod uwagę, że zawiera w składzie glinkę, to w miarę upływu czasu zastyga na skórze, ale nie jest to porównywane z mocnym ściągnięciem skóry, bardziej z jej napięciem. Pod wpływem letniej wody bardzo łatwo się zmywa i do tej czynności nie musimy wykorzystywać żadnych dodatkowych akcesoriów w postaci płatków kosmetycznych, tudzież ściereczek muślinowych. Po zwilżeniu maski wykonuję dłońmi masaż twarzy kolistymi i delikatnymi ruchami i dopiero wówczas zmywam ją całkowicie. W formule maski wyczuwalne są drobiny, które są bardzo pomocne i zastępują peeling skóry.
Po zmyciu maski skóra jest świetnie oczyszczona a jej struktura wyrównana. Działanie maski oceniam na bardzo wysokim poziomie, nie zdarzyły mi się jeszcze przy jej użyciu podrażnienia czy zaczerwienienia. Wręcz przeciwnie, skóra jest odżywiona, delikatna i miękka w dotyku, lekko napięta, a nawet mam wrażenie, że rozświetlona. I jak uważam, że najprościej jest napisać o kosmetyku, że nawilża, tak w przypadku tej maski będę w tym stwierdzeniu powściągliwa, ponieważ z mojego punktu widzenia ona nie nawilża, ale też nie wysusza skóry. Oczywiście po jej zastosowaniu należy użyć toniku, ale daje mi to podstawę twierdzić, że doskonale przygotowuje skórę do kolejnych etapów pielęgnacyjnych w zależności od potrzeb danej skóry. Odnoszę wrażenie, że maska ta zachowuje odpowiedni balans i będzie odpowiednia właściwie do każdego typu skóry.               

Reasumując, jak dla mnie, ostatnimi czasy must have, bardzo lubię po nią sięgać, czynię to zdecydowanie częściej aniżeli w pierwszym miesiącu, tuż po jej zakupie. Prezentowana przeze mnie maska posiada pojemność 100 ml, biorąc pod uwagę jej wydajność uważam, że to bardzo dużo - standardowo maseczki do twarzy przeważnie występują w pojemnościach 50, czasem 75 ml. Jej cena regularna to 99 zł, aktualnie widzę, że sklepie internetowym Sephora można nabyć zestaw 3 masek Origins, każda o pojemności 30 ml, za 95 zł. To doskonały sposób na poznanie 3 różnych masek tej marki, a jeśli są tak fantastyczne jak ta, którą prezentuję, to będzie to świetny zakup. Ja również mam ochotę poznać inne maski, szczególnie chodzi mi po głowie nawilżająca DrinkUp i odblokowująca pory Clear Improvement. Różowa - świetna! Polecam!

Znacie markę Origins? Co sądzicie o masce, którą prezentuję?

Pozdrawiam, Aga :)    

Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger