27 lipca 2017

Naturalna koreańska pielęgnacja | Benton Cosmetics

Od czasu, kiedy mamy łatwy dostęp do kosmetyków azjatyckich, przez moją pielęgnację przewijają się cyklicznie. Nie wiem jak długo będzie trwał ten "boom" ale jednego jestem pewna - Azjaci to mistrzowie w tworzeniu kosmetyków o niespotykanych formułach: lekkie olejki do demakijażu, wodne esencje, żelowe tonery, emulsyjne kremy, maski całonocne, czy wreszcie sheet mask, które niezwykle doceniam. Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że oni się wręcz prześcigają w tym, aby kosmetyki różnych marek były od siebie różne? inne? lepsze? bardziej nowoczesne i innowacyjne? Ilekroć trafiają do mnie kosmetyki z rynku azjatyckiego, w chwili otwarcia każdego z nich ochoczo zastanawiam się: czym mnie dzisiaj zaskoczycie? A zaskakują mnie niemalże każdorazowo.      

Benton Cosmetics

Tym razem też tak było! Mam na myśli naturalne kosmetyki koreańskiej marki Benton Cosmetics. Tak! w pełni naturalne i nie testowane na zwierzętach. Marki, która bazuje na takich składnikach jak aloes, filtrat ze śluzu ślimaka, jad pszczeli, fermentowany filtrat z grzyba Galactomyces oraz liczne ekstrakty roślinne.  Benton Cosmetics to kosmetyki pozbawione parabenów, oleju mineralnego, benzofenonu, syntetycznych środków konserwujących, barwników i zapachów.
Oprócz nowości, które pojawiły się dosłownie kilka dni temu, to oferta marki podzielona jest na cztery linie:
  1. Snail Bee Hight Content - oparta na filtracie ze śluzu ślimaka i jadzie pszczelim, 
  2. Fenmentation - gdzie głównym składnikiem jest filtrat z grzyba Galactomyces,
  3. Honest - oparta na wodzie z liści drzewa herbacianego i
  4. Aloe - gdzie głównym składnikiem jest sok i ekstrakt z aloesu.
Poznałam trzy kosmetyki z trzech różnych linii, ale śmiało mogę stwierdzić, że wzajemnie się ze sobą uzupełniają a pielęgnacja jednym nie wyklucza drugiego.
   
mgiełka do twarzy

Jako pierwszą przedstawiam mgiełkę do pielęgnacji twarzy Honest TT Mist Spray, która wywarła na mnie bardzo dobre wrażenie już od pierwszej aplikacji. Pierwszy raz spotkałam się z mgiełką do twarzy umieszczoną w opakowaniu typu tubka wyposażoną w atomizer. To nie tylko bardzo pomysłowe ale i bardzo wygodne. A wewnątrz opakowania w 80% hydrolat ze szczytowych gałązek drzewka herbacianego i 5% ekstraktu z drzewa herbacianego, wykazujące silne działanie antyseptyczne, regulujące pracę gruczołów łojowych, ściągające pory i przyśpieszające procesy regeneracji - kosmetyk zatem wskazany w pielęgnacji cery podatnej na niedoskonałości i trądzikowej. Dla równowagi w składzie również kwas hialuronowy (7%), który przenika wgłąb naskórka i utrzymuje nawilżenie skóry na dłużej.
Spryskanie twarzy mgiełką to sama przyjemność, tonizuje skórę po umyciu a dzięki temu, że posiada pH lekko kwaśne, bardzo dobrze przygotowuje skórę do przyjęcia i korzystania z kolejnych kroków pielęgnacyjnych. Doskonale sprawdza się również do odświeżania skóry w ciągu dnia, po jej użyciu czuję wyraźne ukojenie i nawilżenie - nie wysusza skóry. Producent deklaruje, że mgiełka sprawdzi się również jako tonik na skórę głowy w przypadku powracającego łupieżu. Produkt jest bezzapachowy, a jego pojemność 40ml zachęca do noszenia nawet w podręcznej torebce. 

tonik do twarzy

Produktem marki Benton Cosmetics chyba najczęściej komentowanym i komplementowanym jest Aloe BHA Skin Toner, czyli tonik do twarzy, choć nie tak oczywisty jakby się mogło wydawać. I to on jako pierwszy z oferty Benton trafił na moją półkę. Ilekroć mam na myśli tonik, określenie to rozumiem jako preparat na bazie wody, którym przecieram skórę po jej umyciu. W przypadku tonera Benton Aloe BHA mamy do czynienia z wodno-żelową formułą, która pozwala na aplikację dłońmi - podobnie jak w przypadku np. serum do twarzy. Opakowanie wyposażone w pompkę ułatwia wydobycie odpowiednio małej ilości produktu, który w zetknięciu ze skórą nie spływa z twarzy. Tworzy chwilowo dość lepki film, ale bardzo szybko się wchłania, nie wysusza skóry, przeciwnie - czuję jej nawilżenie i niejednokrotnie rezygnuję już z aplikacji serum sięgając kolejno po ostatni krok pielęgnacyjny - krem.
Jak nazwa wskazuje bazą tonera jest sok z liści aloesu w stężeniu aż 58%. Aloes jest lekiem na wiele skórnych problemów, mineralizuje i wygładza naskórek, działa antyseptycznie i przeciwbakteryjnie, sprzyja niwelowaniu stanów zapalnych wzmacniając mechanizmy obronne skóry. Dodatek kwasu 2-hydroksybenzoesowego delikatnie złuszcza zrogowaciałe komórki, co sprzyja poprawie struktury i kolorytu skóry. Toner poprzez swoje działanie antybakteryjne przeciwdziała tworzeniu się ognisk zapalnych a stosowany regularnie oczyszcza pory, które z czasem stają się mniej widoczne. W jego składzie znajduje się również m.in. kwas hialuronowy, filtrowany śluz ślimaka, gliceryna, kwas salicylowy (0,5%).
Podobnie jak mgiełka, toner również jest bezzapachowy a jego wydajność oceniam na bardzo wysokim poziomie. Zmniejszy się w przypadku aplikacji za pomocą płatka kosmetycznego, mimo wszystko przy pojemności 200ml spokojnie wystarczy na kilka miesięcy stosowania.  
 
sheet mask

A czym byłby wpis o koreańskich kosmetykach bez maski w płachcie? Nie sprawdzałam tej informacji ale przypuszczam, że wszystkie koreańskie marki kosmetyczne mają je w swojej ofercie i to zazwyczaj kilka lub nawet kilkanaście różnych z uwzględnieniem potrzeb odmiennych rodzajów cery. Benton natomiast oferuje tylko jedną tego rodzaju maskę - Snail Bee High Content Mask, kierowaną do wszystkich rodzajów skóry, ale za to bardzo dobrą! Płachta / tkanina wykonana jest w 100% z czystej bawełny a bazą preparatu, w której jest nasączona jest hydrolat z liści zielonej herbaty - silny antyoksydant skutecznie zwalczający wolne rodniki, które przyczyniają się do przedwczesnego starzenia się skóry. Połączenie filtratu ślimaka (20%) z arbutyną, jadem pszczelim, oraz licznymi wyciągami roślinnymi ( m.in. wyciąg z liści hurmy wschodniej, z wierzby białej, ekstrakt z babki azjatyckiej, z kory wiązu, z malwy różowej, z liści aloesu)  działa przeciwzmarszczkowo, ujędrniająco i regenerująco. Przy regularnym stosowaniu skóra uzyskuje jednolity koloryt, cera nabiera blasku a pory są mniej widoczne.
Maskę szczególnie mocno polecam osobom o cerze mieszanej i tłustej, które borykają się z niedoskonałościami (trądzik, zaskórniki, plamy pigmentacyjne). Po jej użyciu skóra jest oczyszczona, ale nie wysuszona, świeża i zdecydowanie lekko napięta. Podobnie jak dwoje poprzedników maska nie zawiera związków zapachowych, płachta jest mocno nasączona (20 ml preparatu), jest dobrze wyprofilowana i świetnie przylega do skóry nie przemieszczając się podczas czasu aplikacji, który trwa 20-30 minut. Spokojnie można w niej wykonywać codzienne domowe czynności.
 
kosmetyki naturalne

Każdy z trzech produktów w pielęgnacji mojej skóry bardzo dobrze się sprawdza. Jeśli szukasz naturalnej koreańskiej pielęgnacji (choć nie znam innych w pełni naturalnych propozycji kosmetycznych tego rynku) to wybór kosmetyków Benton Cosmetics jest według mnie bardzo dobrym wyborem. Duże stężenia naturalnych składników aktywnych, brak związków zapachowych i sztucznych barwników, przyjemność stosowania i fajne jego efekty pozytywnie zaskakują w czasie. Polecam!

Kosmetyki Benton Cosmetics znajdziesz w sklepie internetowym oficjalnego dystrybutora na Polskę tutaj ---> [klik] oraz w Perfumeriach Douglas w różnych widełkach cenowych:
Mgiełka Honest TT Mist Spray: sklep dystrybutora 49 zł / Douglas 70 zł
Tonik Aloe BHA Skin Toner: sklep dystrybutora 79 zł / Douglas 105 zł
Maska w płachcie Snail Bee High Content Mask: sklep dystrybutora 14,90 zł / Douglas 15 zł

Korzystasz z azjatyckich kosmetyków? Znasz Benton Cosmetics?

Pozdrawiam, Aga :)


Pełne składy kosmetyków (INCI):

Mgiełka: Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Leaf Water(80%), Sodium Hyaluronate(7%), Melaleuca Alternifolia (Tea Tree) Extract(5%), Butylene Glycol, Aloe Barbadenisis Leaf Juice, Glycerin, Althaea Rosea Root Extract, AloeBarbadenis Leaf Extract, Beta-Glucan, Poly Glutamic Acid, Aspalathus Linearis Extract, Portulaca Oleracea Extract, Psidium Guajava Extract, Pentylene Glycol, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Pulsatilla Koreana Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract.

Toner: Aloe Barbadensis Leaf Water, Sodium Hyaluronate, Snail Secretion Filtrate, Glycerin, Pentylene Glycol, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Pulsatilla Koreana Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract, Polysorbate 20, Salicylic Acid(0.5%), Arginine, Althaea Rosea Flower Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Aloe Barbadensis Leaf Juice, Beta-Glucan, Polyglutamic Acid, Aspalathus Linearis Extract, Portulaca Oleracea Extract, Psidium Guajava Fruit Extract, Acrylates/ C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Xanthan Gum.

Maska: Camellia Sinensis Leaf Water, Snail Secretion Filtrate, Glycerin, Arbutin, Bee Venom, Sodium Hyaluronate, rh-Oligopeptide-1, Plantago Asiatica Extract, Laminaria Digitata Extract, Diospyros Kaki Leaf Extract, Salix Alba (Willow) Bark Extract, Ulmus Campestris (Elm) Extract, Bacillus Ferment, Azelaic Acid, Althaea Rosea Flower Extract, Aloe Barbadensis Leaf Extract, Butylene Glycol, Beta-Glucan, Betaine, Xanthan Gum, Adenosine, Panthenol, Allantoin, Zanthoxylum Piperitum Fruit Extract, Usnea Barbata (Lichen) Extract, Pulsatilla Koreana Extract.
Czytaj dalej »

20 lipca 2017

Jak kupić maski w płachcie taniej? | Zakupy prosto z Korei

Maski w płachcie uzależniają - mnie z pewnością :) Nazywane są różnie: oprócz masek w płachcie słyszymy maski z taniny, na tkaninie, bawełniane lub zgodnie z oryginalnym i pierwotnym ich nazewnictwem "sheet mask". Przywędrowały do nas z Korei i rozgościły się na dobre - myślę, że czują się u nas świetnie ponieważ robią niemałą furorę. Nie są już tylko stałym asortymentem sklepów internetowych z ofertą koreańskich marek ale można je już spotkać na drogeryjnych półkach. Polscy producenci również stawiają swoje pierwsze kroki w tym zakresie. Totalnie doceniam wygodę stosowania tego typu masek. Nakładasz, odpoczywasz przez 15-20 minut, zdejmujesz z twarzy i... gotowe. Nie musisz nic zmywać, niejednokrotnie brudzić umywalki, wedle uznania nadmiar ściągasz ze skóry albo pozostawiasz do wchłonięcia - prościej chyba już się nie da. Zajmują mało miejsca, wrzucasz do kosmetyczki na wyjazd i z głowy, żadnych ciężkich słoiczków, tubek, nic Ci się nie wyleje a masz dodatkową, jakże ważną pielęgnację.  

Innisfree

Ale nie należą do najtańszych - przynajmniej u nas w Polsce. Zgodzisz się ze mną, że koszt średnio 15zł (choć bywają również w cenie znacznie przewyższającej i tę) jako jednorazowy wydatek nie jest mały? Wiesz, że Koreanki stosują maski w płachcie codziennie? Ja do takiej częstotliwości jeszcze nie dotarłam, ale zdarzają się tygodnie, że zużywam 4-5. Nie trudno policzyć, że to tygodniowy koszt 75zł, a za taką cenę można kupić np. dobrej jakości żel do mycia twarzy, który będzie służył około trzy miesiące a nie jeden tydzień.
Dlaczego w Polsce maski są zdecydowanie droższe? Poza kwestią zysku dla przedsiębiorcy, który jest nieodłącznym elementem prowadzenia każdego biznesu dochodzi kwestia przede wszystkim opłat związanych ze sprowadzeniem towaru, na które składają się m.in. koszty transportu z miejsca nadania do Polski oraz opłaty celno - podatkowe, które nie są małe - znam to z autopsji, choć w znanym mi przypadku towarem nie są kosmetyki. Magazynowa cena towaru to nie tylko cena jego zakupu u źródła ale dodatkowo składowa wszystkich opłat związanych ze sprowadzeniem towaru i jego legalnej sprzedaży. Zrozumiałym dla mnie jest, że jeśli przedsiębiorcy w Polsce mieliby sprzedawać towar po cenach zakupu, to po co prowadzić biznes, na którym się nie zarabia?
Jak zatem kupić maski w płachcie taniej nie ruszając się z domu? W sklepie internetowym prosto z Korei - i to bez kosztów wysyłki niezależnie od kwoty zamówienia. W internecie można znaleźć kilka poleceń konkretnych sklepów internetowych, ja szczególnie polecam blogowy wpis Magdy (Kociamber w podróży) - Zakupy internetowe w sklepach koreańskich - poradnik. To właśnie dzięki jasnym informacjom zawartym w tym wpisie postanowiłam zrobić swoje pierwsze zakupy z Korei. Wybór z mojej strony padł na sklep BB COSMETIC przede wszystkim z tego względu, że w jego asortymencie znalazłam wówczas to czego poszukiwałam, dodatkowo w promocji i bez kosztów wysyłki. Cel był jeden - maski w płachcie Etude Hause a maski Innisfree wpadły do koszyka ponieważ również były dostępne w przystępnej dla mnie cenie.  

maski w płachcie

Niech Cię nie zwiedzie powyższe zdjęcie - nie ma na nim dwóch masek, tylko trzydzieści! Pomyślisz, że oszalałam bo po co mi tyle masek? Spokojnie, podzieliłam się z innymi, ale chciałam przybliżyć Ci w liczbach dlaczego zdecydowałam się na zakup aż tylu i zapewne trafnie domyślasz się, że kupując więcej, płacimy mniej.
W polskich sklepach internetowych znalazłam zarówno maski Etude Hause jak i Innisfree, a ich ceny różnie się kształtują. Jeśli chodzi o Etude Hause w jednym sklepie 8,99zł ale niedostępne, w innym 24,90zł. Podobnie rzecz ma się do masek Innfisfree choć w ich przypadku różnice nie są już tak duże - uśredniając, ich cena to ok. 15zł.
Zestaw 15 różnych masek Innisfree w sklepie BB Cosmetic to koszt 17,50$ w cenie regularnej. Jeśli przeliczmy to na złotówki (codziennie kwota będzie różna, ponieważ kurs jest zmienny) to w dniu dzisiejszym będzie to nieco ponad 64zł. A dzieląc tę kwotę na 15 masek finalnie kupujemy je za 4,27zł za 1 szt. Takoż samo możemy przeliczyć koszt maski Etude Hause. Regularna cena 15 szt. tych masek to 23,61$ (dzisiaj widzę w promocji 18,80$ ), więc jej koszt w sklepie to ok. 5,76zł za 1 szt. Różnice cenowe widać nie tylko nie papierze, ale i w portfelu.

sheet mask

Decydując się na zakup w sklepie BB Cosmetic nie płacimy kosztów wysyłki, a czas realizacji zamówienia to według wytycznych sklepu 10-25 dni. Moja przesyłka dotarła do mnie dokładnie 15-tego dnia od daty jej zamówienia. Oczywiście za zamówienie płacimy z góry poprzez PayPal, więc nie dysponując kartą w USD system automatycznie z naszej karty przeliczy PLN na USD. Proste i wygodne!
Przesyłka dotarła do mnie bardzo dobrze zabezpieczona, a w jej wnętrzu oprócz zamówionych masek znalazłam dodatkowo 3 maski gratis i kilka próbek - gratisy i próbki kosmetyków w koreańskich sklepach (nie tylko internetowych) są normą.

Jeśli zatem złapałaś bakcyla na koreańskie "Sheet Mask" to po co przepłacać?

To nie jest wpis recenzujący kosmetyki ale mimo wszystko czuję się w obowiązku napisać, że maski Innisfree to zdecydowanie lepszy wybór niż Etude Hause - choć te drugie też mają swoich mocnych faworytów... np. Blueberry.

Stosujesz maski w płachcie?

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

17 lipca 2017

SUNWARDS Synchroline w trosce o ochronę skóry przed promieniowaniem UV

Nie ma zdrowej opalenizny ale nie ma również kosmetyków, które dają dają 100% ochronę przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym. Nie powinno to jednak być przyzwoleniem lub jak kto woli taryfą ulgową zmierzającą do eliminacji stosowania kosmetyków z filtrami, które zmniejszają ryzyko poparzeń słonecznych do minimum. Każde poparzenie słoneczne zwiększa ryzyko zachorowania na raka skóry Mitem jest, że jeśli się nie opalam i unikam słońca to nie potrzebuję specjalnej ochrony, podobnie jak - nie opalę się, ponieważ stosuję kosmetyki z wysokimi filtrami SPF... Stosując filtry też się opalamy, tylko bezpiecznie i bez poparzeń, a dodatkowo jeśli wybieramy fotostabilne filtry SPF, czyli takie, które nie ulegają rozkładowi pod wpływem wysokiej temperatury, chronimy naszą skórę przed fotostarzeniem i działaniem wolnych rodników. Marki kosmetyczne wychodzą nam naprzeciw oferując wiele produktów/kosmetyków z filtrami przeciwsłonecznymi, a ja z przyjemnością z nadejściem każdego nowego "słonecznego" sezonu testuję produkty, które dotychczas znałam tylko z opinii innych. Produkty marki Synchroline na moim blogu pojawiały się już dwukrotnie, gdzie w pierwszym wpisie poruszałam kwestię pielęgnacji skóry tłustej i trądzikowej i przedstawiałam dwa skuteczne produkty z linii ACNICARE oraz w drugim, gdzie z kolei zachęcałam do włączenia do pielęgnacji serum z witaminą C SYNCHRVIT C. I po raz kolejny marka mnie pozytywnie zaskakuje, ponieważ produkty z serii przeciwsłonecznej również spełniają moje oczekiwania względem komfortu stosowania.

SUNWARDS

SUNWARDS to linia produktów aptecznych, które nie zawierają składników drażniących i są przebadane dermatologicznie, wśród której znajdują się produkty pielęgnacyjne zarówno do twarzy jak i ciała wykazujące działanie chroniące przed promieniowaniem słonecznym oraz łagodzące produkty po opalaniu. Wszystkie produkty powstały w oparciu o zaawansowaną technologię SYNCHROBLOCK®, która umożliwia powstrzymanie przenikania cząsteczek filtrów chemicznych do głębszych warstw skóry i gwarantuje ich pozostanie na powierzchni naskórka. Dzięki temu filtry działają dłużej i skuteczniej, jednocześnie nie wywierając działania drażniącego na skórę - produkty te zatem mogą być stosowane również przez osoby ze skórą wrażliwą, skłonną do zaczerwienień i alergii. Zastosowana technologia pozwala również na ochronę zawartych w preparatach filtrów przed ich degradacją spowodowaną przez promieniowanie UV przez co produkty te dłużej zachowują swoje właściwości ochronne i co za tym idzie, bezpieczeństwo stosowania.
Oprócz opisanej wyżej technologii skład tych produktów wzbogacony został dodatkowo w substancję czynną MSM (dimetyl sulfonu), która posiada naukowo udowodnione silne właściwości antyoksydacyjne (silniejsze niż witamina C) oraz przeciwzapalne. Technologia SYNCHROBLOCK® umożliwia szybsze przenikanie składnika MSM w głąb skóry, dzięki czemu możliwa jest jej lepsza ochrona przed uszkodzeniem i podrażnieniem spowodowanym przez działanie promieniowania zarówno UVA jak i UVB. 

ochrona przeciwsłoneczna

SUNWARDS fluid emulsion SPF 50+ to emulsja do twarzy skutecznie chroniąca przed promieniowaniem słonecznym (UVA i UVB) przeznaczona szczególnie dla osób ze skórą skłonną do powstawania zaskórników. Z opakowania - klasycznej miękkiej tubki - wydobywa się lekka emulsja wyglądem przypominająca mleczko kosmetyczne. Dzięki lekkiej konsystencji aplikacja produktu na skórę jest bardzo komfortowa, zapewnia równomierne rozprowadzenie produktu, nie roluje się na skórze i nie pozostawia ciężkiego, tłustego filmu. Emulsja, ze względu na łatwe rozprowadzanie, zalecana jest również mężczyznom posiadającym zarost.  
Produkt nie należy do tych, które natychmiast po aplikacji się wchłaniają, ale dzięki swojej lekkiej konsystencji nie obciąża skóry. Nie jest to również produkt matujący i nie daje suchego efektu w dotyku, jednak na mieszanej cerze bardzo komfortowo się nosi a dzięki zawartości kwasu hialuronowego utrzymuje odpowiednie nawilżenie skóry. Nie przesusza zatem skóry, ale dzięki swojej lekkiej formule nie powoduje nadmiernej produkcji sebum. Emulsja bardzo dobrze współpracuje z makijażem, zarówno z podkładem mineralnym jak i płynnymi - aplikacja podkładu gąbeczką gwarantuje świetne połączenie ze skórą a makijaż wygląda wyjątkowo dobrze.
Bardzo lubię po ten produkt sięgać w porannej pielęgnacji, argumenty takie jak: lekkość, łatwość aplikacji i komfort noszenia przemawiają do mnie w całości a świadomość, że aplikuję na skórę produkt posiadający stabilny i najwyższy z możliwych współczynnik SPF 50+ zaspokaja moje potrzeby w tym zakresie.     

SPF50+

Latem chronię przed promieniowaniem skórę nie tylko twarzy ale również i ciała i żałuję, że nie miałam w swojej kosmetyczce takiego produktu do ciała jaki posiada marka Synchroline podczas ostatniego wypadu nad morze. SUNWARDS body spray SPF 50+ to nie tylko łatwość aplikacji za pomocą wygodnego w użyciu atomizera ale również właściwa dla mnie konsystencja samego produktu. Producent określa produkt jako emulsję w sprayu i taki faktycznie jest - to nie jest lekka mgiełka. Uważam, że konsystencja preparatu chroniącego przed słońcem ma znaczenie i w tym zakresie nie do końca ufam mgiełkom i lekkim olejkom, ponieważ tworzą one bardzo cieniutką powłokę na skórze i czasem zastanawiam się, czy nałożyłam wystarczająco dużo w kwestii ochrony przed słońcem.
SUNWARDS body spray uwalnia z atomizera emulsję ale o lekkiej konsystencji i nie pozostawiającej tłustego filmu - mimo wszystko czuję, że jest na skórze i odpowiednio dobrze ją chroni. Emulsja łatwo i równomiernie rozprowadza się, podobnie jak krem nie bieli skóry a wygodne opakowanie w sprayu zdecydowanie ułatwia jej aplikację. Testując produkt moja skóra była już lekko muśnięta słońcem, ale wierzę, że stosowanie emulsji Synchroline SPF 50+ eliminuje zaczerwienienie w pierwszym kontakcie skóry o jasnej karnacji z intensywnym słońcem. Ochrona skóry przed promieniowaniem nie powinna jednak sprowadzać się tylko podczas ekspozycji ciała na plaży, według moich przekonań skórę należy chronić także w mieście. Dobrze jest dobrać taki kosmetyk, który oprócz ochrony przed słońcem będzie działał m.in. nawilżająco - a emulsja Synchroline czyni to niezwykle dobrze.

Synchroline

Obydwa produkty sprawdzają się u mnie bardzo dobrze, na tyle dobrze, że wystawiam im bardzo wysoką ocenę. Kończąc chcę jednak poruszyć jeszcze jedną kwestię - ważności produktu. Należy pamiętać, że produkty z filtrem po otwarciu szybko tracą właściwości ochronne i jeśli nie zużyjemy ich do końca to nie powinnyśmy liczyć na to, że będą nam skutecznie służyły w następnym sezonie. Warto sugerować się wskazaniami producenta, który umieszcza informację na opakowaniu określając ilość miesięcy po otwarciu. Nie należy używać kremu z filtrem, który był otwarty wiele miesięcy wcześniej (w poprzednim sezonie), ponieważ otwarty produkt nie zachowuje już swoich właściwości. Stosując się do czasu określonego na opakowaniu możemy mieć pewność, że będzie spełniał swoje zadanie. Ta zasada dotyczy nie tylko kosmetyków z filtrami przeciwsłonecznymi, ale to właśnie te najczęściej pozostają nam nie zużyte po sezonie wakacyjnym.
W przypadku produktów Synchroline na ich zużycie mamy 6 miesięcy od pierwszego otwarcia - mając również na uwadze datę ważności umieszczoną na opakowaniu.

Produkty Synchroline dostępne są w aptekach internetowych.

Jakie kosmetyki chroniące przed słońcem aktualnie stosujesz? Znasz produkty SUNWARDS?

Pozdrawiam, Aga :)


Czytaj dalej »

3 lipca 2017

TOP 5 | czerwiec 2017

O kosmetykach, które świetnie się u mnie sprawdzają, tzw. "ulubieńcach" ostatni raz na blogu pisałam w styczniu... więc najwyższa pora aby podzielić się Wami informacją na temat kosmetyków, po które sięgam najczęściej. Ja bardzo lubię czytać tego typu wpisy na innych blogach (bo zawsze coś mi wpadnie w oko), więc postanawiam publikować je na moim blogu co miesiąc. Zastanawiałam się czy powinnam wybrać trzy kosmetyki, czy może pięć, i właściwie to nie podjęłam jeszcze ostatecznej decyzji, bo chciałabym aby pojawiały się tutaj kosmetyki tylko takie, które z czystym sumieniem mogę polecić. Nie zakładam również, że co miesiąc będę pisała o tych samych, więc moje doświadczenia same zweryfikują plany i być może w przyszłym miesiącu pojawi się wpis z trzema. W każdym razie, nie planuję polecać więcej niż pięciu kosmetyków. Co zatem dostarczało mi przyjemności pielęgnacyjnych w czerwcu?

ulubieńcy

Na początek kosmetyk, który znam już od ponad roku i miał tylko krótką wzmiankę na blogu kiedy poruszałam temat naturalnej pielęgnacji "Made in Poland" ---> tutaj [klik]. Kosmetykiem tym jest regenerujące masło do skórek i paznokci Organique. Masło pochodzi z linii Dermo Expert Regeneracja i skomponowane jest z odżywczych naturalnych olei, maseł i ekstraktów roślinnych tj. masło shea, olej awokado, olej makadamia, olejek cytrynowy, wosk candelilla, ekstrakt ze skrzypu i nagietka. Nie zawiera wody, jako bazy użyto oleju słonecznikowego. Początkowo używałam go do nawilżania i pielęgnacji skórek wokół paznokcia, ale kiedy zdjęłam hybrydy (po 2-3 miesiącach moje paznokcie odpoczywają od nich) okazało się, że to niepozorne małe masełko jest zdecydowanie lepszym produktem regeneracyjnym płytkę paznokciową niż niejedna odżywka, którą stosowałam w przerwach od hybryd. Te z Was, które po jakimś czasie zdejmują manicure hybrydowy zapewne w dniu jego usunięcia czują się "dziwnie" - tak, jakby paznokcie były "nagie". Znacie to uczucie? Kilkukrotna aplikacja tego masła w ciągu jednego dnia niweluje to uczucie a już po trzech dniach paznokcie wyglądają  niebo lepiej.
Producent zaleca aplikację dwa razy dziennie wcierając w płytkę paznokcia i otaczające je skórki, w przypadku bardzo zniszczonej płytki można stosować wielokrotnie w ciągu dnia. Systematyczna stosowanie masła zapobiega przesuszeniu paznokci, poprawia ich elastyczność, regeneruje i odżywia a skórki zmiękcza i wygładza - nie odrastają już tak twarde. Masło kosztuje niecałe 20 zł a w porównaniu z kosztem odżywek, które stosowałam wcześniej za kilkadziesiąt złotych sprawuje się zdecydowanie lepiej. I jest bardzo wydajne.   

ORGANIQUE

Tonik do twarzy - nie potrafię już zliczyć ile rodzajów miałam, z różnych półek cenowych. Ale na placach u jednej ręki zliczę te, które wywarły na mnie bardzo dobre wrażenie - nie tylko pierwsze. Z pewnością do tej piątki mogę zaliczyć wodę odświeżająco-tonizującą AHAVA Mineral Toning Water. Kupiłam ją zupełnie przypadkiem w Super Pharm, bo kosmetyków tej marki zupełnie nie znałam i akurat tego dnia były w promocji - koszt ok. 60zł, regularnych cen nie pamiętam. Bazę produktu stanowi kompozycja minerałów AHAVA pozyskiwanych z wód Morza Martwego, a formuła dodatkowo wzbogacona została w ekstrakty roślinne posiadające właściwości łagodzące, w składzie m.in. ekstrakt z ogórka, wyciąg z klonu srebrzystego, ekstrakt z owoców pomarańczy, cytryny, ekstrakt z trzciny cukrowej czy wyciąg z kwiatów róży stulistnej.
Łatwo się domyślić, że mamy do czynienia z morskim świeżym zapachem - idealnym na upały - który nie jako jedyny przemawia do mnie za tym kosmetykiem. Jego użycie dodaje skórze świeżości, nawilża ją i nadaje jej elastyczność. I o ile w odbiorze to konsystencja zwykłej przeźroczystej wody, to na skórze wyczuwalny jest woal subtelnego nawilżenia. Idealna przed aplikacją serum lub kremu. Testowana alergologicznie, odpowiednia dla skóry wrażliwej, nie zawiera parabenów, SLS/SLES. Chcę więcej kosmetyków AHAVA!

AHAVA

W czerwcu za codzienne nawilżenie mojego ciała odpowiadał nie kto inny jak balsam-nektar do ciała Dr Irena Eris z nowej serii kosmetyków SPA RESORT FIJI. Uwielbiam za lekką nie obciążającą konsystencję, uwielbiam za ujmujący moje zmysły morski egzotyczny zapach, uwielbiam za nawilżenie ciała. I to właściwie wszystko - więcej w tym wpisie ---> [klik]. Łatwy w użyciu, bardzo dobrze stapia się ze skórą i kusi zapachem. Codziennie wieczorem nie mogę się doczekać kiedy go użyję. Gorąco polecam!
 
Dr Irena Eris

Skoro przyszło lato to trzeba nadać skórze trochę słonecznego kolorytu - przynajmniej ja tak mam. Z przyjemnością sięgam po samoopalacze, ale doświadczenie często weryfikuje moje oczekiwania w tym zakresie i kiedy byłam już niemalże przekonana, że jeśli samoopalacz to tylko z wyższej półki cenowej, to pojawił się on, a właściwie ona - bo to dwufazowa mgiełka samoopalająca, tegoroczna nowość marki LIRENE. Dziewczyny, to jest fantastyczny samoopalacz! Producent obiecuje opaleniznę bez smug i tak faktycznie jest! Przed użyciem jak przystało na formułę dwufazową wstrząsamy butelką aby fazy się ze sobą połączyły i aplikujemy na skórę. Mgiełka jest bardzo delikatna i subtelnie osiada na skórze, wystarczy kilka ruchów dłonią aby ją równomiernie rozprowadzić, a w efekcie już po jednaj aplikacji skóra pokryta muśnięciem słońca, efekt delikatny ale zdecydowanie widoczny. Żadnych plam i smug - oczywiście przed aplikacją peeling skóry.
Podoba mi się również to, że ta niepozorna mgiełka świetnie nawilża skórę, podczas aplikacji pięknie i subtelnie pachnie (wg mnie kwiatowo) a zapach ten dość długo się na skórze utrzymuje. Wyczulona już na specyficzny zapach samoopalaczy uwalniający się po kilku godzinach od aplikacji stwierdzam, że w tym wypadku też występuje ale w wersji bardzo, bardzo "soft" - prawie niewyczuwalny. Producent zaleca dwukrotną aplikację w przeciągu tygodnia i dla mnie taka częstotliwość jest idealna do utrzymania pożądanego efektu. To nie jest pomarańczowa opalenizna, tylko w pięknym złocistym kolorze. W składzie m.in. olej z karotki i ekstrakt z bursztynu. Biorąc pod uwagę cenę tego produktu, ok. 20zł, to przewyższa on swoim działaniem i finalnym efektem niejeden samoopalacz z wyższej półki.
  
Lirene

Produktem zamykającym dzisiejszą piątkę będzie zapach - mgiełka BIOTHERM Eau Fraiche. Uwielbiam w ciepłe miesiące! Ten zapach to owocowo-kwiatowy powiew świeżości - mój zmysł powonienia wyczuwa w nim zapach świeżo skoszonej trawy w połączeniu z jaśminem i gruszką. Bardzo świeży, bardzo pozytywny, sięgam po niego od wiosny kiedy wybucha zieleń aż po jesień, kiedy przerzucam się na cieplejsze zapachy. Ilekroć zastanawiam się jakiego zapachu użyć w upalny dzień, to stawiam właśnie na Eau Faiche. Jak przystało na mgiełkę to doceniam trwałość - u mnie ponad cztery godziny, na ubraniach zdecydowanie dłużej. To jeden z "moich zapachów", do których wracam.

BIOTHERM

Tak przedstawia się moja kosmetyczna piątka czerwca 2017. Znacie te kosmetyki? Zdradźcie swoje hity!

Pozdrawiam, Aga :)
Czytaj dalej »

30 czerwca 2017

Nocna pielęgnacja skóry | NUXE Nuxellence Detox

Zgodzicie się ze mną, że najpopularniejszym kosmetykiem do pielęgnacji twarzy jest krem? Demakijaż, mycie, tonizowanie skóry i krem. Ten prosty schemat pielęgnacyjny to minimum, które czasem mi wystarcza. Tak - zdarza mi się nie zastosować esencji, serum... ale krem musi być! Niedawno przeczytałam w jednej z publikacji książkowych dotyczących pielęgnacji, że można - a nawet powinno się - zrezygnować z kremu na noc, bo skóra tak naprawdę go nie potrzebuje, sama potrafi zregenerować się podczas snu. Nie studiowałam kosmetologii, może ma to jakiś niewiadomy dla mnie sens, ale ja nie potrafiłabym zakończyć pielęgnacji na toniku. Ja czuję, że moja skóra potrzebuje kremu i nie mam tutaj na myśli sytuacji, w której użyję mocnego żelu do mycia twarzy, skóra aż piszczy z czystości i jak nie dostanie za chwilę dawki nawilżenia, to zafunduje mi mocne przesuszenie. Może jest w tym jakiś głębszy sens (?) bo to właśnie noc odgrywa kluczową rolę w regeneracji skóry, ale dlaczego nie mielibyśmy jej nie pomóc? Poznałam i poznaję nadal tyle fajnych kosmetyków, które w widoczny sposób poprawiają kondycję skóry, że rezygnacja z kremu na noc w moim przypadku nie ma racji bytu. Dla mnie kosmetyki są przyjemnością, a jak spotkam fajny krem na noc, to nie omieszkam o nim nie opowiedzieć - po to m.in. prowadzę bloga o kosmetykach. A krem, o którym dzisiaj opowiem - NUXE Nuxellence Detox na noc - to krem, który warto zafundować skórze. 


DNA marki NUXE to połączenie cudownej mocy natury z delikatną nutką poezji, a jej filozofia to ultra-kobieca pielęgnacja skóry inspirowana naturą, oparta na fundamentach zaczerpniętych z podejścia farmaceutycznego. Nie znam wielu produktów marki, ale któż nie zna słynnego balsamu do ust na bazie miodu? recenzja tutaj ---> [klik] Albo jednej z najbardziej delikatnych, a przy tym skutecznej maseczki oczyszczającej? recenzja tutaj ---> [klik] A olejek ze złotymi drobinkami? To mój zdecydowany faworyt na opaloną skórę! recenzja tutaj ---> [klik] Do grona kosmetyków NUXE, które szczerzę będę polecała, dołącza krem na noc Nuxellence Detox. 
To pielęgnacyjny preparat przeciwstarzeniowy na bazie 10 opatentowanych substancji czynnych oraz wyciągów z passiflory i drzewa jedwabnego na noc, który wnika do wnętrza komórek skóry, gdzie przyspiesza procesy usuwania toksyn i naturalnej odnowy, pomagając im zachować optymalny poziom energii. Sprawia, że rano cera jest ożywiona, emanuje świeżością i blaskiem, niczym po 2 dodatkowych godzinach snu. Z nocy na noc skóra regeneruje się, oczyszcza z toksyn i odzyskuje młody wygląd.  
   

Produkt posiada bardzo przyjemną konsystencję dość lekkiego kremu, który bardzo łatwo się aplikuje ale z chwilą kontaktu ze skórą zmienia się delikatny olejek. Jego wchłanialność zależna jest od ilości aplikowanego kosmetyku. Producent zaleca stosować produkt solo lub pod krem pielęgnacyjny na noc - można zatem traktować go jako serum. Ja posiadam skórę mieszaną, więc nie aplikuję już na niego żadnego kremu, myślę że posiadaczki skóry suchej mogą sobie na to pozwolić. Formuła o lekko żółtym zabarwieniu stapia się ze skórą całkowicie i nie pozostawia śladów na poduszce. Aplikuje się bardzo przyjemnie, niczym lekko kremowy olejek, otula skórę lekkim roślinnym zapachem, idealnie wyważonym do kojącego snu.

Podoba mi się luksusowe opakowanie kremu, wyposażone oczywiście w pompkę, ale precyzyjnie schowaną, która wysuwa się poprzez przekręcenie górnej części opakowania - swego rodzaju nakrętki. Sprytne i bardzo higieniczne. Nie można również przejść obojętnie wobec szaty graficznej, utrzymanej w minimalistycznym tonie i głębokim fioletowym kolorze. Dla mnie super!
Krem dość dobrze, ale nie natychmiast się wchłania. Na skórze wyczuwalna jest jedwabista otoczka, lekki, aksamitny i delikatny film, który sprawia, że już chwilę po aplikacji kremu skóra jest wygładzona, przyjemnie miękka w dotyku, lekko napięta i ukojona. O poranku nie budzę się z przetłuszczoną skórą, a twarz wygląda wyjątkowo dobrze - skóra jest zregenerowana, odżywiona, odświeżona i wypoczęta. Jako produkt przeciwzmarszczkowy świetnie również nawilża, i choć to odkryciem wielkim nie jest, to jednak nie nie mamy tutaj do czynienia z nawilżeniem na zasadzie natłuszczenia, mam wrażenie, że skóra jest nawilżona od wewnątrz. 


Krem zrobił na mnie bardzo dobre pierwsze wrażenie i utrzymuje je do dzisiaj. NUXE skupia się na tworzeniu przyjemnych konsystencji oraz zmysłowych nut zapachowych - i ten krem taki jest. Skład kremu pozbawiony jest parabenów, oleów mineralnych i składników pochodzenia zwierzęcego. Przebadany został pod kontrolą dermatologiczną, nie zatyka porów. Z przyjemnością nie niego sięgam! Polecam i krem pielęgnacyjny na noc i ten, który prezentuję.

W opakowaniu znajduje się 50ml produktu, na zużycie którego mamy 12 m-cy. Jego cena regularna to ok. 180zł, w aptekach internetowych można kupić go taniej.

Jaki krem na noc aktualnie stosujesz? A może nie stosujesz kremu na noc? Znasz Nuxellence Detox?

Pozdrawiam, Aga :)



Czytaj dalej »

26 czerwca 2017

By All Greens™ | ORIGINS

Lubicie maseczki do twarzy? U mnie jest ich cała moc!!! Różne, przeróżne... na tym polu mam w czym wybierać, a nawet przebierać - chyba najwięcej inwestuję w maseczki do twarzy. Z racji tego, że moja cera jest mieszana i podatna na zanieczyszczenia to najwybredniejsza jestem w odniesieniu do maseczek oczyszczających. Jeśli na opakowaniu produktu widnieje informacja "głęboko oczyszcza" to ciągnie mnie w jego kierunku niczym magnes! Tak też było i w przypadku maski Origins By All Greens™ Foaming Deep Cleansing Mask. Kupiłam, ciekawość zaspokoiłam i mam pewne przemyślenia czy aby na pewno jest to maska do twarzy... Ale skuteczności nie można jej odmówić!

maseczka oczyszczająca

W tym pięknym nawiązującym do natury opakowaniu mieści się dużo zielonych bogatych w antyoksydanty składników, gdzie prym wiodą zielona herbata, spirulina i szpinak. Składniki te znane są również ze swoich właściwości detoksykujących a w połączeniu z glinką finalnie produkt ma za zadanie oczyścić skórę głęboko ale delikatnie i bez przesuszeń z wszelkich zanieczyszczeń i przyczyniać się do zwężenia porów.
Oprócz trzech tytułowych składników skład maski przedstawia się naprawdę imponująco, znajdują się w nim m.in. naturalne ekstrakty z kwiatów magnolii, z brokuła, z owoców borówki amerykańskiej, z białej herbaty, z korzenia marchwi, oleje z kosiaćca bladego i z owoców drzewa bergamotowego oraz eteryczne olejki: cytrynowy, pomarańczowy, z cynamonowca, miętowy. I choć skład maski do całkowicie naturalnego nie należy, to jednak zgodnie z założeniem marki Origins mamy tutaj składniki pozyskiwane z różnych stron świata, co jest motywem przewodnim marki - inspiruje się naturą, a w połączeniu z nauką wykorzystuje skuteczność wybranych składników w kosmetykach pielęgnacyjnych.

ORIGINS

Czy można zamknąć maseczkę w opakowaniu z pompką? Okazuje się, że tak! Ilekroć widzę, czytam lub słyszę maseczka do twarzy z glinką to w myślach przywołuję obraz masy glinkowej, która po pewnym czasie zastyga na skórze. Niestety, albo stety, jak kto woli - nie ma to pokrycia z konsystencją maski By All Greens Origins (glinka na trzecim miejscu w składzie). Z opakowania wydobywa się płynny produkt, który w kontakcie ze skórą samoistnie wytwarza delikatną piankę a wraz z mijającymi minutami maska nie zastyga na skórze. Biorąc pod uwagę, że glinki z natury zasychają tworząc swego rodzaju "skorupkę" a zmyć można je tylko po zwilżeniu wodą, to maska Origins wychodzi na prowadzenie a usunięcie jej z twarzy jest bajecznie proste. 
Wyciskam maskę na dłoń i bez mieszania w dłoniach nanoszę natychmiast na skórę. W przypadku skóry wrażliwej, producent zaleca aplikację maski na wilgotną skórę. Po kilku minutach kiedy z masy rozwinie się piana zwilżonymi dłońmi wykonuję masaż kolistymi ruchami i dokładnie spłukuję maskę z twarzy. Efekty rewelacyjne! Skóra jest dokładnie oczyszczona i jak deklaruje producent bez żadnego ściągnięcia, przesuszenia czy podrażnienia. Nie odnotowałam żadnych zaczerwienień, skóra nie domaga się natychmiast po zmyciu maski dawki nawilżenia, jest przyjemnie gładka i miękka a pory dobrze oczyszczone. Producent zaleca aplikację maski trzy razy w tygodniu, ale nawet stosowana codziennie nie czyni żadnych szkód. Poza tym, maska sprawdza się bardzo dobrze również jako produkt myjący. Polegam na niej kiedy pielęgnacja musi przebiec właściwie w tempie ekspresowym. Bardzo dobrze oczyszcza z resztek makijażu i pozostających na skórze zanieczyszczeń.
  
pielęgnacja twarzy

Podsumowując, w moim przypadku efekty stosowania tego produktu są świetne, podoba mi się skóra po zastosowaniu maski, ale... no właśnie, zastanawiam się czy to jak określa producent jest maska? czy może produkt myjący? Do dnia dzisiejszego nie wiem jak go sklasyfikować, ale skoro świetnie sprawdza się i jako maska i jako produkt myjący, to niech tak zostanie. Opakowanie mieści 70ml produktu, jego cena regularna to 135zł, dostępny stacjonarnie w salonie Origins w Galerii Mokotów oraz stacjonarnie i internetowo w perfumeriach Sephora.

Moje doświadczenia z maską By All Greens są bardzo pozytywne - warto spróbować. Jestem ogromnie ciekawa czy miałyście ten produkt i jak się u Was spisał? Spotkałyście się z glinkowymi maskami, które nie zastygają na skórze?

Pozdrawiam serdecznie, Aga :)

*wpis nie jest sponsorowany - produkt kupiłam sama
Czytaj dalej »

22 czerwca 2017

Pielęgnacyjne kosmetyki z witaminą C | VITAMIN ENERGY C+D Pro | LIRENE

Kiedy otrzymałam paczkę z wiosennymi nowościami Lirene, największą moją uwagę i zainteresowanie wzbudziły kosmetyki pielęgnacyjne z witaminą C. Bo ja uwielbiam witaminę C w pielęgnacji! To właśnie kosmetyki z jej zawartością najczęściej goszczą na mojej półce, a serum z witaminą C to kosmetyk, który posiadam niezmiennie. Stosuję nawet latem, choć w tym okresie tylko na noc. Rzadko sięgam po kosmetyki z wit. C z drogerii, częściej stawiam na te z wyższej półki, tym bardziej z nieukrywaną ciekawością sprawdziłam ich działanie na własnej skórze. Dla przypomnienia - posiadam cerę mieszaną z umiarkowanie przetłuszczającą się strefą T oraz podatną w tej okolicy na powstawanie zaskórników (35+). 

Lirene

Bohaterami zatem dzisiejszego wpisu są trzy kosmetyki do pielęgnacji twarzy: żel do mycia, serum oraz krem do skóry normalnej LIRENE - seria C + D VITAMIN ENERGY dedykowanej do pielęgnacji skóry w przedziale wiekowym 30+. W kwestii przedziału wiekowego wychodzę z założenia, że "kosmetyk nie wie ile mamy lat", a w przypadku tych konkretnie kosmetyków z powodzeniem mogą korzystać z nich kobiety 20+. 
Lirene stworzyło produkty pielęgnacyjne, w których kluczową rolę odgrywają trzy składniki aktywne:
  • witamina DUO C - hybrydowe połączeniu dwóch form witaminy C w aktywnej formie lipofilowej, która rozświetla, odmładza i niweluje negatywne skutki promieniowania UV oraz stabilnej zamkniętej w liposomach docierającej do głębszych warstw skóry,
  • witamina D Pro - stymuluje syntezę i likwiduje skutki niedoboru witaminy D w skórze, wzmacia barierę naskórkową i utrzymuje właściwy stopień nawilżenia,  
  • witamina E - nazywana witaminą młodości, skutecznie walczy z oznakami starzenia oraz działa stabilizująco na witaminę C. 
  
żel do mycia twarzy

Oprócz kluczowych składników cechą wspólną wszystkich trzech produktów jest piękny energetyczny zapach owoców cytrusowych - z naciskiem na pomarańczę i grejpfrut - obok którego ciężko przejść obojętnie. Pobudza, odświeża i orzeźwia - fantastyczny!  Zacznę według chronologii etapów pielęgnacyjnych, czyli oczyszczania twarzy. Żel do mycia twarzy Lirene Vitamin Energy według mnie to niestety najsłabsze ogniwo tej serii i nie do końca zgadzam się z jego przeznaczeniem dla każdego rodzaju skóry. To jeden z tych produktów, które bardzo mocno oczyszczają skórę, i o ile każda skóra potrzebuje dokładnego i dogłębnego oczyszczenia, o tyle żel ten z pewnością zaakceptują posiadaczki skóry tłustej - jeśli stawiają na tak silne produkty. Po jego zastosowaniu skóra jest bardzo dobrze oczyszczona, ale ilekroć go użyłam wyczuwałam ściągnięcie i wręcz natychmiast musiałam sięgać po produkt nawilżający. Plusem jest, że przy tak intensywnym zapachu nie podrażnia i nie uczula, ale jednak dla mojej skóry jest zbyt agresywny. Oczyszczam skórę dwuetapowo, ale staram się dobierać do mycia twarzy łagodniejsze w działaniu produkty. Moim zdaniem sprawdzi się u osób, którzy preferują lub potrzebują silnie oczyszczającego produktu, po użyciu którego skóra aż "piszczy" od czystości.  
 
witamina C

Kolejne dwa produkty sprawdziły się u mnie zdecydowanie lepiej. Skoncentrowane StimuSerum C+D Vitamin Energy w pierwszym kontakcie zaskoczyło mnie żelowo-wodną konsystencją. Przez moje ręce przewinęło się wiele kosmetyków typu serum z wit. C ale z tego typu konsystencją spotkałam się pierwszy raz. Skóra po użyciu serum dość mocno się lepi a sam produkt potrzebuje 10-15 minut na wchłonięcie. Przyznaję, że początkowo trochę mnie to zniechęciło. Przyzwyczajona do produktów tego typu właściwie wodnych i wchłaniających się niemalże natychmiast miałam mieszane uczucia. Pod kątem pielęgnacyjnym niepotrzebnie, ponieważ serum wchłania się i nie pozostawia lepiej warstwy. Producent zaleca aplikację serum na noc więc czas wchłaniania się produktu nie jest dla mnie dużym problemem, natomiast nie widzę możliwości aplikowania serum z wit. C o takiej formule na dzień, kiedy poranna pielęgnacja twarzy - a przynajmniej moja - sprowadza się właściwie do maksymalnie 5 minut.       

serum z witaminą C

Pozostawiając sposób aplikacji bardzo podoba mi się opakowanie serum. Szklana buteleczka ze sprawnie działającą i wydobywającą produkt pompką utrzymana w pomarańczowej tonacji odzwierciedlającej energetyczny cytrusowy zapach. Opakowanie jest przeźroczyste i mieści w sobie 30 ml serum o pomarańczowym zabarwieniu. W formule zatopione są wyraźnie widoczne mikrokapsułki, w których została umieszczona witamina E - taka forma podania zwiększa stabilność a mikrokapsułki pękają dopiero podczas aplikacji. 
Od kosmetyków z witaminą C ja oczekuję nawilżenia i rozświetlenia. W kwestii nawilżenia serum Vitamin Energy daje sobie świetnie radę - to z pewnością zasługa stabilnej witaminy E oraz wielocząsteczkowego kwasu hialuronowego w składzie, który wiążę wodę w skórze, silnie ją nawilżając i wygładzając. A co z rozświetleniem? Stosując kosmetyki z witaminą C praktycznie przez cały rok, moja skóra jest rozświetlona, a włączając serum Lirene do pielęgnacji nie zauważyłam aby efekt ten uległ zmianie, więc zdecydowanie w efekcie można spodziewać się i rozświetlenia skóry. Istostnym pozostaje również fakt, że po zastosowaniu serum nie występuje efekt nawet częściowego zaczerwienienia skóry, co w przypadku niektórych produktów typu serum z wit. C występuje - przynajmniej w początkowym okresie stosowania. W tym przypadku nie odnotowałam żadnych zaczerwienień, uczuleń czy podrażnień ani razu. Duży plus również za wydajność, dzięki żelowo-wodnej konsystencji niewielka ilość jest potrzebna do pokrycia twarzy, szyi i dekoltu.    

pielęgnacja twarzy
krem do twarzy

Po aplikacji i wchłonięciu (co podkreśla producent na opakowaniu) zalecane jest użycie odpowiednio dobranego do rodzaju skóry kremu. Krem, który ja poznałam kierowany jest do cery normalnej, czyli nie do końca mojej, ale to właśnie krem wywarł na mnie najlepsze wrażenie już od pierwszego użycia i zostało ono utrzymane podczas dalszych aplikacji. To naprawdę jest fajny krem! Właściwie to szkoda mi tylko tego, że nie został umieszczony podobnie jak serum w szklanym opakowaniu. Wizualnie świetnie się prezentuje, ale to plastikowy słoiczek. Najmocniej ujmuje mnie konsystencja - to krem-żel. Jest lekki i w odróżnieniu od serum zdecydowanie szybciej się wchłania. Podobnie jak w przypadku serum w formule kremu znajduje się kompleks nowoczesnej formy witaminy Duo C w połączeniu z witaminą D oraz zatopione zostały mikrokapsułki wypełnione witaminą E. Krem pozostawia skórę gładką, przyjemną w dotyku, elastyczną, nie obciąża i pięknie pachnie pomarańczami! Jestem przekonana, że niejeden krem ze zdecydowanie wyższej półki cenowej może pozazdrościć efektów jakie daje krem Lirene Vitamin Energy C+D Pro.
   
Vitamin Energy C+D

Podsumowując... Pozwolę sobie na zwrot personalny - jeśli chcesz włączyć do pielęgnacji kosmetyki z witaminą C i nie wiesz od czego zacząć, to myślę, że warto rozważyć zakup któregoś z tych produktów. Ja ze swojej strony najbardziej polecam krem do twarzy. Serum również nie jest złym kosmetykiem, efekty stosowania widoczne, ale przygotuj się na to, że nie wchłania się od razu po aplikacji. Żel niestety u mnie się nie sprawdził, nie oznacza to jednak, że nie znajdzie zadowolonych odbiorców. Na ogromny plus energetyczny zapach, gustowna szata graficzna, przystępna cena i łatwa dostępność.

Korzystacie z drogeryjnych kosmetyków pielęgnacyjnych? Znacie kosmetyki Lirene?

Pozdrawiam ciepło, Aga :)
Czytaj dalej »
Copyright © 2014 Kosmetyki z Mojej Półki , Blogger